fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja

Gimnazjalisto, pokaż co potrafisz

Mój ideał to stworzyć bank tysięcy zadań egzaminacyjnych, z którego losowałoby się 40 na test
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Testy powinny informować o postępie krajowej oświaty – uważa szef Centralnej Komisji Egzaminacyjnej prof. Krzysztof Konarzewski
480 tys. uczniów trzecich klas gimnazjów rozpoczyna dziś trzydniowy egzamin, którego wynik wraz z ocenami zaważy na ich dalszej edukacji.
Po raz pierwszy w tym roku oprócz testów humanistycznego i matematyczno-przyrodniczego zdających czeka sprawdzian z języka obcego. Ta trzecia część egzaminu nie będzie brana pod uwagę przy rekrutacji do liceów, ale stanie się informacją dla szkół, na jakim poziomie językowym jest uczeń. Dopiero od 2012 r. test językowy zacznie mieć wpływ na przyjęcie do szkoły. Dlatego Centralna Komisja Egzaminacyjna zdecydowała, że w tym roku egzamin będzie tylko testem wyboru. Dzięki temu CKE zaoszczędzi ok. 2 mln zł m.in. na płacach dla egzaminatorów, którzy musieliby sprawdzać wypracowania.
[b]Lekcje przypominają „taśmę produkcyjną”, „wszechobecne jest trenowanie testów” i nie ma gimnazjum, w którym by tego nie robiono - tak pisał pan w podsumowaniu swoich badań z 2008 roku nad przygotowaniem uczniów do egzaminu gimnazjalnego. Czy na tym polega edukacja?[/b]
prof. Krzysztof Konarzewski, dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej: Bardzo wątpię. W testach są pewne powtarzające się chwyty. Dziecko trenowane w rozwiązywaniu testów wie, gdzie może być haczyk. Niedawno uczeń szkoły podstawowej opowiadał mi, że się nie dał złapać na „stary trik” egzaminatorów w zadaniu, w którym trzeba było obliczyć, ile paczek nasion kupić do obsiania trawnika. Z obliczeń wychodzi, że potrzeba 3,6 paczki. Ale wiadomo, że w sklepie nie kupi się 0,6 paczki. Trzeba napisać, że potrzebne są 4 paczki. Dziecko, które mi to opowiadało, było dumne, że nie dało się złapać. Pani w szkole przestrzegła je przed takim trikiem. Nie wiem, czy edukacja powinna polegać na uczeniu, jak nie dać się złapać na stare sztuczki.
[b]Prognozuje pan, że „najczarniejszy scenariusz przewiduje coraz więcej przygotowań do egzaminu, coraz lepsze wyniki egzaminacyjne i coraz gorsze wykształcenie absolwentów”. Co jako dyrektor instytucji testującej uczniów robi Pan, by ten scenariusz się nie ziścił?[/b]
Przede wszystkim chcę, byśmy tak analizowali wyniki testów, żeby dało się śledzić zmiany poziomu wykształcenia kolejnych roczników. Dziś tego nie robimy. Mam nadzieję, że co trzy lata będę mógł wydać komunikat, w jaką stronę zmierza nauczanie w poszczególnych przedmiotach. Na przykład, że w języku polskim odnotowaliśmy poprawę, a w matematyce niewielki spadek. W ten sposób uniknie się złudzenia, któremu teraz hołdujemy, że obecnie wyniki egzaminu mówią coś o tym, w jakim kierunku idzie polska edukacja.
[b]Jaką więc dają informację?[/b]
Pozwalają tylko porównywać uczniów i szkoły między sobą tylko w jednej sesji egzaminacyjnej. Testy są świetnie wykorzystywane w rekrutacji. Poza tym szkoła w Grójcu może być porównana ze szkołą w Mławie, można powiedzieć, która daje średnio lepszy wynik, która gorszy, ale tylko w obrębie jednego roku. A z testów powinniśmy czerpać także informacje o zmianach między kolejnymi rocznikami uczniów i między kolejnymi szczeblami edukacji. Tak żeby móc powiedzieć, czy Marysia Kowalska zmądrzała w gimnazjum, czy też ta szkoła nie zrobiła nic, by jej w tym pomóc.
[b]Jednak dziś też z wyników egzaminów wiemy, że Polska zachodnia i północna wypada słabiej, a południowa i wschodnia lepiej. Dlaczego z tej wiedzy nie korzystamy?[/b]
To jest wiedza na poziomie regionalnym. Testowanie, które ma charakter krajowy, powinno informować o postępie krajowej oświaty. Z tego, że dzieci wypadają gorzej w Zachodniopomorskiem od tych w Świętokrzyskiem jeszcze nic nie wynika. Ale gdyby się okazało, że po trzech latach uczniowie w całej Polsce mają gorsze wykształcenie w stosunku do poprzedniego okresu, to byłby to już skandal narodowy, z którego trzeba by rozliczyć ministra edukacji.
Poza tym dyskusje, które teraz są zawieszone w powietrzu, o tym, że oświata jest niedofinansowana, że może złe jest ustawodawstwo, mogłyby być zweryfikowane. I albo nabrałyby rumieńców, gdy potwierdziłoby się, że stan edukacji się pogarsza, albo okazały się przesadne, gdyby dzieci mądrzały. Ale to tylko jeden pomysł na uniknięcie "najczarniejszego scenariusza".
[b]Jakie są inne?[/b]
Chciałbym zmniejszyć stopień przewidywalności testów. To źle, że można zrobić listę pułapek, które egzaminatorzy zastawiają na dzieci. Jeśli testy będą nieprzewidywalne, to nauczyciele zaczną mniejszą wagę przykładać do ich trenowania. Mój ideał to stworzyć bank tysięcy zadań, z którego losowałoby się tych 40 na test.
Chciałbym też wzmocnienia prestiżu ocen szkolnych. Kiedy w 2002 roku wprowadziliśmy egzaminy zewnętrzne, odebraliśmy szkole motywacje do oceniania uczniów. Powiedzieliśmy nauczycielom: wy sobie możecie coś tam wewnętrznie oceniać, ale pod koniec i tak przyjdzie zewnętrzny egzaminator ze swoimi testami i powie, jak naprawdę jest. To źle działa na nauczycieli, bo zdejmuje z nich odpowiedzialność za podejmowanie sprawiedliwych decyzji. Nauczycieli trzeba dowartościować, bo pokusie testowania uczniów ulegają ci niesamodzielni i niespecjalnie dobrze o sobie i swej pracy myślący.
[b]W tym roku do egzaminów zewnętrznych dochodzi test z języka obcego po gimnazjum. Po co gimnazjalistom kolejny test?[/b]
Jest pewien sens w tym, żeby mieć na różnych etapach kształcenia ten sam zestaw testów, by porównywać, czy uczeń robi postępy. Jeśli więc na maturze od 2010 r. obowiązkowo będziemy mieć język polski, matematykę i język obcy, to dobrze, by ten zestaw powtórzyć w gimnazjum. Naturalną tego konsekwencją jest ten sam zestaw w szkole podstawowej.
[b]Egzamin z języka obcego będzie także w podstawówkach?[/b]
W przyszłości tego nie unikniemy. To jest naturalna konsekwencja wzrostu ambicji oświatowych.
[b]Ale „od pisania testów uczniowie nie mądrzeją”, tak pan mówił, zanim został dyrektorem CKE.[/b]
Pewnie, że nie mądrzeją, ale problem polega na tym, że gdy się już weszło na jakąś drogę, to trudno z niej zejść. Więcej - odwrót od testowych egzaminów zewnętrznych jest niemożliwy.
[b]Dlaczego?[/b]
Gdyby zapytać teraz uczniów i ich rodziców, czy testy należy zlikwidować, to stawiam dolary przeciw orzechom, że odpowiedzieliby: „nie”. Bo testy są obiektywne i jeśli mamy w jakimś dobrym liceum jedno miejsce i dwóch uczniów rywalizujących o nie, to każdy Polak się zgodzi, że lepiej, by jakaś bezosobowa procedura rozstrzygała, komu się to miejsce należy. A nie jakaś komisja z tej szkoły, w której będzie może szwagierka matki jednego z uczniów.
[b]Ale testom też nie ufamy, bo są w nich błędy.[/b]
Czym innym jest błąd w teście, który dotyka jednakowo cały rocznik uczniów, a czym innym stronniczość.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA