fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Sikorski poświęcony bez żalu

Szef MSZ Radosław Sikorski
Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
Lech Kaczyński zawalczył o odbudowanie swojej pozycji wśród europejskich przywódców, a cenę zapłacił Radosław Sikorski. Zresztą cenę iluzoryczną, bo w wyścigu i tak się nie liczył – pisze publicysta
Na szczycie NATO było wielu wygranych: przede wszystkim Anders Fogh Rasmussen, a także Turcja, Lech Kaczyński, Donald Tusk (choć w Strasburgu i Khel go nie było), przywódcy Niemiec, Francji, Stanów Zjednoczonych. Był tylko jeden przegrany: Radosław Sikorski.
Bo jedyną osobą na serio zainteresowaną tym, aby to polski minister spraw zagranicznych objął posadę po Jaapie de Hoop Schefferze, był właśnie sam Sikorski. Nie chcieli tego ani Angela Merkel, ani Nicolas Sarkozy, ani Barack Obama. Nie chciał tego na ostatnim etapie prezydent Kaczyński. Co zaś najważniejsze, nie chciał tego – i to od początku – premier Donald Tusk.
Gdyby Polak miał choćby śladową możliwość wygranej w tym wyścigu, niepoparcie jego starań wyglądałoby w oczach opinii publicznej bardzo źle. Jednak kandydowanie na najwyższe stanowisko w sojuszu północnoatlantyckim było autorskim pomysłem Radosława Sikorskiego, realizującego w ten sposób własne ambicje.
Jednak żeby zrozumieć, na czym polegała gra, trzeba zobaczyć jej szerszy kontekst.
[srodtytul]Mówimy Sikorski, w domyśle Buzek[/srodtytul]
Sikorski traktuje stanowisko ministra spraw zagranicznych jedynie jako wstęp do dalszej kariery. Prezydenckie ambicje ministra są tajemnicą poliszynela. Dla wszystkich jednak – z premierem Tuskiem włącznie – jest jasne, że startując ze swojej obecnej pozycji Sikorski nie miałby szans na ich spełnienie. Nie stanowiłby żadnego zagrożenia dla swojego obecnego szefa. Co innego, gdyby powrócił z Brukseli jako były sekretarz generalny sojuszu północnoatlantyckiego, którego kadencja skończyłaby się w samą porę, aby w Polsce poprowadzić kampanię przed kolejnymi wyborami prezydenckimi w 2015 roku.
Już dziś w sondażach popularności szef MSZ bije rekordy. Donald Tusk jest w stanie te notowania przełknąć, jak długo Sikorski jest od niego politycznie uzależniony. Gdyby jednak Sikorskiemu udało się zdobyć fotel szefa NATO, to uzależnienie by się skończyło. Nadal pozostawałaby kwestia słabych zdolności ministra do budowania sobie realnego politycznego zaplecza, ale punkt wybicia miałby jednak całkiem inny niż dziś. Tusk świetnie zdawał sobie z tego sprawę. Dlatego postanowił sprzedawać w pakiecie dwie polskie kandydatury, tylko jedną popierając naprawdę. I nie chodziło o Sikorskiego.
Drugim prestiżowym stanowiskiem, na które wciąż jeszcze szansę ma Polak, jest przewodniczący Parlamentu Europejskiego. Na tę posadę jest typowany Jerzy Buzek. Z punktu widzenia Tuska to bezpieczny wybór. Buzek nie ma już krajowych ambicji, stanowisko szefa PE to dla niego zwieńczenie kariery. Premier grał od początku na niego, poświęcając bez żadnego żalu Sikorskiego.
To dlatego polityka rządu w kwestii tej kandydatury była tak niekonsekwentna. Działania promocyjne ograniczały się do aparatu MSZ, którym kierował przecież sam Sikorski. Nie bez powodu rząd do końca nie zgłosił go oficjalnie jako kandydata, nie podjął w tej sprawie żadnej uchwały, a premier ani razu jednoznacznie się w tej kwestii nie wypowiedział.
Radosław Sikorski przez wiele miesięcy prowadził na własną rękę intensywną kampanię promocyjną, przy każdej okazji zarzekając się, że nie kandyduje na sekretarza generalnego. Z czasem te zapewnienia sprawiały zresztą coraz bardziej groteskowe wrażenie. Problem w tym, że Sikorski źle ocenił swoje szanse.
[srodtytul]Demokraci pamiętają instytut republikanów[/srodtytul]
Po pierwsze – nie wziął pod uwagę, że doradcy Baracka Obamy będą mu pamiętać jego pracę dla republikańskiego American Enterprise Institute. Próba nawiązania szybkiego romansu z demokratami w imię chwilowego interesu została odczytana jako czysty koniunkturalizm. W Waszyngtonie pamięta się także do dzisiaj pierwszą wizytę Sikorskiego w charakterze ministra obrony w rządzie PiS. Miał w jej trakcie postawić kompletnie nierealistyczne, skrajnie wygórowane żądania, dotyczące amerykańskiej pomocy dla polskiej armii, co zrobiło bardzo złe wrażenie.
Po drugie – najważniejszym członkom NATO zależało na dobrych stosunkach z Rosją. Jak się okazało, Polska, niezależnie od prowadzonej przez siebie polityki, jest uznawana za kraj z definicji antyrosyjski, co obciążałoby niemal każdego polskiego kandydata. Sikorski zrobił w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy mnóstwo, aby przekonać zachodnie rządy, że w jego przypadku jest inaczej. Ostatnią próbą, dokonaną rzutem na taśmę, była kuriozalna deklaracja o możliwości przyjęcia Rosji do sojuszu. Dziś trzeba postawić pytanie, czy w imię kreowania wizerunku rządu i ministra, niemających wobec Rosji uprzedzeń, nie naruszono naszych strategicznych interesów. Zwłaszcza że wszystkie te wysiłki spełzły na niczym.
Sikorski liczył, że pomogą mu kontakty jego żony, zawarte w Waszyngtonie znajomości oraz afgańskie doświadczenie akurat w momencie, gdy w Afganistanie trwa najważniejsza i najtrudniejsza misja NATO od lat. Nie bez powodu wiele razy podkreślał swoje kompetencje w tej dziedzinie. Wszystko na nic. Względy strategiczne oraz pamięć o dawniejszych działaniach ministra (takich jak choćby słynna wypowiedź o nowym pakcie Ribbentrop-Mołotow w odniesieniu do gazociągu bałtyckiego) pogrzebały jego szanse. Wygrana Sikorskiego od początku była więc mało prawdopodobna.
[srodtytul]Trzy pieczenie i pies ogrodnika[/srodtytul]
Donald Tusk już dawno postanowił wykorzystać sytuację i upiec aż trzy pieczenie na jednym ogniu. Pierwszą: utemperować w bolesny sposób ambicje swojego ministra. Drugą: jego porażkę przedstawić jako argument za kandydaturą Buzka na szefa PE. I trzecią: winę za niepowodzenie zrzucić na Lecha Kaczyńskiego. Przecież nie bez powodu Donald Tusk, mimo zachęt ze strony prezydenta, stanowczo stwierdził, że do Strasburga i Khel się nie wybiera.
PR-owcy premiera wiedzą świetnie, że lepiej, aby nie było go tam, gdzie Polskę z pewnością spotka porażka. Jeszcze
24 marca na konferencji prasowej premier powiadał: „To na prezydenta spadnie obowiązek zamknięcia tej sprawy pozytywnie dla Polski” – dając niedwuznacznie do zrozumienia, kto będzie winny ewentualnego negatywnego rozstrzygnięcia.
Rezultat sporu o wybór sekretarza generalnego był jasny od dłuższego czasu. Blokowanie kandydatury Rasmussena przez Turcję niczego nie zmieniało. Z powodzeniem można było założyć, że Ankarę uda się przekonać, a ewentualne odłożenie wyboru nie zwiększy szans Polaka. Między bajki można też włożyć lansowaną przez rząd tezę, że nie godząc się na Rasmussena, mogliśmy coś ugrać, tak jak Turcja.
Przede wszystkim nasza pozycja negocjacyjna była o niebo słabsza niż Turków. Żeby zrozumieć dlaczego, wystarczy spojrzeć na mapę oraz znaleźć w Internecie informacje o liczebności tureckiej armii. Ze strategicznego punktu widzenia Turcja jest dziś po prostu wielokrotnie ważniejsza niż Polska, zwłaszcza dla Waszyngtonu. Ponadto blokowanie przez nas wyboru sekretarza generalnego byłoby nieczytelne i zostałoby uznane za działanie na zasadzie psa ogrodnika, podczas gdy tureckie zastrzeżenia do kandydatury Rasmussena, związane z delikatnymi sprawami muzułmańskiej wrażliwości, są zrozumiałe, zwłaszcza w kontekście afgańskiej operacji NATO.
Taki sposób działania zresztą stałby w ewidentnej sprzeczności z linią, którą wyznawał rząd Tuska, a w szczególności sam minister Sikorski: płynąć z głównym nurtem i nigdy nie być tym, który jako ostatni staje okoniem. A wreszcie – jak dotąd żaden przedstawiciel koalicji nie był w stanie wyjaśnić, co mianowicie mielibyśmy ugrać, blokując wybór Duńczyka.
Premier pod koniec marca rzucał frazesami o „wzmacnianiu pozycji Polski w NATO”, nie podając żadnych szczegółów. Tylko że pozycję danego kraju w sojuszu mierzy się liczbą żołnierzy przygotowanych do operacji poza jego obszarem lub liczbą głowic jądrowych, a nie gotowością do blokowania niewygodnej dla siebie kandydatury na sekretarza generalnego.
Gdyby prezydent postąpił zgodnie z sugestiami rządu, po raz kolejny przylepiono by mu łatkę mąciciela. Skoro postąpił inaczej, rząd może go oskarżać o niewypełnienie zaleceń i działanie na szkodę polskiego kandydata. Jak jednak widać, wszystkie te oskarżenia to humbug.
Lech Kaczyński zdawał sobie sprawę, że w każdym wypadku zostanie skrytykowany przez rząd. Ponadto dotarły do niego informacje – o których w poniedziałek mówił także minister Piotr Kownacki z Kancelarii Prezydenta – że Donald Tusk już jakiś czas temu obiecał Rasmussenowi, iż Polska nie będzie blokować jego kandydatury.
W tej sytuacji Lech Kaczyński wybrał rozwiązanie najkorzystniejsze z własnego punktu widzenia. Wiedząc, że Sikorski i tak nie ma szans, tym razem to prezydent popłynął z głównym nurtem, za co doczekał się uznania ze strony najważniejszych uczestników szczytu. Nie bez przyczyny przez most na Renie szedł w jednym szeregu z Angelą Merkel i Barackiem Obamą. I nie bez przyczyny niemiecka prasa komentuje, że to Turcy tym razem przejęli tradycyjną rolę braci Kaczyńskich.
[srodtytul]Polityczny teatr dla gawiedzi[/srodtytul]
Lech Kaczyński zawalczył o odbudowanie swojej pozycji wśród europejskich przywódców, a cenę zapłacił Sikorski. Zresztą cenę iluzoryczną, skoro tak czy owak w wyścigu się nie liczył.
Wojenka o instrukcje czy sugestie, o to, w którym momencie kolacji prezydent poparł Rasmussena, o złamanie ustaleń, o nocne telefony – to wszystko tylko kolejny etap teatru dla gawiedzi. Ten teatr niewiele ma wspólnego z rzeczywistymi motywami, przyczynami i skutkami.
Teraz nie wolno nam zapomnieć, że drugim elementem pakietu ma być Jerzy Buzek. Wypada tylko liczyć, że wokół jego stanowiska, obieranego zresztą w całkiem inny sposób, takich targów i prób ugrania czegoś dla siebie nie będzie. Polsce należy się wreszcie któraś z najważniejszych międzynarodowych posad, a odpowiedzialność w tej sprawie spoczywa bez wątpienia głównie na premierze.
[i]Autor jest publicystą dziennika „Fakt”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA