fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Iwaszkiewicz w poziomie i pionie

Jarosław Iwaszkiewicz (z prawej) z Arturem Rubinsteinem, 1957 r.
Forum
I za jego życia, i po śmierci powtarzano, że znakomicie sobie radził na styku polityki i literatury. Zaplątywał się niemożliwie w komunistyczne gry, ale nie był w tym wszystkim naiwny
Drugi, z niecierpliwością oczekiwany, tom „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza ukazuje się niemal w przededniu 30. rocznicy śmierci ich autora.
To kolejna okazja do dyskusji nad miejscem tego twórcy w kulturze polskiej, ale i do ferowania ocen, z którymi – nie czekając na edycję całości „Dzienników” – pospieszyła się „Gazeta Wyborcza”, już trzy lata temu urządzając debatę mającą, jak się zdaje, wykazać małość Iwaszkiewicza.
Zwłaszcza w zestawieniu z jego wiecznym antagonistą – Antonim Słonimskim, guru warszawskiego Salonu, „ojcem chrzestnym” Adama Michnika. Zamierzenie udało się połowicznie, jako że już wówczas wśród dyskutantów znaleźli się i tacy, którzy przerywając potoki pretensji i żalów pod adresem „kolaboranta bez nadziei” i „Petaina polskiej literatury”, przypominali, że był to jednak i przede wszystkim poeta i prozaik wielkiego formatu.
[srodtytul]Wszyscy mężczyźni płaczą [/srodtytul]
Czy równie wielkim był diarystą? Na pewno niepoślednim. Drugi tom „Dzienników”, z lat 1956 – 1963, jest daleko ciekawszy od pierwszego, gdyż Iwaszkiewicz zaniechał zapisywania w nim niemal tego samego, co później można było przeczytać w jego książkach. 20 lutego 1959 r. naszła go zresztą w związku z tym autorefleksja: „Trochę mi wstyd tego, że ten dziennik zamienił się całkowicie w dziennik o Jurku (Błeszyńskim, zmarłym niebawem – 28 maja 1959 r. kochanku Iwaszkiewicza, jego wielkiej miłości – przyp. K.M.), że wciąż powracam do niego. Ale to ponad moje siły pisać teraz o czymś innym w dzienniku. O czym innym to ja piszę do druku”.
Otóż to; tym większe uznanie należy się córkom Jarosława Iwaszkiewicza, że zdecydowały się na publikację „Dzienników” w całości, bez autocenzury i „zmiany choćby jednej kropki”. Właśnie te osobiste zapiski należą do najbardziej dramatycznych, wręcz wstrząsających fragmentów tego dzieła, jakim są „Dzienniki”.
Nad homoseksualizmem Iwaszkiewicza przechodzi się często do porządku dziennego. Pisarz nie krył się z nim, o jego pederastii – tak się wtedy mówiło – wiedziano powszechnie. A jednak robi wrażenie to, co napisał w marcu 1960 r., po tym, gdy zdenerwowany opuścił dom, do którego ściągnął go Henryk Krzeczkowski na, nazwijmy to oględnie, spotkanie z nieznajomymi młodzieńcami.
"Co oni myśleli? – pytał potem – że będę publicznie chędożył chłopaków? Coś nieprawdopodobnego. Dlatego, że mam pociąg do mężczyzn, to od razu już tak? Uczułem się do głębi, do żywca obrażony. Wróciłem do domu, położyłem się do łóżka i rozpłakałem się. Byłem upokorzony i przerażony. Ale świat jest taki”.
Świat, rzeczywiście, taki jest, a Jarosław Iwaszkiewicz, przypomnijmy, miał wówczas 66 lat i, w końcu, na to – budzące później jego wstręt – spotkanie nie został zaciągnięty siłą. Ale łzy? – to już inna sprawa. W sierpniu tego samego roku zapisuje w „Dziennikach”: „Słuchałem dziś rano w radio »Martwej natury« Konopnickiej i płakałem jak bóbr.
Zdaję sobie sprawę z całego naturalizmu tego opowiadania, zresztą wspaniałego. Ale płakałem z wszystkich innych, nie literackich powodów, a Danilewiczowa pyta w swej recenzji z »Tataraku« (zamieszczonej w londyńskich »Wiadomościach« – przyp. K.M.), dlaczego w moich nowelach wszyscy mężczyźni płaczą. Bo wszystkie nowele są o mnie, droga pani Danilewiczowa”.
[srodtytul]Potrzeba wybielenia [/srodtytul]
Iwaszkiewicz płaczący porusza, gdy deklaruje swoje przekonania socjalistyczne – tylko śmieszy, bo był z gruntu apolityczny, a system, w którym funkcjonował z socjalizmem nie miał nic wspólnego, czego był w pełni świadomy. I za jego życia, i po śmierci wielokrotnie powtarzano, że znakomicie sobie radził na styku polityki i literatury. Niestety, na tym „styku” potrafił też być obrzydliwy.
W kwietniu 1956 r. w Sztokholmie na posiedzeniu Światowej Rady Pokoju polska delegacja spotkała się wieczorem na uroczystej kolacji, na której znalazła się także Wanda Wasilewska. Maria Dąbrowska odmówiła rozmowy z nią, nie chciała podać jej ręki. Iwaszkiewicz zanotował w „Dziennikach”: „Nawet stary Ochab (Iwaszkiewicz był od niego o dwanaście lat starszy! – przyp. K.M.), kiedy mu powiedziałem, że Maria nie podała ręki Wasilewskiej, odrzekł: »Tak, ale ona napisała 'Na wsi wesele'«. Dzisiaj pojechała do Uppsali na seminarium polonistyczne. Jakbym już widział Nobla w jej kieszeni. Jarosławie, czy jesteś zazdrosny?” To też.
Zdumiewające, że oto Iwaszkiewicz, esteta i pięknoduch, donosi na koleżankę po piórze niesłynącemu z wybujałego intelektu partyjnemu czynownikowi. Po co? Z bezinteresownej zawiści? Pięć lat później informację o ogłoszonej właśnie literackiej Nagrodzie Nobla skomentował następująco: „Dzisiaj Nobla przyznano Ivo Andriciowi. Na długie lata zamknięto ją tym samym dla Słowian. Biedna Maryjka!”
Wtedy, w Sztokholmie zdążył podzielić się jeszcze z Dąbrowską wrażeniami z przeczytanych wspomnień Stefana Korbońskiego „W imieniu Rzeczypospolitej”. Rozmowa według Iwaszkiewicza wyglądała następująco:
„Ja: Wiesz, przeraża mnie poziom książki Korbońskiego.
Ona: Tak powinno być. Od takich ludzi nie wymaga się poziomu, tylko pionu.
Ja: Jak ty to rozumiesz?
Ona: Od poziomu to jesteśmy my. Chociaż niektórzy z nas nie posiadają pionu”.
I komentarz odautorski: „A niech cię, babo, diabli wezmą”.
W refleksji z lektury Korbońskiego znalazło się u Iwaszkiewicza miejsce dla... Bolesława Bieruta, bohatera jego panegirycznego wiersza, którego – jak możemy skonstatować – w kwietniu 1956 r. zaczynał się wstydzić. Bronił się jednak – czy przed sobą samym? „Do Bieruta miałem zawsze wielkie zaufanie – i przykro mi było, że w ostatnich latach wycofał się jak gdyby od kontaktów z nami, pracownikami kultury. Wierzyłem mu bardzo. Śmierć jego sprawiła na mnie bardzo silne wrażenie, pogrzeb – wspaniały.
Te tłumy, które przesuwały się przed trumną, tłumy prawdziwego, do dziś cierpiącego proletariatu, dla którego on był symbolem i nadzieją. Zamęt w kraju po jego śmierci ogromny i nikt nie ma jego autorytetu. Żaden Korboński nie zasmaruje jego rozwagi i mądrości. Mogą na niego zwalać wszystko jak na Stalina – mój osobisty stosunek do niego, bardzo osobisty, nigdy się nie zmieni. Myślę, że nie bez racji trumna jego była przykryta narodowym sztandarem”. Kpił czy o drogę pytał?
A pisał to przecież nie dla cenzora ani dla wścibskich oczu służb specjalnych. Było już po sławetnym, „historycznym” XX Zjeździe KPZR. Minął rok i Iwaszkiewicz znów wrócił do swojego „urodzinowego” „Listu do Prezydenta Bieruta”: „... nie wstydzę się. Jestem głęboko przekonany, że jeszcze historia pokaże, kim był Bierut – a jeżeli nie, to jest z mojej strony dopuszczalna omyłka, ale okropnie się wstydzę »Wycieczki do Sandomierza«, jak i tego, że dałem sobie w »Bachu« wsadzić porównanie Manna do Żdanowa”.
Było się czego wstydzić, bo i „Ucieczki Felka Okonia”, przemilczanej w „Dziennikach” przez autora. Ale tych iwaszkiewiczowskich grzechów w okresie wiadomym nie było znów tak wiele. Przy tym nie „popisał” się czymś tak plugawym, jak Słonimski , który po ucieczce Miłosza wyzywał poetę w „Trybunie Ludu” od „sprzymierzeńca upiorów hitlerowskich”.
Co nie znaczy, że ucieczki tej Iwaszkiewicz nie przeżył i później nie bez kozery wydziwiał nad „Rodzinną Europą” Miłosza, skądinąd słusznie zauważając, że: „Wszystkie te sofizmaty, mające na celu pokazanie niezwykłości jego osoby i niezwykłości jego sytuacji w Europie, w podziemiach mają zatajoną zwyczajną potrzebę wybielenia siebie”.
[srodtytul]Jaka wspaniała herbata [/srodtytul]
W 1961 roku wpisuje Iwaszkiewicz do „Dzienników” znamienną anegdotę literacką: „Opowiadała mi Pola Gojawiczyńska, że gdzieś w lutym czy marcu 1945 roku, wychodząc z redakcji »Rzeczpospolitej« w Łodzi, gdzie robiła korektę »Kraty«, natknęła się na Borejszę z Marią Dąbrowską. Borejsza przywiózł ją właśnie z Dąbrowy Kościelnej pod Łowiczem, gdzie była od powstania. Borejsza ucieszył się i prosił Polę, aby się zaopiekowała Dąbrowską.
– Co znaczy »zaopiekowała«? – spytała Pola.
– Pani Dąbrowska ma mieszkać z Nałkowską. Niech pani zaprowadzi ją na Bandurskiego 8.
Pola zabrała Dąbrowską i idą.
– Czy pani już jadła obiad? – pyta Pola.
– Nie, jeszcze nie.
– No, to ja panią zapraszam.
Poszły do Grandu, zjadły dobry obiad z wódką i idą dalej Piotrkowską. Maria zachwyca się wystawami.
– Boże, jakie wspaniałe rzeczy. (W Łodzi rzeczywiście było wtedy wszystkiego pod dostatkiem.) Jakie materiały, jakie towary...
Zatrzymują się przed jedną wystawą.
– Ach, Boże – mówi Maria – herbata! Jaka wspaniała herbata. Chciałabym sobie kupić, tak dawno nie piłam prawdziwej herbaty. Ale nie mam ani grosza.
– Sprzeda pani coś i będzie pani miała na herbatę – mówi Pola.
– Ja już nic nie mam do sprzedania. Całą biżuterię straciłam.
– Ja nie mówię o biżuterii – powiedziała Pola – ale to, co pani napisała. Widziała pani Borejszę. On od pani wszystko kupi. Niech go pani poprosi o pieniądze.
Dąbrowska się wyprężyła.
– Nie, ja teraz nie będę ani pisała, ani drukowała.
»Aha – pomyślała Pola – to ja jestem ta swołocz, a ty jesteś ta czysta! Nie kupię ci tej herbaty«. I poszły w dalszą drogę”.
Ktoś na tę „herbatę” musiał zapracować. Na Stawisku tym kimś był, oczywiście, Jarosław Iwaszkiewicz. Podkreślał to często, jakby przechodząc do porządku dziennego nad tym, skąd sam się wziął na Stawisku i co tam robił. Z tego punktu widzenia ważny jest zapis z 19 maja 1956 roku: „Podpisaliśmy dziś z Hanią w hipotece akt kończący parcelację Podkowy Leśnej. Ostateczny rozdział współwłasności.
Jak zawsze wydawała mi się dziwaczną współwłasność: Anna Helena Iwaszkiewiczowa, Bank Spółek Zarobkowych, Spółka »Siła i Światło« (Light And Power), jak efemeryczne istnienie jakiejś Anny Heleny obok tak wiecznościowych instytucji. Tymczasem instytucje okazały się efemeryczne, a Anna Helena przetrwała. Istnienie jej ułatwiało istnienie w czasie okupacji, co było powodem zmartwień, kłopotów, trudów – ale i dochodów, z czego żył Miecio [Rytard], Roman Kołoniecki, Wiesio... Teraz już, od dobrych paru lat przeszliśmy na moje dochody osobiste, które są olbrzymie, wciąż jednak ledwie wystarczają na nieproporcjonalnie wielkie wydatki”.
Był człowiekiem zapracowanym i wiecznie zajętym. Kierował redakcją „Twórczości”, przewodniczył Związkowi Literatów Polskich, pisał cotygodniowe felietony do „Życia Warszawy”, pracował nad kolejnymi książkami, robił ich korekty, na Stawisku przyjmował a to Sartre’a, to znów Rubinsteina, a bywało, że i głowy koronowane (królowa belgijska Elżbieta). Co roku jeździł do Włoch i na Sycylię, jak byśmy dziś powiedzieli – ładować akumulatory. Wymykał się zresztą ze Stawiska, gdy tylko mógł. Nie tylko za granicę – do Danii, Szwajcarii, Czech, ZSRR, ale i do ukochanego Sadomierza, nad którym załamywał ręce – bo też brzydł akurat.
Tak jak Dąbrowska marzył o Noblu, a zadowalał się nagrodami państwowymi. Ten, zdawałoby się, olimpijczyk, świetnie zdający sobie sprawę z wartości tego, co pisze, skwapliwie odnotowywał pozytywne artykuły i recenzje, włącznie z peanami Wacława Sadkowskiego z „Trybuny Ludu”. A po publikacji „Wzlotu”, odbieranego jako swoista polemika z „Upadkiem” Camusa, wyliczał: „Pochlebne, nader pochlebne opinie o »Wzlocie« mam od Grydzewskiego, Jeleńskiego, Modzelewskiej, Jastruna, Zawieyskiego, Sławka Kryski, Wata, Janka Strzeleckiego, trochę przygodnych znajomych (Wiktorczyk). Ale co mnie najbardziej umocniło w przekonaniu, że to jest dobre: Hłasce nie podoba się, Jerzy Andrzejewski nie rozumie, o co mi chodzi w tym opowiadaniu, a Marysia Brandysowa nie miała jeszcze czasu, by je przeczytać”.
Gdy na moment zapomina o współczesności i przypomni sobie taki, na przykład, rok 1932 nie może się nadziwić, że napisał wtedy i „Brzezinę”, i „Panny z Wilka”. Wspomni też swój pierwszy wyjazd na Sycylię, mający miejsce właśnie wtedy, i tak bliskiego mu Józia Rajnfelda. I nawet nie wymieni, kto wie czy niepowstałych wówczas najlepszych swoich wierszy (obok tych całkiem późnych) – z tomu „Lato 1932”.
[srodtytul]Od Mikołaja I do komunizmu (i z powrotem) [/srodtytul]
Krytycy wielokrotnie zwracali uwagę na milczenie poety w czasie okupacji. Oczywiście, powstały wtedy – w 1942 roku – wspaniałe „Plejady”, ale zdawać się mogło, że w obliczu skumulowanego zła. Iwaszkiewicz złamał pióro, zajmując się tym, co wówczas było ważniejsze: ratowaniem substancji. A myślę tu także o Żydach, którym działalność Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów umożliwiła przetrwanie.
Charakterystyczne, że w przeciwieństwie do Słonimskiego, a zwłaszcza Tuwima, autor „Plejad” nie nawoływał do odwetu za zbrodnie niemieckie w Polsce. Pisał m.in.: „Boże! Wszak tobie zemsty miecz!/ Nie nam! nie nam”. Tym większą wagę ma zdanie zapisane w „Dziennikach” po mowie ministra spraw zagranicznych Adama Rapackiego w 1960 r.: „Znowu przyjaźń z Francją i jej montowanie oznacza podnoszenie głowy przez Niemcy. Po tym wszystkim cośmy przeżyli, znowu myśleć o tym, że przyjdą oni: straszni, bezlitośni i ohydni. Znowu moje wnuki mają przeżywać to samo?”
W kontekście tego warto pamiętać o aprobatywnym stosunku Iwaszkiewicza do powstania warszawskego, który jasno wynika z jego „Bitwy na równinie Sedgemoor”. Przypomina się też wiersz z „Ciemnych ścieżek”, datowany na 1944 r., z pytaniem:
„Czy taki dom był śmierci wart?” i natychmiastową odpowiedzią:
Ale nasz dom, to jest nasz dom,
Jak psy ułóżmy się na progu,
I koniec taki nam, jak psom.
I wycie nasze – tylko Bogu.
Czy naprawdę autor „Ciemnych ścieżek” był wyłącznie – jak chciał Miłosz – „publicznym sprawom obcym” estetą?
Dość przeczytać euforyczne notatki Iwaszkiewicza sporządzone bezpośrednio po dniach „Polskiego Października” 1956 roku. „Jakież to szalenie pocieszające, radosne, naprawdę intensywnie radosne. Tak wiele złego myślałem i mówiłem ostatnio o moim narodzie. A tu nagle taka niespodzianka wielkości”.
Inna sprawa, że asumpt do tych porywów ducha dała mu... próba mickiewiczowskich „Dziadów”, na której – relacjonował – „Żółkiewski i Sokorski płakali”, a potem przez dziesięć minut siedzieli bez słowa w gabinecie dyrektora teatru Arnolda Szyfmana. „Zrozumiałem wtedy wszystko – wyznawał diarysta – co oni czuli – i że oni są też Polakami”. To prawda, że mogła to być dla Iwaszkiewicza spora niespodzianka, ale aż taka?
Autor „Dzienników” zaplątywał się niemożliwie w komunistyczne gry i, nomen omen, gierki, ale gdy w 1956 roku posiedzenie Stowarzyszenia Kultury Europejskiej postrzegał jako „zadziwiające i tragiczne widowisko” z racji „podziału pomiędzy Zachodem a nami” i deklarował, że o nic innego mu nie chodzi, jak „tylko o zapobieżenie ostatecznemu rozpadnięciu się Europy na dwa placki”, nie mamy prawa odbierać mu dobrej woli. Czy był w tym wszystkim naiwny? Nie do końca. W maju 1962 r. podczytywał sobie znalezione wtedy listy Zygmunta Krasińskiego i podkreślił w nich zdanie: „Mikołaj (I) doprowadzi do komunizmu, a komunizm znów do Mikołaja”. Nie, stanowczo widzieć w Iwaszkiewiczu jedynie „Mefista z kwiatem glicynii” – jak chciał Jan Walc – to dostrzegać wyłącznie jego nie bardzo udaną karykaturę.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA