fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Żywioły ujarzmione linią

Poza nieskończoność IX
Materiały Organizatora
Jak to się stało, że Jan Dobkowski, jeden z największych talentów naszej sztuki, tak rzadko pojawia się ostatnio w galeriach? Bo to twórca w pełnym tego słowa znaczeniu niezależny.
Za nic ma mody, umizgi do kuratorów, spekulacje rynkowe. Stworzył własny świat – na najwyższym piętrze gierkowskiego bloku z widokiem na siekierkowskie jeziorko. Gdy mu ciasno, wyrusza na antypody. Jeśli nie dosłownie, to w wyobraźni.
[srodtytul]Neonowe malarstwo[/srodtytul]
Zadebiutował 42 lata temu w duecie neo-neo-neo. Wywrotowy tandem uformowali studenci warszawskiej ASP – Dobson i Jurry, czyli Jan Dobkowski i Jerzy Zieliński, nieżyjący już artysta. Z dzisiejszej perspektywy ich dokonania wydają się grzeczne jak zabawy przedszkolaków. Na socjalistycznym tle ich figuratywne, płaskie obrazy wydawały się prowokacją. Do Polski już docierały zwiastuny pop-artu – w muzyce, projektowaniu graficznym, modzie. Lecz nie na Akademię Sztuk Pięknych ani do oficjalnych galerii!
Bodaj pierwszy zaryzykował krytyk Janusz Bogucki, organizując w warszawskiej Galerii Współczesnej wystawę „Secesja – secesja?”. Porównał nową figurację do kierunku z przełomu wieków. Wtedy zobaczyłam obrazy Dobsona. Co za tupet – zestawiać intensywne czerwienie i zielenie tak, żeby bolały oczy. Prawdziwie neonowe efekty! Dezynwoltura artysty wprawiła mnie w zachwyt. I w zdumienie, ze w ten sposób można w PRL-u malować…
Wspomnienie tamtego szoku – pozytywnego, rzecz jasna – przywołały płótna Dobkowskiego prezentowane w Galerii ART+on (to salon Rempexu przy ul. Senatorskiej 11). Mini-retospektywa skromnie zatytułowana „Obrazy”. Ponad 40 prac z ostatniego półwiecza. Detal w dorobku słynnego z pracowitości mistrza, który ma na koncie tysiące prac. Co najważniejsze, nie nudzi powtarzaniem ogranych chwytów. Ma odwagę przeciwstawiać się własnym ograniczeniom i tradycyjnym granicom gatunku. Wiele lat temu postanowił, że zrobi malarstwo przy pomocy kreski, a nie plamy. Udowodnił, że można – kreśląc miliony linii, to równolegle, to zakłócając ich rytm. Czasem pędzelkiem cienkim jak włos, innym razem grubaśną szczotą. Ołówkiem, pisakiem, patykiem. Chyba nie ma narzędzia, z którym Dobkowski by nie eksperymentował. Ani techniki, która byłaby mu obca. Choć najbliższe mu są tradycyjne sposoby, brał się za bary z najdziwniejszymi materiami. Sznurki? Mogą być. Pleksi? Proszę bardzo. Folia? OK. Rysunek na ciele, prześmiewcza wersja body-artu? Czemu nie, można się zabawić.
[srodtytul]Seks w domyśle[/srodtytul]
Dobkowski, jak każdy wielki artysta, ma coś z maga. Monotonne ruchy ręki, kiedy stawia kreski na płaszczyźnie, przywodzą na myśl ezoteryczny rytuał. Czasem naprawdę czaruje, wyzwala w sobie i widzach tajemne moce.
Ćwierć wieku wcześniej nim zaczął podróżować po świecie – a ryzykował rejsy transportowcami, z niepewnym harmonogramem zawijania do różnych portów – namalował rafę koralową. Z wyobraźni. Ta malutka kompozycja z 1958 roku znalazła się na obecnej wystawie. Potem są fantazje erotyczne. Brutalne, jeśli chodzi o kolor; dowcipne w formie, pączkującej jak roślina; delikatne w sferze uczuć; pełne podtekstów, wieloznaczne. To wielka sztuka – unikać dosłowności, pokazując seks i fizyczną miłość. Dobkowskiemu się udało.
Podobnie zwinnie ominął pułapki łopatologii w latach 80., jednocześnie nie pozostawiając wątpliwości, po czyjej jest stronie. W pokazywanym zestawie jest obraz z 1982 roku dedykowany „Górnikom”. Z daleka – rozedrgana czerwonawa magma. Z bliska widać, że tworzy ją gęstwa krwawych kresek na czarnym tle. A gdy podejdzie się zupełnie blisko, dostrzec można w wielu miejscach języki płomyczków, wpisane w dukty linii. Świadectwo maestrii manualnej, zarazem dowód subtelności w wyrażaniu przekonań i emocji.
Dobson umie żonglować bliźniaczymi kształtami, wydobywając z nich rozmaite znaczenia. Na przykład – wspomniane płomyczki. Mogą przeobrażać się w serduszka, usta, pączki, plemniki, pędy, włosy, krajobrazy… A bywają też prawdziwym ogniem.
[srodtytul]W kwadratowym ogniu [/srodtytul]
Tego nie można zobaczyć w galerii, to się wydarzyło 30 lat temu. Letnia noc, inauguracja pleneru w Osiekach. Warto dodać, że zaproszenie do tej nadmorskiej miejscowości oznaczało dla artysty nobilitację – tam przyjeżdżali najsłynniejsi. Dobkowski stworzył instalację „Płonący kwadrat”: wytyczył na łące kwadrat o kilkumetrowych bokach, na krawędziach rozmieścił dziesiątki puszek wypełnionych naftą i… podpalił. „Narysował” geometryczną figurę ogniem. Okiełznał, ujarzmił ogień. W ciemności wyglądało to zjawiskowo i niepokojąco. Niespodziewanie nad kwadratem pojawiły się samoloty, jak na zamówienie. Uczestnicy wydarzenia też poczuli twórczą wenę. Pierwszy zareagował Franciszek Starowieyski. Rozebrał się i wskoczył na środek jaśniejącej formy. Za jego przykładem poszli inni. Dokonało się samoistne zespolenie w grupę.
To przedziwne wydarzenie przypomniały mi orgiastyczne kompozycje z cyklu „Australijski sen”. Nowe, ubiegłoroczne prace. Widać w nich reminiscencje wojaży w egzotyczne zakątki świata, ale również ślady najwcześniejszych koncepcji Dobsona. To kosmiczne wizje, w których życie staje się żywiołem.
[i]Wystawa czynna do 26 maja[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA