fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Dyscyplina połączona z talentem

Grażyna Bacewicz
ADM/CAF
Urodziła się 100 lat temu, 5 lutego 1909 roku, zmarła 60 lat później, 17 stycznia 1969 roku. Dwie okrągłe rocznice przypadające blisko siebie sprawiły, że wiele w tym roku mówi się o Grażynie Bacewicz
Choć od śmierci kompozytorki minęły cztery dziesięciolecia, a jej utwory grywane są nie tylko w kraju, to dorobek Grażyny Bacewicz ciągle znany jest fragmentarycznie, mimo że za życia zyskał wiele dowodów uznania. Jej twórczość wymyka się zresztą jednoznacznym klasyfikacjom, a sama kompozytorka nie ułatwiła zadania badaczom i krytykom. Pozostawiła około 200 utworów, ale wszystkich nie włączyła do oficjalnego katalogu. Skreśliła na przykład I koncert skrzypcowy napisany w 1937 roku, uważając go za mniej wartościowy w porównaniu z sześcioma innymi powstałymi w późniejszych latach.
[srodtytul]Dziecięce koncerciki[/srodtytul]
Urodziła się w Łodzi. Matka, Maria, z domu Modlińska, była córką warszawskiego architekta, po jego śmierci musiała się usamodzielnić i znalazła posadę w łódzkiej filii Banku Petersburskiego. Ojciec Vincas Bacevičius był nauczycielem, którego carskie władze skierowały do pracy z dala od ojczystej Litwy. Małżonków łączyła wielka miłość do muzyki.
„Od najmłodszych lat ja i moje rodzeństwo żyliśmy w świecie dźwięków – wspominała Grażyna Bacewicz w audycji Polskiego Radia w 1964 roku. – Pierwszym naszym nauczycielem muzyki był nasz ojciec. Miał dziwną, ale chyba nie najgorszą metodę. Gdy któreś z nas kończyło pięć lat, zaczynała się nauka gry, ale nie na jednym instrumencie, lecz na paru (na dwóch co najmniej). Ojciec nie był właściwie zawodowym muzykiem, tylko wielkim melomanem. Gdy miałam siedem lat, już występowałam na rozmaitych koncertach i koncercikach – czasem jako skrzypaczka, czasem jako pianistka. Jakże wtedy mało wysiłku kosztowały mnie te wyjścia na estradę. Trema przychodzi z latami, gdy odtwórca pozna już ciężar odpowiedzialności”.
Poważne studia odbyła po I wojnie światowej w Łodzi, a następnie w Warszawie. Komponować zaczęła wcześnie, w wieku 13 lat. „Były to oczywiście dziecinne próby, choć niepozbawione pewnej oryginalności – powie po latach – drobne utworki na fortepian lub na skrzypce z fortepianem”.
Studia w warszawskim konserwatorium ukończyła w 1932 roku z dwoma dyplomami: z kompozycji i ze skrzypiec. Na końcowym egzaminie przedstawiła cały zestaw własnych utworów, zarówno kameralnych, jak i orkiestrowych. Zaczęła też samodzielną działalność koncertową. W 1935 roku pojechała na występy do Paryża. Na koncertach i recitalach grała przede wszystkim polską muzykę współczesną, w tym oczywiście własne utwory.
[srodtytul]Codzienna praca[/srodtytul]
Paryż okazał się ważnym dla niej miastem. Nie tylko dlatego, że w latach 30. kontynuowała tam studia kompozytorskie u słynnej Nadii Boulanger, a potem wracała wielokrotnie na koncerty. Także wtedy, gdy mieszkała w komunistycznej Polsce. Paryż z okresu jej młodości był stolicą nowej muzyki, nawiązującej, co prawda, do ideałów klasycyzmu, ale próbującej też ukazać ówczesne fascynacje techniką i cywilizacyjnym rozwojem. W utworach Grażyny Bacewicz odnajdziemy również te idee, a dynamizm i energia łączą się z precyzją muzycznej formy, bo i w życiu prywatnym obce jej było romantyczne rozwichrzenie emocjonalne.
„Słuchacze zadają nieraz pytania dotyczące »porywów natchnienia« lub mojego stanu emocjonalnego, towarzyszącego powstaniu tego czy innego utworu – mówiła w jednym z wywiadów. – I są wielce rozczarowani, kiedy dowiadują się, że utwór muzyczny jest wynikiem systematycznej pracy, że nie czekam na jakieś objawienie nastroju, ale po prostu codziennie pracuję w domu przy zapuszczonych nawet w dzień storach i elektrycznym oświetleniu”.
Okupację hitlerowską przeżyła w Warszawie w miarę spokojnie. Nawet w powstaniu warszawskim jej rodzina, bo miała już męża i córkę, specjalnie nie ucierpiała. Za największą stratę uznała pozostawienie walizki z kompozycjami w mieszkaniu na Koszykowej, gdy trzeba było je opuścić po zakończeniu powstańczych walk. Jeden z przyjaciół zdecydował się jednak po nią wrócić.
Już wiosną 1945 roku Grażyna Bacewicz włączyła się w odbudowę życia muzycznego w Polsce. Występowała jako skrzypaczka, pisała, działała w Związku Kompozytorów Polskich, podjęła pracę pedagogiczną. Rok po zakończeniu wojny znów pojechała do Paryża, grać utwory swoje i Szymanowskiego.
Jej twórczość z każdym rokiem nabierała rozmachu. O ile w latach 30. koncentrowała się na muzyce kameralnej i stworzyła tylko jeden koncert skrzypcowy, o tyle teraz sięgała po większe formy. Obok kwartetów czy kwintetów oraz utworów solowych, na przykład II sonaty fortepianowej, której była pierwszą wykonawczynią w 1953 roku, pojawiało się coraz więcej muzyki orkiestrowej. Niemal co roku powstawał też kolejny koncert na skrzypce, fortepian lub wiolonczelę z orkiestrą. A przygodę z teatrem rozpoczęła od baletu „Z chłopa król” wystawionego w 1954 roku w Operze Poznańskiej. Z powodzeniem spróbowała też sił w literaturze, w 1963 roku wysłała anonimowo sztukę „Dwa potęgi, ho, ho?” na konkurs Teatru Ateneum i zdobyła wyróżnienie. Wystawiono ją jednak dopiero pięć lat później w Teatrze TV pod innym tytułem „Jerzyki albo nie jestem ptakiem”. A zbiór jej opowiadań „Znak szczególny” Czytelnik wydał rok po śmierci Grażyny Bacewicz.
[srodtytul]Jak pisać na zamówienie[/srodtytul]
Była jedną ze sztandarowych postaci życia kulturalnego w PRL, także w najgorszych, stalinowskich czasach, kiedy dwukrotnie otrzymała nagrodę państwową (1950, 1952). Utrudniało to niewątpliwie obiektywną ocenę jej dorobku, zwłaszcza w ostatnim dwudziestoleciu. Ale nigdy nie szła na artystyczne kompromisy.
W liście do brata Vytautasa, także kompozytora, który od 1939 roku przebywał na emigracji w Nowym Jorku, napisała w początku lat 60.: „To nie nowość, że kompozytor pisze na zamówienie. Klasycy dostawali zamówienia od dworu królewskiego. My dostajemy od rządu. Co za różnica, kto daje forsę na napisanie kompozycji? Od kompozytora zależy, aby utwór nie był kompromisowy i koniec.
Na całym świecie wszyscy najpoważniejsi kompozytorzy piszą za forsę, bo i jak ma być inaczej. Kto powiedział, że na zamówienie trzeba napisać gówno? Szymanowski najlepszy swój utwór »Stabat Mater« napisał na zamówienie pewnego faceta po śmierci jego żony”.
Kiedy zaś brat się skarżył, że szansę na uznanie ma jedynie muzyka łatwa i powszechnie zrozumiała, Grażyna odpowiedziała Vytautasowi: „Kompozytor musi pisać z wewnętrzną satysfakcją i szczerze, ale nie może zapominać o tym, że pisze dla ludzi... Już parę lat temu zrozumiałam, że kompozytorzy rzeczywiście wleźli ze swoją awangardowością w ślepą uliczkę. Dalej brnąć nie było sensu”.
Jej muzyka była zatem tworzona dla ludzi, ale i z przekonaniem, że taka być powinna. W utworach Grażyny Bacewicz nie ma fałszu, jest spójność i oryginalność. Widać to choćby po sposobie, w jaki sięgała do rodzimego folkloru. Kiedy inni kompozytorzy też próbowali to robić zgodnie z dyrektywami peerelowskich władz, stać ich było często jedynie na nowe opracowania ludowych melodii. U niej zaś tradycyjna rytmika i dynamika stapiają się z oryginalnymi pomysłami, tak choćby jak
w II sonacie fortepianowej, gdzie błyskotliwy finał niespodziewanie został ożywiony rytmem oberka.
Słuchając utworów Grażyny Bacewicz, można odnieść wrażenie, że powstawały one szybko i łatwo, tak naturalna i klarowna jest ich struktura. „Ja wiem, że chomąto, które dobrowolnie zawiązujemy sobie na szyi, daje niezłe rezultaty – pisała do brata Vytautasa. – Swoboda w wielkiej twórczości nie istnieje (nie mam na myśli geniuszów – zresztą oni też się czegoś trzymają, tylko o tym nie zawsze wiedzą). Tak jak w nauce musi być dyscyplina – wtedy otrzymuje się utwór logiczny. Oczywiście jeżeli kompozytor ma przy tym talent”.
[srodtytul]Czar awangardy[/srodtytul]
Kiedy indziej zaś stwierdziła: „Gdyby mnie wcale nie grali, też bym siedziała w kącie i pisała tak, jak to teraz robię”. Przeżyła zresztą czas próby u schyłku lat 50., gdy po październikowej odwilży w Polsce wybuchła awangarda i objawiły się talenty Tadeusza Bairda, Krzysztofa Pendereckiego czy Henryka Mikołaja Góreckiego. Dla tej nowej generacji kompozytorskiej dorobek Grażyny Bacewicz był sztandarowym przykładem tego, z czym młodzi twórcy walczyli.
Szanowana, ceniona i nagradzana 50-letnia kompozytorka stała się nudną tradycjonalistką, poruszającą się wyłącznie po sprawdzonych ścieżkach. Nie obrażała się na takie stwierdzenia, lecz udowodniła, że w każdym wieku można dokonać istotnych przewartościowań w życiu. Jej utwory z lat 60. są tego najlepszym przykładem. Bacznie obserwowała poczynania młodszych kolegów i sama eksperymentowała z nowymi efektami brzmieniowymi i środkami ekspresji.
„Rozwój muzyki współczesnej, tempo tego rozwoju jest imponujące i pasjonujące – mówiła w audycji Polskiego Radia w 1964 roku. – Nie są to tylko eksperymenty i próby znalezienia czegoś nowego, jak twierdzą niektórzy. We współczesnej muzyce istnieją prawdziwe, piękne osiągnięcia. Tak zwana awangarda ma niewątpliwy wpływ na kompozytorów średniego pokolenia. Pociąga za sobą. Zresztą zdarza się, że kompozytor średniego pokolenia staje w pierwszych szeregach awangardy. Nie godzę się także ze stwierdzeniem, że jeśli kompozytor doszedł już do własnego języka muzycznego, powinien się go trzymać i w swym stylu pisać. Takie postawienie sprawy jest mi obce, ono jest dla mnie równoznaczne z rezygnacją z postępu, z rozwoju. Każde dzieło dziś ukończone staje się przeszłością jutro. Kompozytor postępowy nie zgodzi się na powtarzanie nawet samego siebie. Musi swe osiągnięcia nie tylko pogłębiać i udoskonalać, ale także rozszerzać”.
[srodtytul]Szczególny dar kobiety[/srodtytul]
O swoim życiu prywatnym opowiadała niewiele. Od 1936 roku była żoną lekarza Andrzeja Biernackiego, późniejszego profesora Akademii Medycznej w Warszawie. Mieli jedną córkę, Alinę, która urodziła się w 1942 roku.
Kiedyś jednak pozwoliła sobie na następujące zwierzenie: „Nie potrafiłabym oddzielić swego życia prywatnego od życia związanego z muzyką. Jedno i drugie wiąże się u mnie w całość. Oczywiście, że w okresie, gdy moja córeczka była bardzo mała i wymagała wiele opieki, komponowałam mniej, ale nie traktowałam tego jako krzywdy czy ofiary. Ostatecznie każdy kompozytor miewa przestoje w pracy. A bez córki, bez męża życie moje nie byłoby pełne. Podołanie wszystkim obowiązkom, jakie ciążą na pani domu, polega – myślę – na umiejętnym zorganizowaniu sobie życia i wewnętrznej wytrzymałości. Szczycę się pewnym darem, który mi bardzo pomógł, sprawy domowe spełniam w tempie trzykrotnie szybszym niż inne kobiety. I nieraz sobie myślę, że może tylko dlatego niewiele jest kompozytorek na świecie, że tego właśnie daru nie posiadają. Bo dlaczegóż miałoby im brakować talentu kompozytorskiego?”.
Za granicą, gdzie obco brzmiały polskie imiona i nazwiska, nieraz jednak uchodziła za mężczyznę. Otrzymywała listy adresowane: Mister Grażyna Bacewicz. Ci, którzy popełniali te omyłki, tłumaczyli się potem, że nie sądzili, iż tak energetyczna muzyka mogła zostać napisana delikatną, kobiecą ręką.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA