fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Czas mierzony kolorem

Jan Nowicki (Józef) i Ludwik Benoit (Szloma) w „Sanatorium pod Klepsydrą” (1973 r.)
Materiały Promocyjne
Dziś premiera cyfrowej wersji „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha Jerzego Hasa. Autor zdjęć do filmu opowiada o szczególnej roli barw i dobrodziejstwach nowych technologii.
[b]Minęło 37 lat od czasu, gdy „Sanatorium…” trafiło po raz pierwszy do kin. Czy po cyfrowej obróbce bardzo się zmieniło?[/b]
[b]Witold Sobociński:[/b] Przede wszystkim ożyło. Jak wiele wspaniałych filmów, którym nowoczesna technika przywróciła dawny blask. Kopie zniszczone upływem czasu można było doprowadzić do stanu, jaki miały w dniu premiery. A nawet, jak w przypadku „Sanatorium…”, do wersji pełniejszej.
[b]To możliwe bez ingerencji w dzieło?[/b]
Dzięki cyfrowej obróbce udało się nasycić istniejące barwy, nadać im ostrość, głębię, a także wydobyć wspaniałe kolory, których na tradycyjnej taśmie nie było widać.
[b]
Nie obawia się pan, że widzowie zarzucą panu „przekoloryzowanie”, reagując jak część osób na odnowioną Kaplicę Sykstyńską? [/b]
I usłyszymy: Kicz!? Trochę się boję, że ludzie tego nie zrozumieją, ale obecny efekt jest bardzo bliski pierwotnej koncepcji i mojemu stylowi. Film ma przemyślaną strukturę oraz kompozycję barw, które wizualnie zbliżają ekranowy obraz do prozy Schulza.
[b]
Autor „Sklepów cynamonowych” ma specyficzne podejście do czasu. Razem z przypisaną mu przestrzenią, która na przemian kurczy się i rozszerza, tworzy mozaikę zdarzeń i doznań balansujących na granicy snu i jawy. Wydaje się to nie do przełożenia na ekran, a jednak udało się. Jak?[/b]
Zacznę od tego, że Has był wizjonerem. Bodaj największym w polskim kinie. „Sanatorium…” to film jego życia, jednak kiedy zaczynaliśmy realizację, nikt nie wiedział, jaki będzie końcowy efekt. Has wcześniej nie robił takich filmów. Kręcił fabuły realistyczne. Przy jednej z nich – „Szyfrach” (1966 r.) byłem u niego operatorem kamery. Widocznie dobrze wspominał naszą współpracę, bo zaproponował mi zrobienie zdjęć do „Sanatorium…”. Na planie okazało się, w jak skomplikowanym projekcie bierzemy udział. Tymczasem ja do tego zapętlonego przebiegu czasowego, wynikającego z literatury, dodałem jeszcze jeden czas – mierzony kolorem i nasyceniem barw. A Has dołożył niewystępującą u Schulza perspektywę – zagłady. Stanowi ona ramę filmu.
[b]Sceny zapowiadające pogrom różnią się kolorystycznie od kadrów, w których Józef podróżuje pociągiem i kiedy trafia do sanatorium. A te z kolei odcinają się od jasnych i barwnych obrazów świata odradzającego się we wspomnieniach głównego bohatera. Jak pan uzyskiwał te efekty?[/b]
Wszystko ręcznie. Nie było dzisiejszej techniki. Decydowały kolory światła, strojów, dekoracji. Zauważyła pani, że nie ma w tym filmie zamkniętych dekoracji. Wszystkie kompozycje są szerokie.
[b]Czy któreś z ujęć, nakręconych w ten sposób, daje panu szczególny powód do dumy?[/b]
Jeśli powiem, że parę rzeczy w tym filmie wymyśliłem, to nie za dobrze to zabrzmi, więc pozostańmy przy stwierdzeniu, że miałem udział w ciekawych rozwiązaniach w tym filmie. Np. fragment, kiedy bohater zjawia się w domu, a matka mówi mu: „Idź do tych darmozjadów, którzy tam śpią”. Józef wędruje po schodach, otwiera drzwi zasnute pajęczyną i wychodzi na podwórko, na którym dzieje się wszystko. W jednym ujęciu pokazujemy podwórko, sklep, sypialnię, bóżnicę i pokój Adeli. O tym, że zdarzenia te dzieją się w różnym czasie, pokazują barwy, ruch i światło. Te kilkanaście wydarzeń, pokazanych w jednym ujęciu, szykowaliśmy przez dwa dni.
[b]Dlaczego kolor jest tak dla pana ważny?[/b]
Życie jest wydarzeniem kolorystycznym. Nie tylko szarym, nic nieznaczącym. Moi współcześni koledzy czy studenci często świadomie zamazują obraz, kręcą kadry nieostre i brzydkie. Bez plastycznego pomysłu i bez przesłania. Dysponują barwą, ale nie potrafią jej w pełni wykorzystać.
[b]Dzięki cyfrowej restauracji „Sanatorium…” odzyskało dawne barwy. Jak ocenili je pana wnukowie Piotr i Michał, również operatorzy?[/b]
Starszy, Piotr, powiedział, że dopiero teraz w pełni zrozumiał ten film. Doszło do niego, że to bardzo precyzyjna artystyczna konstrukcja, którą można docenić jedynie, gdy rozgryzie się obraz. A obraz, dzięki odświeżeniu, jest moim zdaniem nie tylko o wiele bliższy naszym zamierzeniom z czasu kręcenia filmu, ale też bardziej atrakcyjny dla widza.
[i]Rozmawiała Jolanta Gajda-Zadworna [/i]
[ramka]
[srodtytul]Piękno martwego mikrokosmosu[/srodtytul]
Po odnowionych cyfrowo – dzięki projektowi KinoRP – „Popiele i diamencie” Andrzeja Wajdy, „Austerii” i „Pociągu” Jerzego Kawalerowicza kolejnym polskim arcydziełem, które można oglądać w sieciach Multikino i Silver Screen, jest „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha Jerzego Hasa.
Spośród rodzimych twórców tylko Has próbował odsłonić drugi, niewidzialny wymiar rzeczywistości, poprzez ukształtowanie plastyczne obrazu. Sztuka filmowa tego reżysera jest najlepszym dowodem na możliwość przezwyciężenia ograniczeń tworzywa, pokazania tego, co wymyka się pojęciu.
„Sanatorium...” porywa oryginalną wizualnością. Emocje wywołuje tu nie tylko opowieść o przezwyciężaniu bariery czasu oraz życia i śmierci, ale i obraz o konotacjach z poetyką ekspresjonizmu, romantyzmu, baroku, ale też surrealizmu, który fascynował twórcę „Pętli” od młodości. Film nagrodzony w 1973 roku w Cannes jest właśnie najbardziej surrealistyczną w dorobku reżysera filmową podróżą w poszukiwaniu utraconego czasu dzieciństwa i snów.
Hasowi udało się tu powołać do życia mikrokosmos Brunona Schulza – „świat konający albo wręcz martwy, a w tym konaniu i martwocie niewiarygodnie piękny”. Warto zobaczyć jego dekadencką urodę w całej krasie, na dużym ekranie.
[i]
Anna Kilian[/i][/ramka]
Źródło: Życie Warszawy
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA