fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kopanie rowu między Gdańskiem a Krakowem

Rzeczpospolita
- Czyżby Tuskowi chodziło o wykreowanie nowej linii podziału? Otwarci Europejczycy na Wawelu kontra agresywni związkowcy przed upadającą stocznią. Pod hasłem: Powiedz mi, gdzie świętujesz, a powiem ci, kim jesteś – pisze publicysta „Rz”
Mimo że Donald Tusk trochę się wycofał i chce 4 czerwca podzielić swój czas między Kraków i Gdańsk, napięcie nie słabnie. Premier szykuje się do ostrej debaty telewizyjnej ze stoczniowcami.
[srodtytul]Zimna wojna domowa[/srodtytul]
Właściwie trudno się temu konfliktowi dziwić. Tych, którzy zaskoczeni są jego wybuchem, powinniśmy raczej zapytać, skąd brali swoje przekonanie o możliwości świętowania
4 czerwca bez wojny na gesty i słowa. Czy wspólne obchody mogły się udać mimo tego, iż przez ostatnie trzy lata trwała nieustanna polityczna zimna wojna domowa?
Może zbyt dużo dzieli nas na co dzień, abyśmy w uroczysty dzień potrafili stworzyć iluzję jedności. Z zaciśniętymi zębami prezydent i premier zmuszają się, aby stać obok siebie 3 maja i 11 listopada. Ale rocznice mniej odległych wydarzeń są już naznaczone tak żywymi urazami, że siły do udawania zgody już nie wystarcza. Na dodatek jedni uczestnicy tych wydarzeń chcą być wyłącznymi właścicielami polskiego sukcesu, a innym – tym, co „nic nie rozumieją z transformacji” – przypadać ma w takich obchodach rola milczących statystów.
Dlaczego stoczniowcy akurat w tym roku stwierdzili, że mają dość pełnienia roli sentymentalnej dekoracji? Plac przed stocznią w dni solidarnościowych rocznic był przez ostatnie 20 lat miejscem, gdzie spotykali się ci, którym po 1989 roku się udało, z tymi, którzy w tym czasie coraz wyraźniej zdawali sobie sprawę z własnej porażki. Pod stocznią robotnicy byli tłem dla wizyt kolejnych prezydentów, premierów i ich zagranicznych gości.
[srodtytul]Odgrodzeni rzędami barierek[/srodtytul]
Dziś, gdy likwidacja stoczni coraz wyraźniej staje się konkretem, wizja kolejnego występu w roli malowniczego pocztu sztandarowego doprowadziła ich do mdłości. Czy są przeczuleni? Przypomnijmy sobie ostatnie rocznice solidarnościowe. Rok 2005: międzynarodowy zlot polityków wokół brylującego Wałęsy, Mazowieckiego i Geremka w sali konferencyjnej na gdańskiej wyspie Ołowianka. A dla weteranów Sierpnia niemrawy wiec z uroczystą mszą. Dwa światy odgrodzone rzędami barierek, niesympatycznymi borowcami w mieście sparaliżowanym przejazdami dyplomatycznych limuzyn. Ktoś powie, że tak bywa zawsze przy znaczących obchodach. To prawda, ale w Gdańsku, gdzie Sierpień ,80 ma rodowód wyjątkowo plebejski, ten kontrast raził wyjątkowo.
Potem była rocznica Sierpnia w 2008. Gdy padły nazwiska Wałęsy i Borusewicza, z tłumu rozległy się wycie i buczenie. Prezydent Paweł Adamowicz obcesowo zrugał wtedy zebranych, a „stara stocznia” zapamiętała sobie tę połajankę.
Kolejna uroczystość – grudzień 2008, obchody rocznicy Nobla dla Lecha Wałęsy. Zjazd salonu, który przeprasza Wałęsę za książkę historyków z IPN. Bez oficjalnego zaproszenia dla stoczniowej komisji „S”.
Po takich doświadczeniach stoczniowcy oczyma wyobraźni już widzieli kolejny odcinek tego samego serialu w czerwcu 2009. Kwiatki składane przed Trzema Krzyżami z Angelą Merkel, naiwniutki panel pod hasłem: „Młodzi Europejczycy pytają o przyszłość kontynentu”. A potem znów otoczona barierkami hala na Ołowiance i spotkanie sław, od Vaclava Havla po Lecha Wałęsę. I wreszcie jakiś koncert z importowanymi gwiazdami na gruzach powoli stygnącej stoczni. Z którym punktem takiej rocznicowej imprezy mieli się utożsamiać ludzie dwa tygodnie temu pałowani i niewierzący już w żadne zapewnienia o ratowaniu stoczni przez rząd?
Na dodatek nikt wyraźnie nie wyjaśnił, co mamy świętować 4 czerwca. Czy skupimy się na przypomnieniu mobilizacji ruchu „S” z 1989 roku, czy też fetować będziemy transformację ostatnich 20 lat. Bo to nie to samo. Jeśli mamy fetować 20-lecie III RP, to trudno wyobrazić sobie wspólne święto zwolnionego stoczniowca i studenta z młodzieżówki Platformy. Jakie miałoby być wspólne święto przyzwyczajonego do międzynarodowej sławy Lecha Wałęsy i gorzkniejącego w skromnym mieszkanku Andrzeja Gwiazdy?
[srodtytul]Kompromis ponad kampanią[/srodtytul]
Czy ktoś w ostatnich miesiącach zrobił jakiś wysiłek, aby ci ludzie mogli razem stanąć przed Trzema Krzyżami? Aby wobec całego świata wspólnie zademonstrowali, „że to my byliśmy w walce z komunizmem pierwsi przed berlińskim murem”?
Czy liderzy partii politycznych podjęli choć próbę zawarcia zawieszenia broni na czas obchodów i zrezygnowania z włączenia obchodów do swoich kampanii wyborczych? Platforma musiałaby na ten czas zrezygnować z lansowania swojego wizerunku jako jedynego spadkobiercy twórców polskich reform. A PiS powinien zawiesić na kołku swój wizerunek jedynej partii, która chce ratować polskie stocznie.
To jednak byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby w każdym z rywalizujących obozów byli ludzie dążący do pojednania. Postaci o dostatecznie silnym autorytecie, aby przeforsować kompromis ponad rachuby spin doktorów i aktualne kampanie wyborcze. Dlaczego tacy ludzie się nie znaleźli? Czy Donald Tusk i Platforma, PiS, a także „Solidarność” nie mieli ochoty zawrzeć takiego kompromisu?
Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz i ojciec Maciej Zięba, dyrektor gdańskiego Europejskiego Centrum Solidarności, rzucają dziś na stoczniowców gromy za skompromitowanie miasta i ducha „Solidarności”. Ale czy rocznicę aksamitnej rewolucji w Pradze będą świętować ramię w ramię Vaclav Havel i Vaclav Klaus? Czy obchodom niemieckiego roku przemian 1989 r. nie będą towarzyszyć demonstracje tych, którzy w dwie dekady po zjednoczeniu Niemiec czują się ofiarami zmian?
W lutym tego roku byłem w Berlinie na konferencji porównującej „okrągłe stoły” w NRD i w Polsce. Gdy niemieccy paneliści – dawni wschodnioniemieccy opozycjoniści z NRD – wyrazili gorzką refleksję, że chcieli zreformować NRD, a nikt z nimi nie uzgadniał szybkiego wcielenia ich kraju do RFN, szef niemieckiej dyplomacji Frank Steinmeier, wzywając młodych do zadawania pytań świadkom historii, taktownie wyciszył dyskusję.
A więc także Niemcy, którym czasem tak zazdrościmy polityki historycznej, mają różne wersje wydarzeń sprzed 20 lat. Za Odrą „ojca zjednoczenia”, byłego kanclerza Helmuta Kohla, oklaskuje się, ale też wypomina się mu późniejsze afery finansowe. A w ciągu ostatnich 20 lat akta Stasi ściągnęły niejedną opozycyjną aureolę.
[srodtytul]Polityczna kalkulacja?[/srodtytul]
Być może jest tak dlatego, że efektowne rocznice najlepiej wypadają po 40 – 50 latach od wydarzeń – gdy nie żyją już ich bohaterowie, a czas osłabił urazy i rozczarowania.
Od 1989 roku nie tylko upłynęło niewiele czasu, ale też rząd Donalda Tuska nie szukał konsensusu ze stoczniowcami. Nie chciał słuchać pojednawczych propozycji szefa „S” Janusza Śniadka, nie przyjął nawet do wiadomości, że związek odwołuje swoje – zapowiedziane na 4 czerwca – demonstracje.
Może więc wybór Krakowa to polityczna kalkulacja. Platforma zawsze wygrywała na polaryzacji Polaków – czyżby więc i tym razem chodziło o wykreowanie nowej linii podziału? Młodzi, nowocześni i otwarci Europejczycy cieszący się w Krakowie kontra podstarzali, agresywni związkowcy na usługach PiS okupujący placyk przed upadającą stocznią.
Wszystko to pod hasłem: Powiedz mi, gdzie świętujesz 4 czerwca, a powiem ci, kim jesteś. I przez najbliższy miesiąc nie będzie nawet udawania, że coś zostało z „solidarnościowej” jedności. Wręcz odwrotnie. Rów między Polską krakowską a Polską gdańską będzie coraz głębszy. Dla nadwiślańskiej sceny politycznej, i tak już dramatycznie podzielonej, to zła wiadomość.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA