fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Brudny Harry już nie strzela

Walt Kowalski (Clint Eastwood) często układa palce dłoni w lufę pistoletu, jakby naśladował Brudnego Harry’ego
Warner Bros
Od piątku na ekranach "Gran Torino". To ważny film w reżyserskiej i aktorskiej karierze Eastwooda, bo wyrzeka się w nim przemocy
[b][link=http://www.rp.pl/galeria/9146,2,281783.html]Obejrzyj galerię fotosów[/link][/b]
"Nikomu nie jest życzliwy. Nienawidzi Angoli, katoli, mośków, makaroniarzy, białasów, żółtków. Wszystkich". Taki jest Walt Kowalski w wykonaniu Clinta Eastwooda. To zamknięty w sobie weteran wojny koreańskiej o skrajnie rasistowskich poglądach. Człowiek skazany na samotność po śmierci żony – chyba jedynej osoby, która go kochała i była dla niego wyrozumiała.
Mimo że cytat doskonale opisuje mentalność Walta, nie pochodzi z "Gran Torino". Tak przełożeni opisywali inspektora Callahana, gliniarza z "Brudnego Harry'ego", dzięki któremu Eastwood został przed laty gwiazdą. Policjanta bezwzględnego w walce z przestępcami i ksenofobicznego weterana z Korei wiele łączy. Obaj ucieleśniają typ szorstkiego, nieprzystępnego macho. I obaj chętnie sięgają po broń. Harry po magnum kaliber 44. Stary Walt po strzelbę. Chyba wszyscy kinomani pamiętają, jak Harry walczył z kryminalistami. W najsłynniejszej scenie najpierw strzelił czarnoskóremu rabusiowi w przyrodzenie, a później oświadczył konającemu: "To jest magnum kaliber 44, najpotężniejsza broń krótka na świecie. Może elegancko odstrzelić ci głowę, więc powinieneś zadać sobie pytanie: "Czy mam dzisiaj szczęście?" No to masz czy nie, ty śmieciu?" . W "Gran Torino" Walt Kowalski bierze do ręki strzelbę, ilekroć ktoś chce się zbliżyć do jego pięknie przystrzyżonego trawnika lub ukraść wypieszczony wóz – tytułowe Gran Torino. A szczególnie nie cierpi osiedlających się w jego dzielnicy przybyszów z Azji. Eastwood, grając Kowalskiego, nie wypowiada wyraźnie zdań, jedynie wydaje z siebie warknięcia, jakby chciał zaznaczyć, że przemoc jest dla Walta czymś tak naturalnym, jak kiedyś była dla inspektora Callahana. – Przemoc to element życia – mówił po pokazach "Brudnego Harry'ego", które wstrząsnęły w latach 70. liberalną częścią opinii publicznej. – Jest czymś, czego ludzie są najbardziej ciekawi. To dla nich coś niezwykłego. Trafia na pierwsze strony gazet, nie ostatnie. Ludzie chcą o niej wiedzieć jak najwięcej. A ci, którzy tego nie akceptują? Niech spadają. Zagrał w "Brudnym Harrym", bo zawsze stał po stronie ofiar, słabszych. Wydaje się, że bliski był mu etos rewolwerowca, który może wymierzać sprawiedliwość, gdy zawodzą prawne procedury. Potwierdzał tę postawę, grając kolejne role w westernach i reżyserując filmy o kowbojach mścicielach. Punkt zwrotny nastąpił w 1992 roku, gdy nakręcił "Bez przebaczenia". W opowieści rozprawiającej się z mitem Dzikiego Zachodu pytał o sens kary, świadomość winy i możliwość jej odkupienia. Te pytania powracały w kolejnych filmach, które coraz wyraźniej przypominały proste w formie, ale poruszające moralitety z religijnymi podtekstami. Ale czegoś w karierze aktorskiej i reżyserskiej Eastwooda brakowało – sceny symbolu, w której ten twardziel dobitnie wyrzekłby się przemocy, która tylko nakręca spiralę agresji. Tak właśnie postępuje w końcu Walt i to odróżnia go od Harry'ego Callahana. Bohater "Gran Torino" tłamsi w sobie poczucie winy z powodu zabijania w Korei. Dlatego choć początkowo nie akceptuje azjatyckich sąsiadów, w końcu się do nich zbliża. Gdy próbuje obronić chłopca z plemienia Hmong przed miejscowym gangiem, zaczyna rozumieć, że w wieloetnicznym społeczeństwie agresja i starotestamentowa zasada "oko za oko" prowadzą donikąd. I ostatecznie decyduje się na krok, który choć fabularnie nie przekonuje, to jest przejmującym świadectwem twórczej i światopoglądowej ewolucji Eastwooda. Walt często mierzy do bandytów, układając palce dłoni w lufę pistoletu. Eastwood naśladuje gest Brudnego Harry'ego, ale w kluczowej scenie zastąpi przemoc aktem wstrząsającej ofiary. "Gran Torino" staje się przypowieścią o grzeszniku, który zrozumiał swoje winy. I ma także świadomość, że we współczesnym świecie nie ma już dla niego miejsca. W tym kontekście bledną słabości filmu. Przeszarżowana, choć chwilami autoironiczna rola Eastwooda. Fatalne aktorstwo młodych partnerów gwiazdora. Eastwood kręcił już lepsze filmy. Ale to jest nieistotne. Najważniejsze, że w "Gran Torino" przełamał samego siebie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA