fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Nogi, płuca i serce

Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
W tym sezonie Justyna Kowalczyk wygrywa bieg za biegiem i prowadzi w wyścigu po kolejną Kryształową Kulę, którą otrzymują zwycięzcy Pucharu Świata. W prestiżowym Tour de Ski nie dała nikomu szans. Teraz czas na igrzyska
Największa gwiazda narciarskich biegów ma 27 lat i pochodzi z kraju, gdzie na dobrą sprawę nie ma tras biegowych. Jest pierwszą polską biegaczką, która zdobyła medal na igrzyskach (brąz w Turynie – 2006), pierwszą, która stanęła na podium mistrzostw świata. Rok temu w Libercu zdobyła dwa złote medale i jeden brązowy, miesiąc później odebrała w Falun Kryształową Kulę, pozostawiając w cieniu pewne siebie Skandynawki, które zaczynają biegać na nartach tuż po wieku niemowlęcym.
[wyimek][b]Dziś kwalifikacje konkursu skoków i ceremonia otwarcia igrzysk - zobacz [link=http://www.rp.pl/temat/380484.html]rp.pl/vancouver[/link][/b][/wyimek]
Kiedy trenera Aleksandra Wierietielnego pytają, w czym tkwi siła Justyny, niezmiennie odpowiada, że w głowie.
– To bardzo inteligentna, świadoma tego, co robi, dziewczyna, do treningu nie trzeba jej gonić. A to, że jest przemądrzała i ma swoje zdanie, to dobrze. Zawsze taka była i jak widać nieźle na tym wychodzi – żartuje trener, kiedyś obywatel ZSRR, dziś nasz rodak z wielkimi sukcesami i polskim paszportem.
On wie najlepiej, że kluczem do sukcesów jest ciężka praca. Tak ciężka, że niewielu biegaczy potrafiłoby ją wytrzymać.
– Justysia potrafi trenować jak mało kto. Czasami przecierałem oczy, bo to nie mieściło się w głowie. Do tego sezonu i tego przed rokiem przygotowania były tak ciężkie, że sama modliła się o koniec. Miała dość – opowiada Wierietielny. Przekonuje, że prawdziwa olimpijska forma, na którą wszyscy czekamy, przyjdzie dopiero w Whistler, w połowie lutego.
To, że Justyna przed laty spotkała na swej drodze tej klasy fachowca, zadecydowało o jej sportowym życiu. Dlatego przy każdej okazji powtarza, że trenerowi zawdzięcza wszystko. – Nie potrafiłabym pracować z nikim innym. Wierietielny to dobry, uczciwy człowiek. Traktuje mnie jak partnera, zawsze wysłucha i choć decyzje podejmuje sam, to wiem, że moje zdanie bierze pod uwagę. Bo mnie szanuje – mówi Kowalczyk.
A on czuwa nad nią jak ojciec. Dba, by zjadła na czas, by się nie przeziębiła, wie, co powinna zrobić, by zregenerować siły po wysiłku. Po morderczej wspinaczce na Alpe Cermis kończącej zwycięski dla niej
Tour de Ski, gdy już wrócili do maleńkiego hotelu w Tecero, kazał spać. I Kowalczyk posłuchała, choć na dole czekali dziennikarze.
Gdy jej ktoś zajdzie za skórę, potrafi być nieprzyjemna. Wie co powiedzieć, by zabolało. Przekonał się o tym Ulf Olsson, specjalista od smarowania nart, który z Justyną Kowalczyk już nie pracuje. Ale nawet on ją chwali. – Fizycznie nikt jej nie dorównuje, dlatego wygrywa – ocenia szwedzki serwismen związany teraz z Norwegami.
Zastąpili go Estończycy, Are Mets i Peep Koidu. Ten pierwszy smarował narty swojemu rodakowi Andrusowi Verpaalu, gdy dwukrotnie sięgał po olimpijskie złoto i wygrywał mistrzostwo świata. – Takich nart do klasyka nie miałam nigdy – mówi Kowalczyk, a jej słowa potwierdza Wierietielny. – Tu nie chodzi tylko o smarowanie. Bardzo ważny jest dobór nart zależny od budowy zawodniczki i techniki. Trzeba mieć ogromne doświadczenie i wiedzę, by wybrać dobrze. A w tym Are jest niezastąpiony. – Ale i tak decydują nogi, płuca, serce. Jeśli one zawiodą, najlepszy serwismen też nie da rady. I odwrotnie. Sam Pan Bóg nie pomoże, gdy fachowiec się pomyli i źle posmaruje – przekonuje nasza mistrzyni.
Pierwszym trenerem Justyny Kowalczyk, dziewczyny z Kasiny Wielkiej, dużej wsi spod Turbacza w Gorcach, był Stanisław Mrowca. W szkółce narciarstwa biegowego pracował razem z bratem Januszem, nauczycielem szkoły podstawowej i gimnazjum w Niedźwiedziu oraz Krzysztofem Jaroszem, nauczycielem wychowania fizycznego z Mszany Dolnej.
– Justyna – jak wspomina ją pani Marta Skowronek, która wraz z Januszem Kałużnym prowadziła wtedy lekcje wuefu w Kasinie Wielkiej (dziś jest dyrektorką w Mszanie Górnej) – była bardzo żywą i śmiałą dziewczynką, która nie ukrywała swych ambicji, szczególnie sportowych. Najbardziej lubiła wygrywać, a przy tym szybko się uczyła. Teraz, gdy ją spotykam, wciąż widzę tamtą Justynkę, która reaguje otwarcie, jest dowcipna i serdeczna dla wszystkich. Dzieci bardzo ją lubią. Kiedy tylko ma trochę wolnego czasu, spotyka się z naszymi uczniami, a oni piszą o niej wiersze.
Z czwórki dzieci państwa Kowalczyków Justyna była najmłodsza. Brat i siostra są lekarzami, a druga siostra, tak jak matka, polonistką. Ona też miała studiować medycynę, więc kiedy Mrowca wybrał się do rodziców, by zaproponować Justynie treningi w swoim klubie, spotkał się z odmową. Po długich negocjacjach dostał w końcu zgodę, ale pod warunkiem, że córka wygra zawody młodziczek.
Justyna przez rok trenowała, przygotowując się do mistrzostw. Przed wyjazdem do Ustrzyk Dolnych biegaczki z klubu Maraton miały zgrupowanie w Domu Nauczyciela w Nowym Targu, którego dyrektorem był Mrowca. – To właśnie wtedy powiedziała, że jeśli nie wygra i nie zdobędzie złotego medalu, rzuca narty w kąt. Nie wierzyłem własnym uszom.
Mówiła to dziewczyna, która nie miała jeszcze żadnych sukcesów, zaledwie rok treningów za sobą i ponad 100 rywalek do pokonania. I co najbardziej niesamowite, ona te zawody wygrała – wspomina Mrowca. To był czas, gdy w małym wiejskim klubie brakowało wszystkiego. Najbardziej pieniędzy na sprzęt i wyjazdy na zawody.
W Szkole Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem, gdzie kontynuowała naukę, też nie było łatwo. Przyszła mistrzyni świata miała tam chwile zwątpienia, bardziej doświadczone koleżanki nie były dla niej miłe. Oparcia szukała w domu. Ludwik Tokarz, trener z Zakopanego, w jednym z wywiadów wspomina, jak w okresie ferii zimowych chciała jechać do Kasiny Wielkiej, do rodziny, a on mówił, że musi trenować dwa razy dziennie. I trenowała, dojeżdżając codziennie ponad 60 kilometrów. Wstawała skoro świt i wracała późnym wieczorem.
63-letni Wierietielny, człowiek, który w 1995 roku doprowadził Tomasza Sikorę do mistrzostwa świata w biatlonie, przyznał kiedyś, że gdy na zgrupowaniu juniorek zobaczył po raz pierwszy młodziutką Kowalczyk, niczym szczególnym się nie wyróżniała. – No, może tylko tym, że była bardziej zadziorna od koleżanek. Ale gdy przyjrzał się jej uważniej, zauważył, że robi szybko postępy, bo pracuje jak szalona. Zdarzało się, że ciężkie treningi przypłacała chorobą, jednak nawet wtedy się nie skarżyła. Wtedy nie miał już wątpliwości, że trafił na skarb.
– Nie szukam taniej popularności i pieniędzy za wszelką
ceną – mówi Kowalczyk pytana, czy poradzi sobie z sukcesami. – To nie ma dla mnie znaczenia, ważniejsze, gdy słyszę jak inni trenerzy podpowiadają dzieciom, by biegali jak ja. I to są właśnie najprzyjemniejsze chwile. Ci, którzy mnie znają, wiedzą jak ciężko tyram na swoje medale. Poświęcam rodzinę, naukę, życie prywatne, prawie nie ma mnie w domu. To naprawdę wielkie wyrzeczenie, ale nigdy nie narzekam, bo gdy zagrają polski hymn, wiem, że było warto.
Zdecydowane zwycięstwo w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na najlepszego polskiego sportowca w 2009 roku to świadectwo, że chropowate kontakty ze światem popularności jej nie odbierają. To, że czasami jest cięta jak osa, tylko dodaje pieprzu pięknej legendzie, która rodzi się na naszych oczach. Bliscy jej ludzie mówią, że będzie bronić prywatności, pójdzie swoją drogą, nie zachłyśnie się blichtrem, bo tego nie cierpi.
I będzie trudnym przeciwnikiem dla tych, którzy za wszelką cenę szukają sensacji. A jak trzeba, zapyta tak jak Robert Kubica: – Gdzie byliście wcześniej? Gdy odzywają się głosy, że już teraz powinna podpisywać lukratywne kontrakty i szukać najbogatszych sponsorów, ona twierdzi, że nic nie musi. Kiedy pada pytanie, czy wraca myślami do poprzednich igrzysk w Turynie, odpowiada zdecydowanie: – Bardzo często. Byłam wtedy młodą dziewczyną, która miała za sobą dramatyczne wydarzenia.
Dyskwalifikacja za doping, na szczęście w porę skrócona, była ostrym testem dla niej samej i otoczenia. Wielu się wykruszyło, zostali najwierniejsi. Trener Wierietielny cały czas stał za nią murem i tego nigdy mu nie zapomni. W Turynie zdobyła swój pierwszy olimpijski medal, już po tym jak straciła przytomność w poprzednim starcie. – Na tym poziomie utrata przytomności to otarcie się o śmierć, mam tego świadomość. Pozostaje po tym strach i pytanie, dlaczego to się stało. Z tym też później musiałam walczyć.
Justyna Kowalczyk nie wie na co ją stać na zbyt łatwych, jak twierdzi, olimpijskich trasach. Ma nadzieję, że będzie jeszcze silniejsza, ale ma też świadomość, że konkurencja nie śpi. Jest kilka zawodniczek, które będą bardzo groźne. Oprócz Słowenki Petry Majdić są w tym gronie Norweżki: Marit Bjoergen i Kristin Steira, Finki: Aino – Kaisa Saarinen i Virpi Kuitunen, Szwedka Charlotte Kalla, Włoszki z Arianną Folis na czele, Rosjanka Irina Chazowa i Estonka Kristina Smigun. Niektóre z nich się zaczaiły, ale na pewno zrobią wszystko, by na igrzyskach pokonać naszą królową śniegu. Ale może trener Aleksander Wierietielny ma rację, mówiąc, że jego Justysia będzie w Vancouver jeszcze mocniejsza niż ostatnio.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA