fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Ministerstwo problemów jednego okienka

Tomasz Wróblewski
Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
Trudno wytłumaczyć, dlaczego polskie przedstawicielstwa handlowe są w miastach, w których nie ma handlu. Dlaczego nie mamy biur w Chicago, Nowym Jorku czy Los Angeles, a mamy w urzędniczym Waszyngtonie? – pisze publicysta
Kiedy rząd chce pomóc ekonomii, powstaje nowe ciało. Ma swoich ekspertów, program, politycznych opiekunów, no i ma efekty. Zwykle tak marne, że trzeba powołać kolejne ciało do naprawy skutków pomocy. Tak powstała komisja do ratowania tych, którzy zgubili się w prostych procedurach jednego okienka – prężna rządowa specgrupa do odkorkowania programu tzw. szybkiej ścieżki do funduszy unijnych. [wyimek]Biznesmeni opowiadają anegdoty o urzędnikach rezydujących w najdroższych stolicach świata, a na prośbę o informacje handlowe wręczających wydruki z Internetu[/wyimek]
Zanim jeszcze powstanie ministerstwo rozwiązywania problemów jednego okienka, rząd obiecuje zająć się problemami spowodowanymi długoletnią pomocą polskim biznesmenom w świecie.
[srodtytul]Tuzin promotorów[/srodtytul]
Polska jest dziś jedynym krajem OECD, który zamiast jednej, góra dwóch uzupełniających się agencji wsparcia i promocji biznesu za granicą ma ich… chyba z tuzin, piszę chyba, bo nawet w Ministerstwie Spraw Zagranicznych nikt nie miał pewności.
Tych kilka, które zliczyłem, to: Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP podlegająca ministrowi gospodarki), wydziały promocji handlu i inwestycji (WPHiI podlegające ministrowi gospodarki), Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIZ podlegająca ministrowi gospodarki), Polska Organizacja Turystyczna (podlegająca ministrowi sportu), program operacyjny „Innowacyjna gospodarka”, oczko w głowie Platformy Obywatelskiej – „6-punktowa oś prezentacji wizerunku Polski jako atrakcyjnego partnera gospodarczego” (uwaga redakcja i czytelnicy – oczywiście żywcem to przepisałem. Sam takiego bełkotu bym nie wymyślił). POIG podlega Ministerstwu Rozwoju Regionalnego, Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych podlega ministrowi finansów, Instytut Mickiewicza – ministrowi kultury, biura radców ekonomicznych (podlegają MSZ i – z braku komunikacji – Ministerstwu Gospodarki).
Każdemu biznesmenowi radzę zawczasu wywiedzieć się, kto jest kim, bo łatwo można się narazić jednym albo drugim. Pomóc, nie pomogą, ale w swojej urażonej dumie dyplomaty zaszkodzić zawsze mogą.
Obok wszystkich trwałych urzędów mamy sezonowe zrywy ze swoimi sezonowymi problemami, takie jak „Marka dla Polski” pod nadzorem Krajowej Izby Gospodarczej z własnym centrum promocji.
Nie zapominajmy też o najnowszej inicjatywie pomagania naszym biznesmenom – o zagranicznych biurach radców rolnych (podlegających Ministerstwu Rolnictwa) oraz regionalnych centrach obsługi inwestora (COI) przy urzędach marszałkowskich. Dla jednych priorytetem jest ściąganie inwestycji, dla innych pomoc lokalnym biznesmenom w samodzielnym wyszukiwaniu im kontaktów za granicą. – Bo kto im pomoże, jak my im nie pomożemy – usłyszałem od pani w małopolskim urzędzie. No właśnie, kto?
[srodtytul]Kakofonia strategii[/srodtytul]
Wystarczyła godzina telefonicznej rozmowy z rozmaitymi urzędami, by zrozumieć to, co wcześniej usłyszałem od podsekretarza stanu w MSZ Pawła Wojciechowskiego – że trudno ocenić efektywność promocji Polski, nie wiedząc, co i kto w danej chwili promuje. W normalnych czasach w tym momencie mógłbym skończyć tekst. Jak na jedną stronę śmiechu wystarczy.
Rzecz w tym, że czasy nie są normalne. 80 proc. polskiego eksportu idzie do Europy Zachodniej, w tym do naszego największego partnera – Niemiec. Kryzys tam, to fabryki zamykane tu. Szansą byłoby otwarcie się na nowe rynki albo szukanie nowych klientów i możliwości dla naszych zakładów produkcyjnych.
Nawet kilkuprocentowy wzrost handlu z innymi rynkami może stanowić o być albo nie być wielu firm. Na to szczególny nacisk w półgodzinnej rozmowie telefonicznej kładł wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld, autor projektu ustawy o promocji Rzeczypospolitej, a konkretnie na powołanie agencji z prawdziwego zdarzenia (agencji promocji współpracy gospodarczej z zagranicą), która przejęłaby obowiązki wszystkich dotychczasowych kadłubkowych i często sprzecznych ze sobą programów wsparcia biznesu. Bardziej nawet niż o nową instytucję chodzi o stworzenie jednej koherentnej strategii w miejsce obecnej kakofonii.
Projekt od listopada 2008 roku jest zgłaszany na kolejnych posiedzeniach Rady Ministrów i za każdym razem jest utrącany przez wicepremiera Waldemara Pawlaka. Dziś znowu jest mowa, że rząd rozpatrzy...
Ponieważ z ostatniego posiedzenia spadł pod hasłem: „Żadnych nowych projektów, mamy oszczędności”, to teraz zostanie wprowadzony jako projekt oszczędnościowy. Nie nowy twór, ale zreformowana PAIZ albo – jak woli MSZ – zreformowana PARP, która weźmie pod swoje skrzydła pozostałe agencje.
– To bez znaczenia, na bazie czego powstanie nowa agencja, byle zaorano dotychczasowe pole pozorowanej promocji i powstało coś z prawdziwego zdarzenia – mówi Marek Goliszewki, prezes BCC, który od roku pisze listy do premiera, apelując o jakiekolwiek działania. To może być „bez znaczenia” dla biznesu, ale nie dla urzędników.
Najlepiej pokazały to zmagania z promocją Roku Chopinowskiego i Euro 2012. Koordynacją miało się zająć MSZ, ale szybko się okazało, że nie ma czego koordynować. Różne ministerstwa nie przekazały środków i programów w przekonaniu, że same zrobią to lepiej. W efekcie wiemy, że Chopin wielkim muzykiem był, ale nie wiemy, co z tego wyniknie dla Polski.
Biznesmenów nie mniej od konfliktów kompetencyjnych irytuje tłumaczenie bezradności polskich przedstawicielstw handlowych brakiem pieniędzy. Troska wicepremiera Pawlaka o oszczędności, w kontekście marnotrawionych dziesiątek milionów euro na dublowanie kosztów administracyjnych, infrastrukturalnych i kadry zarządzającej, wydaje się komiczna.
Do tego dochodzą miliony euro, które moglibyśmy pozyskać z funduszy unijnych na strategię promocji biznesu. To te same pieniądze, które pozwoliły na sfinansowanie nowoczesnych czeskich, węgierskich i słowackich agencji. Obecnie wykorzystanie tych funduszy w Polsce jest na poziomie 0,0. Nie ma ich na co wykorzystywać. Wiadomo – oszczędności.
Biznesmeni szukający nowych rynków opowiadają sobie anegdoty o urzędnikach WPHiI rezydujących w najdroższych stolicach świata, a na prośbę o informacje handlowe wręczających wydruki z Internetu.
– Dobrze, jeżeli czasem przetłumaczą to na polski – mówi Wojciech Warski z BCC, współautor druzgocącej analizy roli państwa w promowaniu biznesu. Z naszych podatków utrzymujemy ludzi, którzy często nie potrafią sporządzić listy wiarygodnych kontrahentów.
Trudno też wytłumaczyć, dlaczego przedstawicielstwa handlowe są w miastach, w których nie ma handlu. Dlaczego nie mamy biur w Chicago, Nowym Jorku czy Los Angeles, ale mamy w urzędniczym Waszyngtonie. Skoro większość światowego biznesu przechodzi przez Szanghaj, Hongkong czy Bombaj, dlaczego nasi doradcy czekają na biznesmenów w Pekinie czy Delhi? Czym podyktowane są nominacje do najbardziej przyszłościowych regionów świata emerytowanych urzędników z trudem nadążających za dynamiką przemian w Polsce?
Pytania można mnożyć, ale odpowiedzialny za WPHiI z ramienia Ministerstwa Gospodarki wiceminister Rafał Baniak na wszelki wypadek unikał rozmowy z „Rz”. Ani on, ani jego sekretariat nie odpowiedzieli na prośby o rozmowę.
Wiceminister Szejnfeld nie wydawał się specjalnie zaskoczony opowieściami. Polskie przedstawicielstwa handlowe wciąż są archaicznymi instytucjami. Przez ostatnie lata dużo mówiono o konieczności reform i, owszem, zmieniano szyldy. Pierwsze przedstawicielstwa handlowe biura radców handlowych były mutacją PRL-owskich ekspozytur, które miały różne zadania, ale na pewno nie było wśród nich pomocy biznesmenom. Kiedy BRH się nie sprawdziły, powołano WEH, a gdy nie WEH, to WPHiI. Zmieniły się wizytówki podległości, papiery firmowe, ale ludzie zostali ci sami i system też. Czyli żaden.
[srodtytul]Węgier potrafi[/srodtytul]
Tymczasem wszystkie kraje w regionie stworzyły prężne agencje, wzorując się na jednym z dwóch modeli, które obowiązują w rozwiniętym świecie.
Czesi mają jedną agencję skoncentrowaną na inwestycjach zagranicznych i drugą na promowaniu biznesu na zewnątrz. Węgrzy i Słowacy przyjęli model jednej niezależnej agencji, która promuje wszystko. Wzorują się na najlepszych: Holendrach, Niemcach, Amerykanach.
Polscy biznesmeni z zazdrością mówią o tym, jak kontaktują się z nimi w Warszawie urzędnicy brytyjskiej UK Trade & Investment czy amerykańskiej US Commercial Service, wykonując zlecenia swoich przedsiębiorców. Amerykańskie biuro handlowe organizuje spotkania z wiarygodnymi kooperantami. Pomaga w nawiązaniu kontaktu z osobami, które mogą reprezentować ich interesy w Polsce. Prowadzi monitoring prasy branżowej i – jak mi prywatnie powiedziano – urzędnicy weryfikują doniesienia medialne. Zbierają konieczną urzędową dokumentację o przetargach, lokalnych przepisach i urzędach, z którymi trzeba się skontaktować.
Obok standardowych serwisów są usługi specjalne – płatne. Obejmują wszystko: od wynajęcia transportu z lotniska po specjalistyczne badania na potrzeby danej firmy. Poza oficjalnym cennikiem znajdują się wszelkie działania nieformalne – zbieranie trudniej dostępnych danych czy wsparcie PR. Do pomocy włączają się dyplomaci z ambasadorem na czele, który informowany jest o wszystkich komercyjnych wysiłkach i nie stroni od spotkań ani interwencji.
Trudno porównywać skuteczność polskich urzędników z potężną machiną państwową USA. Ale wystarczy zobaczyć, jakie wyniki mają kraje z naszego regionu, które dorobiły się własnej strategii promocji biznesu. Węgry i Czechy eksportują towary za średnio 5 tys. euro na głowę mieszkańca, a Polska zaledwie za 2 tys.
Każdy, z kim rozmawiałem, doskonale wie, jak system powinien wyglądać. BCC przygotował własne propozycje do wciąż półmartwego projektu Szejnfelda. Środowiska biznesowe uważają, że to, nad czym rząd może kiedyś zacznie pracować, już jest spóźnione w stosunku do tego, czym dysponują inne kraje. Domagają się więc nie tylko połączenia wszystkich agencji i wymiany kadr, ale też nadzoru środowisk biznesowych. Do rady nadzorczej nowej agencji miałyby wchodzić zainteresowane instytucje biznesowe, co pomogłoby uniknąć kolejnej wymiany szyldu.
Problemów wokół problemów z powołaniem nowej agencji narosło już tyle, że doczekaliśmy się odrębnego ciała. Rada Konsultacyjna ds. Zagranicznej Polityki Ekonomicznej przy ministrze Sikorskim spotkała się już kilka razy. Biznesmeni, urzędnicy, wiceministrowie powiedzieli sobie, jak może wyglądać idealny świat promocji. I na tym się skończyło.
Zwykle, kiedy liberał bierze się do pisania o transferach socjalnych, to narzeka na wczesne emerytury górników, kolejarzy bezczynnie błąkających się po torach czy emerytowanych nauczycieli, których nie można zwolnić z dodatkowego etatu. Ale jest jeszcze inna sfera – transfery socjalne wysokiego zaszeregowania. Widzimy je w telewizji publicznej czy w gabinetach spółek Skarbu Państwa – prezesi, dyrektorzy, ci sami ludzie krążący od urzędu do urzędu. Nie sposób ich zwolnić, bo nie sposób powiedzieć, po co ich przyjęto i co mają robić.
Teoretycznie łatwo ich zwolnić, bo nie przychodzą pod Sejm z petardami. Ale mają lepsze instrumenty nacisku. Setki urzędników, radców, zagranicznych przedstawicieli handlowych i ich przełożonych to misterna układanka zależności, osobistych zobowiązań, uprzejmości i przysług. Przedstawicielstwa zagraniczne to w końcu dziesiątki pretekstów do atrakcyjnych wyjazdów, okazji do wyrażenia politycznej wdzięczności.
To może przypadek, że na liście planowanych nowych biur WPHiI mamy Bogotę, Casablankę, Hawanę. Ale na pewno przyjemniej tam jechać niż do (przewidzianych obecnie do likwidacji) zimnych placówek w Europie czy Rosji. Rozdrobnienie promocji to miliony euro, których przy obecnej strukturze nie sposób rozliczyć i kontrolować. Który minister chciałby się tego pozbyć?
Minister Szejnfeld zapewnia, że teraz to rząd już na pewno zajmie się promocją Rzeczypospolitej i wicepremier Pawlak jest w to zaangażowany. Ale był już wcześniej, ba, deklarował gotowość zmian. Dziwnym trafem projekt w ostatniej chwili spadał z obrad rządu. Ale czy mogło być inaczej? Wicepremier, który chwali nepotyzm i kumoterstwo, nie może zrezygnować z tak wspaniałych transferów socjalnych.
[i]Autor był redaktorem naczelnym tygodnika „Newsweek Polska” i wiceprezesem wydawnictwa Polskapresse. Współpracuje z „Rzeczpospolitą”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA