fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Katastrofa smoleńska

Zwolennicy prezydenta to mniejszość

Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Obrazy z Warszawy przypominają nieco te, jakie nadawały światowe media z Londynu po śmierci lady Diany – pisze socjolog
Trudno się opędzić od myśli, że mamy oto do czynienia z żałobnym rytuałem. Polaków rozmiłowanie w rytuale dochodzi tu do głosu w całej rozciągłości, rozmywając sens i grożąc zdrowemu rozsądkowi. Ale nie tylko, bo rytuał ten przemyca pewne treści, bazując na jakimś społecznym poczuciu winy, że oto ci, którzy zginęli, na czele z prezydentem RP, byli na co dzień lekceważeni, a przecież byli to ludzie ważni, nasi reprezentanci.
I tu się otwiera pole manipulacji i nieszczerości. Bo oto braki tej demokratycznej kultury politycznej dochodzą tutaj do głosu w całej swojej niedobrej wymowie. Bo z jednej strony w codziennych utarczkach, w które zamieniła się totalnie polska polityka, traci się rozsądek, a walka polityczna powoduje, że traktuje się każdego przeciwnika ideowego jako nienawistnego wroga. A oto teraz, niespodzianie, całkiem zapomina się o rzeczywistych różnicach i rzeczywistych cechach, których przecież nawet śmierć w wypadku nie zamaże ani w pamięci, ani w historycznym przekazie.
[srodtytul]Nienawiść, resentyment, złość[/srodtytul]
Można byłoby więc przy takiej okazji wskazać, jak za bardzo radykalnie różnimy się, jak nazbyt agresywnego i dezawuującego innych na co dzień w życiu politycznym i społecznym języka się używa. I postulat, by ten wzór uległ zmianie, byłby całkiem na miejscu, choćby właśnie przez zwykły, ludzki szacunek dla tych, którzy zginęli, nawet jeśli i oni nierzadko takiego języka używali.
Jednak nie takie podejście znalazło się w tekście Zdzisława Krasnodębskiego w „Rzeczpospolitej”. Trudno mi tutaj nie zareagować na tekst mego dawnego kolegi, tekst zaskakujący szczerością, ale szczerze wyrażający jakże złe uczucia i oceny. Z tym tekstem i jego tezami – np. o powszechnym spisku przeciwko zmarłemu prezydentowi i jego obozowi, nakazującym całkowicie niesprawiedliwie opisywać i oceniać polityczne zachowania prezydenta – nie sposób polemizować. Polemika wymagałaby bowiem ulokowania się w perspektywie i na poziomie wypowiedzi Krasnodębskiego.
Dla mnie ta perspektywa tak pełna nienawiści, resentymentu, złości na cały świat (zapewne nie taki, jaki powinien do diabła być!) jest oczywiście nie do przyjęcia. Warto może zauważyć, że obrona prezydenta z takiej perspektywy, w takim tonie i za pomocą takiego języka niezbyt dobrze świadczy o tej mniejszości, która z prezydenta czyni narodowego bohatera. Bo jeśli u Zdzisława Krasnodębskiego pod uczuciem żalu i smutku kłębią się takie uczucia złości, niechęci, nienawiści nawet, to cóż u innych, mniej wykształconych i świadomych siebie może się kryć pod żałobnym rytuałem?…
Informacja o katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, śmierci prezydenta i całej delegacji złożonej ze znaczącej części polskiej elity politycznej oraz osób pełniących ważne stanowiska w państwie poruszyła mnie bardzo, tak jak spontanicznie dotknęła większość Polaków. Zarówno symboliczna wymowa ofiar – reprezentantów państwa polskiego, polskiej demokracji – jak i ludzki wymiar katastrofy budził żywe emocje.
Oczywiście, ważny był też symboliczny kontekst katastrofy: wszak prezydent leciał na uroczystości w Katyniu. Wiemy, że w ogóle katastrofy poruszają nas, nawet wtedy, gdy dotyczą zwykłych ludzi, cóż dopiero mówić o takim wypadku, jaki się zdarzył pod Smoleńskiem. Własne moje przeżycia wzmacniał jeszcze fakt, że w katastrofie zginęły osoby, które znałem, ba, nawet byłem kiedyś w przyjaźni. Spontaniczne reakcje ludzi, podchwycone przez media, były wyrazem reakcji na ten kłębek emocji, który ta katastrofa wywołała.
[srodtytul]Celebra tragedii[/srodtytul]
Mogłem obserwować, jak znaczenie tej smutnej wiadomości ze Smoleńska dociera także do studentów, bo właśnie miałem wykłady na olsztyńskim uniwersytecie, którego władze bardzo szybko zarządziły odwołanie zajęć na znak żałoby. Studenci wracali do domów jednak z poważnymi twarzami, atmosfera wszędzie była poważna. I to jest całkiem zrozumiałe.
Jednak trudno, by po kilku dniach nie narodziła się refleksja i pytanie: co się właściwie dzieje w Polsce przy okazji gwałtownej i niespodziewanej śmierci prezydenta, licznych ludzi z jego ekipy i jego partii, ale przecież także osób reprezentujących wszystkie inne, ważne orientacje polityczne i ideowe? Nie ulega wątpliwości, że w nastroju, który zapanował w Polsce, włącznie z ikoną Polski na cały świat, którym stał się obraz palących się zniczy cmentarnych i stosów kwiatów w Warszawie przed siedzibą prezydenta, podstawowy udział mają media.
W obliczu katastrofy wypada przyznać, że przecież krytykowany i raczej słabo oceniany w swej roli prezydent był jednak reprezentantem politycznej wspólnoty, że w obliczu tak gwałtownej, dramatycznej śmierci warto spojrzeć również na to, co udało mu się w czasie jego prezydentury, co w niej było cennego i dobrego.
[srodtytul]Rosnący patos[/srodtytul]
Rozumiem taki postulat – istotnie, w takich okolicznościach warto raczej zobaczyć plusy, by o znanych wszystkim minusach zamilczeć. Lecz mam wrażenie, że po pierwszej dobie, drugiej dobie i trzeciej dobie wyłącznego nadawania przez wszystkie ważne telewizje programu całkiem „na żywo” i poświęconego wyłącznie celebracji katastrofy oraz jej ofiar, na czele z rosnącym patosem w prezentowaniu zmarłego prezydenta, zaczęły się pojawiać pytania. Co się dzieje? Dlaczego także w radiowych stacjach dziennikarze, dość surowo, na ogół zresztą całkiem rzeczowo osądzający polityków, łkają ze smutku i rozpatrują sentymentalne wspomnienia o parze prezydenckiej i innych politykach. Po pierwsze więc fala sentymentalizmu zalała nas kompletnie. Zatarła się przy tym ta – tak ważna przecież dla całej polskiej tradycji! – różnica między sferą prywatną i publiczną.
Spontaniczna reakcja na katastrofę była mieszaniną jednego i drugiego, ale przecież nie możemy jej zamazywać, zwłaszcza w społecznej interpretacji katastrofy. Tymczasem, nagle, media i dziennikarze patrzą na ofiary tragicznego wypadku tak, jakby się mówiło o zmarłym ojcu, bracie, wujku… Rzecz jasna, wszyscy ludzie, którzy zginęli w katastrofie, byli tymi bliskimi, najbliższymi, zwykłymi osobami w zwykłych rolach, także budzącymi mniejszą czy większą sympatię swoich współpracowników, czy nawet dziennikarzy wypytujących ich o różne sprawy publiczne.
Jednak ta ludzka ocena, ocena i sympatia do konkretnych osób w codziennych stosunkach, nie może być – i przecież na ogół nie jest – tożsama z oceną tych samych osób występujących w publicznych rolach. Potrafimy to oddzielić także w zwykłym życiu i sami wiemy, że inaczej się zachowujemy w stosunkach towarzysko-rodzinnych, inaczej, gdy występujemy w oficjalnych rolach. Nie ma więc żadnego powodu, aby nawet przy okazji żałoby zacierać tę niezwykle ważną różnicę.
Choćby prezydent był najlepszym dziadkiem, a jego stosunki z żoną wzruszały nas nawet choćby jako widzów telewizyjnych przekazów, nie powinno to wpływać na ocenę – możliwie rzeczową i obiektywną – sposobu, w jaki prezydent był prezydentem. Zwłaszcza że przecież jego kadencja właśnie dobiegała końca, można więc dość spokojnie spojrzeć na całość dokonań i niedokonań prezydenta. Jak już wcześniej powiedziałem, można się w tej smutnej, dramatycznej sytuacji powstrzymać od nazywania tego, co dobre nie było. Ale lepiej zatem podkreślić dobre, lecz wstrzymać się od gloryfikacji tej prezydentury.
[srodtytul]Śmierć czyni bohatera?[/srodtytul]
I tutaj następna sprawa, a mianowicie miejsce pochówku prezydenta. Każdy naród ma swoje miejsca symboliczne, prezentujące specjalnych przedstawicieli swej wspólnoty. Miejsca na ogół zróżnicowane symbolicznie. Gdzie indziej oddaje się hołd żywym, gdzie indziej zmarłym, także w różnych miejscach różnym ważnym zmarłym. Są po prostu miejsca będące rodzajem narodowego panteonu.
Decyzja, aby prezydent Kaczyński wraz z małżonką spoczął na Wawelu, wydaje mi się – delikatnie mówiąc – nieuzasadniona. Bo właśnie takie miejsce jak cudem ocalały z wojennej zawieruchy Wawel jest miejscem szczególnym, swego rodzaju panteonem narodowych bohaterów. Nawet spoczywający na Wawelu najwięksi wieszcze spoczywają w osobnej krypcie.
Czyżby tragiczna – trzeba przyznać – śmierć prezydenta uczyniła z niego bohatera? Czy Kaczyński to drugi Piłsudski, zwycięzca jednej z ważniejszych w naszych i europejskich dziejach bitew? Zresztą warto przypomnieć, że przed kilkudziesięciu laty decyzja o pochowaniu marszałka Piłsudskiego na Wawelu wywołała wielki, wręcz trwały konflikt społeczny. Dlaczego powtarzać podobną sytuację w roku 2010, w Polsce tak efektywnie odbudowującej swoje demokratyczne państwo i miejsce w świecie, a jednocześnie z takim trudem budującej dobrą kulturę demokratycznej polityki?
Zwolennicy prezydenta, jego sympatycy wedle wszelkich możliwych źródeł wiedzy socjologicznej należą wśród Polaków do mniejszości. Jeśliby się okazało, że jest to mniejszość tak wpływowa, to doprawdy znaczyłoby o utracie narodowego zdrowego rozsądku. Oznaczałoby to także kompletne rozmycie jakichkolwiek, także zwykłych, ludzkich kryteriów oceniania.
Chyba że po prostu podejmie się decyzje, że wszystkie ofiary katastrofy legną na Wawelu, co byłoby całkiem sprawiedliwe, bo każda z tych ofiar wypadku była osobą wrażliwą, kogoś kochającą, dobrze spełniającą swe codzienne role… Owszem, często w życiu w szczególnych sytuacjach uczuciowych podejmujemy mało rozsądne decyzje, ale nie ma powodu, aby elita społecznej wspólnoty traciła zdrowy rozsądek. A podjęte decyzje o takim braku rozsądku świadczą.
Ale właśnie ten rozsądek, o który mi chodzi, zawiera się w dążeniu, by zwłaszcza w obliczu jednoczącej tragedii zachować to co wspólne, ani nie zacierając różnic, ani nie podejmować decyzji, które chwilowe przeżycie wspólnoty zamienią w jeszcze gorszy niż dotąd konflikt.
[i]Autor jest profesorem socjologii związanym m.in. z Uniwersytetem Warszawskim[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA