fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Wizyta w soulowym warsztacie

Angie Stone podczas poprzedniego pobytu w Polsce
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Na koncertach Angie Stone trzeba być w gotowości. Nigdy nie wiadomo, czym zaskoczy ani kiedy każe podnieść się z krzesła, tańczyć albo śpiewać
Kto opuścił piątkowy występ w Sali Kongresowej, przekonany, że podczas poprzedniego pobytu artystki w Warszawie widział już wszystko, niech żałuje. Stone nie serwowała repertuarowych niespodzianek (śpiewała ponownie utwory ze swych płyt i piosenki zapożyczone z dorobku Curtisa Mayfielda), pokazała natomiast, że ten sam utwór potrafi na nowo wypełnić emocjami.
Jej największym atutem, obok samych zdolności wokalnych, jest to, że śpiewa przekonująco, jakby w każdy wers i nutę wkładała własne doświadczenia. Wyobrażam sobie, że pochodzący z piosenki „Bottles & Cans” wers: „Wolę żyć na ulicy, bez jedzenia, jeśli nie mogę być twoja” w wykonaniu innej wokalistki brzmiałby pretensjonalnie. Ale gdy śpiewa go Angie Stone, zaczynam się zastanawiać, czy istnieje miłość bez granic.
Stone, wychodząc na scenę, ma jeden cel: zmaterializować uczucia. A robi to nadając im piękną muzyczną formę – barwa i natężenie jej głosu precyzyjnie ilustrują tekst piosenek, pozwalają je przeżyć.
Występy Stone to dawka klasycznego, tradycyjnego soulu. Nie są spektakularne, nawet niezbyt efektowne. Przypominają raczej wizytę w warsztacie, gdzie na naszych oczach rodzi się muzyczne rzemiosło – Stone pracuje z muzykami, wydając im polecenia: gitary stop, perkusja ciszej, niech zabrzmi saksofon. Razem budują utwór, niczego przed nami nie ukrywając. Nie oglądamy więc magicznego efektu, jak na pokazie prestidigitatora, lecz możemy podpatrywać, jak talent łączy się z pracą i doświadczeniem.
Stone zaśpiewała ze stałym zespołem instrumentalistów, ale tym razem chciała pokazać, że jej muzycy są wszechstronnie uzdolnieni. W kilkunastominutowej wersji „Sometimes” zza instrumentów wyszli wszyscy, nawet słusznej tuszy perkusista, i posłusznie śpiewali o miłości. Odprężona i rozbawiona Stone była w nastroju do żartów, więc przekomarzała się z publicznością, proponując próbki kilku utworów, zanim zagrała wyczekiwany przebój „I Wish I Didn’t Miss You”. W zwrotkach rytm stopniowo zwalniał, by nagle przyspieszyć w poruszającym refrenie. I tak piosenka, którą cała sala znała na pamięć, wydał się zupełnie zmieniona.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA