fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Miłośnicy bijatyki na udeptanej ziemi

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Alergia na obecność symboliki chrześcijańskiej w życiu codziennym to objaw niedostosowania do rzeczywistości, które leży już poza granicą dziwactwa – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Trudno generalizować na temat tego, co myślą ateiści i wszelkie osoby nieuczestniczące w zbiorowych formach życia religijnego. Nie sposób rzetelnie zabierać głosu w „ich” imieniu, bo na owo abstrakcyjne „my” składają się ludzie z definicji hołdujący niepodległości własnego sumienia i raczej niechętni uogólnianiu postaw moralnych.
Mogę jednak mówić za siebie w nadziei, że ten i ów z owych paru procent polskich niewierzących podziela moje odczucia po wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie krucyfiksu w szkole we włoskim kurorcie Abano Terme.
Jestem zażenowany samym faktem, że taki proces się odbył, oraz wypowiedziami powódki i niektórych jej sprzymierzeńców. Nie mam podstaw wątpić, że jej syn – jak donoszą włoskie gazety – czuł, jak oczy Chrystusa z krucyfiksu bez przerwy na niego patrzą, co burzyło jego wewnętrzny spokój. Wcale nie jest mi do śmiechu i nie lubię, gdy się kpi z osób udręczonych własną traumą. Ale moja empatia się kończy w momencie, gdy z indywidualnego problemu, którego miejsce jest w gabinecie psychoterapeuty, robi się sprawę publiczną wleczoną przed kolejne instancje sądu.
Oglądana przy okazji tego procesu alergia na obecność w życiu codziennym symboliki chrześcijańskiej to objaw niedostosowania do rzeczywistości, które – w moim odczuciu – leży już poza granicą dziwactwa.
[srodtytul]Jeszcze ta niedziela![/srodtytul]
Niewiara oraz odrzucanie w części lub w całości kościelnego nauczania to zupełnie co innego niż odmowa pogodzenia się z faktem, że funkcjonujemy w świecie, który jest naznaczony przez kilka nurtów chrześcijańskiej wiary i ufundowane na tej wierze instytucje. Stopień tego naznaczenia słabnie, w pewnych obszarach (np. obyczajów seksualnych) wydaje się już w ogóle zerowy, ale nawet szczery antyklerykał – jak piszący te słowa — musi przyznać, że procesy laicyzacyjne toczą się z pewnym bezwładem. I że większość współobywateli daje na co dzień dowody obojętności religijnej, ale pozostaje przywiązana do symboli, pewnych stałych punktów w świecie życia codziennego.
[wyimek]Sam fakt, że w Warszawie gdziekolwiek nie spojrzeć, tam krzyż albo kościół, nie zakłóca mi wychowywania dzieci na dobrych ludzi wedle własnej recepty[/wyimek]
Obrażanie się na ten fakt ma tyle życiowego sensu, co protest przeciw występującemu np. w Polsce zjawisku, że od października do marca klimat utrudnia urządzanie ulicznych imprez oraz ściśle z tym związany postulat, by przyspieszyć z tego powodu globalne ocieplenie.
Jeśli się trzymać logiki, że chrześcijańskie symbole – w Europie z każdym pokoleniem coraz bardziej puste – przeszkadzają ateiście w osobistym spełnieniu, to czemu nie kontestować faktu, że musimy przerywać pracę 15 sierpnia (a np. w Niemczech w Wielki Piątek). No i jeszcze ta niedziela! Nieznośny relikt po sprzecznej z rozumem wierze w zmartwychwstanie jednego z palestyńskich proroków… Dlaczego w świeckim państwie nie mogę załatwić urzędowych spraw w ten dzień? Jawna dyskryminacja.
Tego rodzaju absurdalna walka z symbolami nie tylko ociera się o śmieszność, zrażając ludzi Kościoła gotowych słuchać odczuć niewierzących, ale zamazuje realne problemy, jakie na pewno wynikają na tle religijnym.
Od tego, co wisi na klasowej ścianie, ważniejsze jest, co się w tej klasie dzieje. Z samej obecności krucyfiksu w ogóle nie wynika, w jakim stopniu proces edukacji i wychowania w danej szkole jest zgodny z katolicką wizją człowieka.
[srodtytul]Gwałt na zdrowym rozsądku[/srodtytul]
Znam codzienną rzeczywistość okolic, w których leży Abano Terme. Niegdysiejsza „włoska Wandea” jest zlaicyzowaną krainą, gdzie jeśli już ktoś odstaje od przeciętnej, to ten, kto co niedziela chodzi na mszę. Podobnie w równie zeświecczonej Warszawie sam fakt, że gdziekolwiek nie spojrzeć, tam krzyż albo kościół, nie zakłóca mi wychowywania dzieci na dobrych ludzi wedle własnej recepty.
Ale nie chcę przez to twierdzić, że nigdzie w Polsce osoby niewierzące nie doznają dyskryminacji w ramach publicznych struktur. Tyle że – jak słusznie zauważył lider włoskiej centrolewicy Pier Luigi Bersani – „dążenie do świeckiego państwa może być skuteczne, tylko jeśli nie gwałci zdrowego rozsądku i nie myli niesprawiedliwej ingerencji kościelnej, którą należy odpierać, z tradycjami, które nie mogą być obraźliwe dla nikogo”.
Gdyby chodziło tylko o zażenowanie niemądrym pozwem pani Soile Lautsi, machnąłbym ręką i nie zabierał głosu. Ale po werdykcie strasburskiego Trybunału zaczęła się przygnębiająca spirala słów i gestów ze strony postaci publicznych, której nie można zbyć wzruszeniem ramion.
[srodtytul]I chrześcijaństwo, i oświecenie[/srodtytul]
Liderzy organizacji katolickich we Włoszech oprócz wypowiadania ostrych komentarzy wpadli np. na pomysł wywieszania krzyży, gdzie się tylko da, z całą ostentacją. Nie mam prawa oceniać, na ile chrześcijańskie z ducha jest takie wyciąganie krzyża na złość innym – ale na pewno doda to skrzydeł nawiedzonym aktywistom po stronie nieprzyjaciół pana Boga. A Włosi mają sporą fantazję w kwestii bluźnierstw. Będzie coraz ostrzej i coraz głupiej.
Zwolennicy zwyczajnego (ani „chrześcijańskiego”, ani „humanistycznego”) szacunku dla bliźniego pochowają się po kątach. Nieszczęsny werdykt Trybunału to już kolejna stracona okazja, by powiedzieć sobie parę ważnych rzeczy. Choćby to, że wygłaszane przez „kościelną” stronę zdania o chrześcijańskiej tożsamości Europy nie wyczerpują paradoksalnej prawdy o naszej cywilizacji, która miała zawsze, a w każdym razie w chwilach największego rozkwitu, komponent laicki, antropocentryczny, krytyczny wobec metafizycznego ładu. I że w dzisiejszym projekcie europejskim równie ważne są dwie, podobnie „zaborcze” ambicje – oświeceniowa i chrześcijańska. Jedna nie potrzebuje drugiej do szczęścia – ale Europa, taka jaką lubimy, owszem.
Na poziomie bardziej przyziemnym aż się prosi dziś np. o spokojną rozmowę na temat tego, że wynegocjowane przez Mussoliniego (skądinąd antyklerykała) pakty laterańskie z 1929 r. nie są wieczne i że propozycja kilku konkretnych zmian nie musi oznaczać totalnej wojny z Kościołem (zresztą już raz w 1984 r. zgodził się on na pierwsze poprawki, m.in. zniesienie martwego przepisu o obowiązkowym uczestnictwie w lekcjach religii). W każdym kraju znalazłyby się takie sprawy, bolączki, absurdy do załatwienia przez kompromis.
Od takich problemów europejskie instytucje powinno się jednak trzymać z daleka. Z natury rzeczy wyciągają one średnią i standard nawet tam, gdzie nie ma sensu niczego podciągać pod strychulec, w delikatnej materii tradycji i sumienia. Co gorsza, wchodząc jak przysłowiowy słoń do składu porcelany, znów wydeptały pole dla miłośników bijatyki. Z krzyża znowu zrobiono dwa kije. Mądremu biada.
[ramka][srodtytul]Pisali w „Rzeczpospolitej”[/srodtytul]
[b]Paweł Lisicki[/b]
[link=http://www.rp.pl/artykul/391665.html]Państwo, krzyż, tradycja[/link]
Skąd bowiem pochodzą takie wartości jak godność człowieka czy szacunek dla innych przekonań?
14 listopada 2009
[b]Marek Magierowski[/b]
[link=http://www.rp.pl/artykul/388878.html]Plan wojny z Bogiem[/link]
Na szkolnym krzyżu się nie skończy. Inne postulaty włoskich ateistów są jeszcze bardziej absurdalne.
7 listopada 2009
[b]Robert Mazurek [/b]
[link=http://www.rp.pl/artykul/388190.html]Palma postępu[/link]
W sukurs progresu idą instytucje, jak strasburski Trybunał delegalizujący krzyże w szkołach. Pora jeszcze, by zdelegalizował kuku na muniu.
6 listopada 2009[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA