Show-biznes

Tęsknię za damską kiecką

Robin Williams
Rzeczpospolita
Z Robinem Williamsem rozmawia Dawid Muszyński
[b]Rz: To szczególny rok dla pana...[/b]
Można powiedzieć, że narodziłem się na nowo. Cztery miesiące temu przeszedłem dość poważną operację na sercu. Jak pan widzi, zakończyła się powodzeniem, a ja dumnie dołączyłem do części społeczeństwa z blizną rozporkową na piersi. [b]Przy tak poważnych schorzeniach liczy się czas. Jak pan się dowiedział o chorobie?[/b]
Dowiedziałem się o moim stanie zdrowia zupełnie przypadkiem. Wyczytałem gdzieś, że problemy z oddychaniem, które męczyły mnie od dłuższego czasu, mogą być przyczyną wady serca. To tak jak częste zmęczenie może być przyczyną alkoholizmu (śmiech). Po prostu miałem niekiedy trudności z zaczerpnięciem pełnego oddechu. Na samym początku, gdy dostawałem tej zadyszki, myślałem: cholera jestem już stary, kondycja mi siada. Jednak badania wykazały, że to nie wiek jest problemem. Przeszedłem więc operację, w wyniku której do mojego serca została przeszczepiona część serca krowy. Dlatego czasem mam wielką ochotę na żucie trawy i dawanie mleka (śmiech). Na początku myślałem, że dadzą mi do wyboru część serca: świni – wtedy możesz szukać trufli, albo konia – maraton nie będzie dla ciebie trudnością. Możesz też dostać wstawkę elektroniczną, jednak istnieje obawa, że będziesz puszczać bąki przy zmianie kanałów za pomocą pilota i podnosić nogę, gdy sąsiedzi zaczną otwierać swoje radiowe drzwi garażowe (śmiech). [b]To musiało być dla pana przerażające, zważywszy na to, jak bardzo nienawidzi pan chodzić do lekarza.[/b] Nienawidzę, jak ktoś robi sobie ze mnie swoją pacynkę. Stuka, puka, osłuchuje, a przy tym się marszczy i mlaska. „Hmm... hmm..., nie wygląda to dobrze, hmm... hmm..., ale nie wygląda też źle, hmm...”. To jak to do cholery wygląda?! Siedzisz tam cały zlany potem, a ten gra w randkę w ciemno. Najgorzej było, kiedy poszedłem na badanie prostaty, gdzie władowali mi w tyłek małą kamerę. „Proszę, panie Williams, tak pan wygląda od środka”. Cholera, gość zrobił ze mnie jeden z programów Discovery Chanel! Taka wycieczka po moim tyłku z komentarzami faceta z francuskim akcentem. Byłem zbyt przestraszony, by zauważyć, ale wydaje mi się, że skubaniec w tym czasie skoczył na papierosa. [b]A jak układa się pana życie rodzinne?[/b] Już lepiej. W zeszłym roku wziąłem rozwód, który z moją byłą żoną przeprowadziliśmy w ten sam sposób, w jaki braliśmy ślub – z miłością. Nie tak dawno udało mi się jakimś cudem przeżyć 26. urodziny mojego syna Zacharego. Moja córka ma już 20 lat i na serio zaczęła spotykać się z chłopakami. Obecnie wybrankiem jej serca jest dużo starszy chłopak, już skończył college. [b]Dla pana to zbyt duża różnica wieku?[/b] To zależy, jaka granica ma być przekroczona (śmiech). A tak na poważnie – bardzo pilnuję córki w tej kwestii. Nawet zauważyłem u siebie pewną niekonsekwencję. [b]Jaką?[/b] Gdy Zachary zaczynał się spotykać z dziewczynami, bardzo go w tym dopingowałem. Przed każdą randką cieszyłem się chyba bardziej od niego. Przy córce nie ma mowy o takim zachowaniu. Gdy Zelda wychodziła na randki, krew mnie zalewała. Nie cieszyłem się z tego, tak jak z randek syna. Jednak żona kazała mi schować swoją dumę w kieszeń, nie okazywać niezadowolenia i przede wszystkim traktować oboje dzieci równo. [b]I jak panu idzie?[/b] Syna dopinguję po męsku, jak żona i córka nie patrzą. Mówię mu głośno: „Młody człowieku, w twoim wieku (tu ściszam głos) nie miałem tyle szczęścia z kobietami”. Na szczęście moje dzieci mają jakiś talent do tworzenia zdrowych, normalnych związków, zatem na dłuższą metę nie mam się czym martwić. [b]Miał pan okazję zagrać ze swoją córką w filmie „Głowa do góry”. Jakie wrażenia?[/b] Byłem pozytywnie zaskoczony. Miałem takie momenty, kiedy myślałem „Cholerka, mnie nauka tego, co ona właśnie zrobiła, zajęła 20 lat”. Byłem z niej bardzo dumny. To wspaniałe uczucie widzieć swoje dziecko, które odnosi samodzielnie jakiś sukces. Nie wiem, czy moja córka postanowi, że aktorstwo to jest to. Może przecież wybrać inną drogę kariery. Mój najstarszy syn ukończył college i ma dyplom z lingwistyki. Nie wiem, co po tym można robić, ale ma dyplom. Choć ostatnio mówił coś o studiach prawniczych, zobaczymy, co z tego będzie. A po zakończeniu zdjęć dałem córce tę samą radę, którą otrzymałem od mojego ojca: „Miej zapasową profesję, gdyby w show-biznesie ci nie wyszło. Nie stawiaj wszystkiego na jedną kartę”. [b]Ma pan jeszcze trzeciego potomka, 18-letniego syna Cody’ego.[/b] Tak. To jest naprawdę niezwykłe dziecko. Gdy wchodzę do niego do pokoju, zastaję go często z dwoma włączonymi komputerami. Na jednym odrabia lekcje, na drugim w tym samym czasie gra w grę sieciową. W dodatku, jakby tego było mało, podczas tych wszystkich działań rozmawia przez telefon. Normalny obłęd! Poza tym Cody chce zostać pisarzem, to znaczy już jest pisarzem i poetą. Dużo też czyta. Ostatnio wciągnął się w książki filozoficzne, czyta Konfucjusza itp. Dzięki temu nasze rozmowy przy obiedzie zrobiły się bardzo merytoryczne. Przytargał raz z ulicy znalezioną kanapę, ku wielkiemu niezadowoleniu mojej byłej żony. Odbyła się wtedy pomiędzy nimi dyskusja natury egzystencjalnej. Cody zaapelował: „Karaluchy zamieszkujące tę kanapę też mają prawo żyć”, na co moja była żona odpowiedziała: „Owszem, ale nie w moim domu”. Nasze kłótnie też stały się jakieś bardziej wyważone. „Tato, jesteś głupcem”. „Może to i prawda, ale ten głupiec płaci za kolację, więc CISZA!” (śmiech). [b]A kto pana dzieci uczył jeździć samochodem? Pytam, bo słyszałem, że jest pan bardzo nerwowym kierowcą.[/b] Kto mnie zakablował? Niestety, to prawda. W pewnych sytuacjach za kółkiem zachowuję się jak mocno wkurzony Kaczor Donald: krzyczę i macham rękami. Dziękuję wtedy Bogu za szyby w samochodzie. Dzięki temu, że ludzie mnie nie słyszą, mam jeszcze wszystkie lusterka i reflektory. Aczkolwiek kilka razy zapomniałem, że są opuszczone. Na szczęście obeszło się bez aktów wandalizmu na moim samochodzie. [b]Ostatnio postanowił pan zrobić sobie przerwę od aktorstwa.[/b] Postanowiłem powrócić do swoich korzeni i skupić się trochę bardziej na występach na żywo. Lubię mieć bezpośredni kontakt z widzem, kiedy widzę, jak reaguje na przygotowany przeze mnie materiał. Czy sika w portki ze śmiechu, czy może przysypia z nudów. Poza tym mój show jest w pewnym stopniu odzwierciedleniem mojej osoby, a jak już zdążył się pan przekonać, odbiega on od tego, co widać w kinie. [b]Faktycznie, dużo więcej pan przeklina. Po obejrzeniu pana na scenie zobaczyłem zupełnie inną twarz Robina Williamsa.[/b] Ale ja taki jestem. Oczywiście nie przez 24 godziny. Nie jestem robotem. Lubię czasem być poważny. Nienawidzę, kiedy ludzie zaczepiają mnie na ulicy i krzyczą: „Hej, Williams, zrób coś śmiesznego”. Wtedy sobie myślę: „Kopnę cię mocno w krocze, na pewno ktoś się uśmieje”. Ale tłumię tę żądzę w sobie i idę dalej. [b]Jak to jest powrócić do korzeni?[/b] Już zapomniałem, jakie to cudowne uczucie. Tyle że kiedyś występowałem w małych klubach. Teraz to jest Broadway albo jakieś duże kasyno. Kiedyś trafiały się perełki, np. klub przeznaczony jedynie dla osób na wózkach. Kiedy się przemieszczałem po scenie, słyszałem tylko dźwięk mechanizmów, który się za mną poruszał. Pamiętam, że najdziwniejszymi miejscami były indiańskie kasyna, a zwłaszcza poznawanie tych wszystkich wodzów z dziwnymi przydomkami. „Witaj, usiądź z nami wędrowcze, oto moja żona Karoca, mój syn Szczęśliwa Czerwona Siedemnastka i najmłodszy Pajgon. Nie wiem, skąd się wziął, ale kochamy jak swojego” (śmiech). Naprawdę niektóre miejsca są dziwne, ale to ta niepewność dawała mi co noc takiego kopa adrenaliny, by wyjść na scenę i przekonać się, co będzie. Często trzeba było improwizować, by wyczuć, co śmieszy publikę. [b]Ostatnio specjalizuje się pan także w satyrze politycznej...[/b] Bo jest najśmieszniejsza. Po dwóch kadencjach Busha juniora mamy trochę normalności, z której można się pośmiać. Na przykład, gdy Obama został wybrany na prezydenta, ludzie w niektórych Stanach naprawdę byli przerażeni, że ta jego elokwencja jest udawana. Oczekiwali chyba, że jak zostanie zaprzysiężony, zacznie wykrzykiwać: „Siema ludziska! Joł! A teraz przedstawiam swoją ekipę! Oto RR, mój doradca w sprawach obrony, Mały D! I pamiętajcie – o 21 imprezka u mnie w białej hawirce! Wiecie gdzie!”. To jest moim zdaniem zabawne. [b]Po długiej przerwie powrócił pan też do kina familijnego.[/b] Owszem. Doszedłem ostatnio do wniosku, że czas trochę rozśmieszyć widza. Za bardzo się wciągnąłem w poważne projekty. Dlatego zdecydowałem się wystąpić w „RV: Szalone wakacje”, a ostatnio w „Nocy w muzeum 2”. Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem kontynuacji mojego wielkiego hitu filmowego „Pani Doubtfire”. Od tak dawna tęsknię za damską kiecką... Są bardzo wygodne, powinien pan kiedyś spróbować. [b]Nie lubi pan poważnej tematyki?[/b] Nie chodzi o to, że jej nie lubię. Ja po prostu się w niej jakoś nie odnajduję. Miałem całkiem niedawno taki okres w życiu, że chciałem spróbować czegoś nowego. Jednak gdy zrealizowałem kilka projektów, doszedłem do wniosku, że to nie dla mnie. Okazuje się, że niektóre filmy nie są tak głębokie, jak scenariusze do nich napisane. Brakuje mi takich scenariuszy, jak „Jack” czy „Patch Adams”, gdzie tematyka była poważna, ale ja zostawałem sobą. Rozśmieszałem widza, nie odbierając filmowi powagi. Obecnie szukam czegoś, co mnie poruszy, a jednocześnie pozwoli widzowi się uśmiechnąć. I dopóki tego nie znajdę, będę uprawiał komedię objazdową. [ramka]Robin Williams Kochany przez widzów i reżyserów, genialny w komediach, znakomity w filmach obyczajowych, kapitalny w dramatach. Ma w dorobku Oscara za rolę drugoplanową psychoanalityka w „Buntowniku z wyboru”, oraz trzy nominacje – za „Good Morning, Vietnam”, „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” oraz „Przebudzenie”. Złoty Glob zdobył za rolę wzruszającego bezdomnego w „Fisher Kingu”. A przecież podbił serca widzów także kreacjami w filmach „Klatka dla ptaków”, „Pani Doubtfire”, „Między piekłem a niebem”, „Hook” czy „Patch Adams”. W lipcu skończy 58 lat, pochodzi z Chicago, jego ojciec był menedżerem w fabryce Forda, matka w młodości pracowała jako modelka. Karierę zaczynał jako komik estradowy (ostatnio wrócił do tego fachu), potem trafił do telewizji, gdzie przez cztery lata w serialu „Mork i Mindy” grał przybysza z Marsa. W 1997 roku czytelnicy magazynu „Entertainment Weekly” przyznali mu tytuł „najzabawniejszego człowieka na Ziemi”. Pozostaje jednym z najlepiej opłacanych gwiazdorów Hollywood. [/ramka] [i]Licencja na miłość | 18.50 | HBO | sobota Patch Adams | 23.10 | TVP 1 | niedziela Jack | 14.55 | HBO | poniedziałek[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL