fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Elektroniczny Elvis wraca

Scena należała do Dave'a Gahana, lidera i solisty
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Blisko dwa tysiące polskich fanów Depeche Mode bawiło się na bratysławskim koncercie. Zespół zagrał dynamicznie i brawurowo - pisze Jacek Cieślak z Bratysławy
To był zaskakujący show: Dave Gahan, przebywający jeszcze niedawno w szpitalu z podejrzeniem choroby nowotworowej, krótko po wycięciu guza wirował na scenie w charakterystycznej dla siebie figurze – ze statywem mikrofonu w dłoniach. Jak nowo narodzony.
Początek przyniósł niespodziankę. Ze sceny popłynął soulowy motyw i czarne, mocne rytmy absolutnie nieprzypominające stylu gwiazdy elektronicznych brzmień. Wokalista improwizował "In Chains", piosenkę, jaką mógłby mieć w repertuarze murzyński mistrz Marvin Gaye. Jednak Gahan zinterpretował ją tak, jak tylko on potrafi – ze słodyczą i melancholią w głosie, wsparty przez potężną fabrykę syntezatorowych i komputerowych bitów.
Wołaniem o tolerancję było też przejmujące "Peace". Gahan zbiegł ze sceny i idąc po długim wybiegu, zmieszał się z fanami, gdy na ekranach migały zapisy hipisowskich koncertów i demonstracji z lat 60.
Od początku koncertu można było odnieść wrażenie, że syntezatory grają w muzyce Depeche Mode rolę współczesnego medium, dzięki któremu trio powraca do korzeni rock and rolla, rockabilly i bigbitu, a wokalista jest dzisiejszym wcieleniem Elvisa Presleya. Mało brakowało, by nie skończył tak jak on, przedawkował farmaceutyki. I podczas "Wrong", piosence o złym losie, który go prześladował, spływały z telebimów na bratysławski stadion przejaskrawione, mroczne obrazy. Na szczęście najgorszy czas w życiu Gahana już minął. W uniesieniu zaśpiewał pełen nadziei miłosny song "Come Back" z najnowszej płyty.
"In Your Room" Depeche Mode zagrali niemal hardrockowo. Dźwięki perkusji stawały się coraz potężniejsze. Pulsowały, wibrowały, jakby miały zmieść nas z powierzchni ziemi. Wtedy zespół uspokoił tempo, grając melodyjne "Police of Truth". Nad sceną szybowały kolorowe baloniki. Dynamikę "Question of Time" złagodziło "Precious". Melodramatycznie zabrzmiało "Little Soul" zaśpiewane przez Martina Gore'a z towarzyszeniem gitary i fortepianu. I jeszcze piękniejszy "Home" w klimacie Debussy'ego.
Przy "Hole Feed" znów zaczął padać deszcz, na co publiczność odpowiedziała uniesieniem dłoni ponad głowy i jeszcze mocniejszym wybijaniem rytmu piosenki. Deszcz zmalał, a na ekranach ukazały się obrazy pustyni zapowiadające "Walking in My Shoes". Martin Gore zbliżył się do proscenium, grając gitarowe akordy na instrumencie pamiętającym przełom lat 50. i 60. Jednak królem sceny pozostawał Gahan. Zaczynając "It's No Good", zdjął marynarkę i mimo przejmującego zimna występował tylko w czarnym szaliku i kamizelce. A kiedy zastygał na chwilę w bezruchu – fani mogli go podziwiać w klasycznej pozie z najsłynniejszych portretów.
Gdy muzycy zaintonowali "Enjoy the Silence", na widowni zaczął się prawdziwy odlot, współgrający z wyświetlonymi na telebimach trzema sylwetkami kosmonautów o twarzach Gahana, Fletchera i Gore'a. Ten ostatni znowu mógł się wyszaleć w roli gitarzysty, wykonując ostre, bluesowe akordy. Kolejnego bisu przez chwilę nie mogłem rozpoznać, choć słowa wydawały się znajome. W niemal punkowej, niezwykle szybkiej interpretacji trio przypomniało "Master and Servant". Kiedy Gahan śpiewał "Personal Jesus", wszyscy tańczyli w ulewie, po kostki w kałużach.
Dwuipółgodzinny show zakończyło "Waiting for the Night". Dla fanów opuszczających stadion Inter Bratislava miała to być noc wyżymania i suszenia ubrań, bowiem niewielu założyło pamiętne skóry "depeszówy" z lat 80. W Bratysławie przydałyby się jak nigdy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA