Publicystyka

Sześciolatki będą krócej dziećmi

Krzysztof Leski
Reporter/Milon
Obowiązek szkolny dla sześciolatków to przejaw tchórzostwa i hipokryzji polityków. Tym sposobem tylnymi drzwiami chce się wprowadzić na rynek pracy dodatkowy rocznik
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/03/18/krzysztof-leski-szesciolatki-beda-krocej-dziecmi/]skomentuj na blogu[/link][/b]
Sejm głosuje nad wetem prezydenta wobec nowelizacji ustawy oświatowej - tej wprowadzającej obowiązek szkolny dla sześciolatków. Weto najpewniej upadnie, ustawa wejdzie w życie. Na szczęście ów przymus ma trzyletni vacatio legis: obowiązywać ma od 1 września 2012 r. Dzięki temu można zacząć dyskusję o sensie tego przepisu i ewentualnie go uchylić. Tak, to nie pomyłka: zacząć. Bowiem – co dość niezwykłe w dziejach polskiego parlamentu, polskiej polityki, polskich mediów – przepis ten przyjęty został praktycznie bez dyskusji o jego sensie. Toczyła się ona tylko na łamach pism specjalistycznych, czasem na stronach publicystycznych w gazetach, a głównie w Internecie. Na czołówkach doniesień prasowych, w newsach radiowych i telewizyjnych nie istniała natomiast wcale.
To nie znaczy, że temat przemilczano. O, nie – hałasu było dużo, ale o kwestie trzeciorzędne. Zwolennicy ustawy powtarzali: „tak robi cała Europa" oraz: „to pomoże wyrównać szanse edukacyjne". Przeciwnicy zaś: „to zły moment, jest kryzys, szkoły nie są przygotowane". [srodtytul]Po cichu [/srodtytul] Czy musimy naśladować Europę? Niekoniecznie, zwłaszcza w tej kwestii. Wszak w kilku krajach Europy Zachodniej eksperci biją dziś na alarm w związku z upadkiem oświaty. Czy zaś przymus szkolny wyrówna szanse? Tak, jeśli można zadekretować dobrobyt. Nie, jeśli się zgodzimy, że na wsi potrzeba wielu nowych przedszkoli, może i szkół, oraz kadry, kadry, kadry. Herbata nie jest słodsza od samego mieszania, a od siedzenia w ławce szkolnej dziecko mądrzejsze nie będzie. Argumenty przeciw ustawie nie wymagają komentarza, gdyż nie są argumentami przeciw obniżeniu wieku obowiązku szkolnego. Przeciwnie, dwie jedyne realne siły polityczne przeciwne nowelizacji – prezydent i PiS – niezmiennie głoszą, że „docelowo" też są za obniżeniem tego wieku. Tyle że nie w tej chwili, nie w ten sposób, nie na warunkach rządzącej Platformy. To już niemal pełny obraz „publicznej debaty". Chociaż, gdy pogrzebać nieco głębiej, można znaleźć słowa ministra Michała Boniego, który jesienią mówił „Gazecie Wyborczej": „(...) Sześciolatki muszą iść do szkół. Bo chodzi również o to, żeby wcześniej kończyły edukację. To element polityki rynku pracy, bez tego nie będzie miał kto zarabiać na nasze emerytury". Ha, to argument mocny. Ale czy poważny? Wątpię. Od kilkunastu lat wszystkie kolejne rządy boją się nawet wnieść do Sejmu projekt podwyższenia wieku emerytalnego. Wszyscy wiedzą, że to niezbędne – ale związki zawodowe, ale wybory za pasem... I oto jest sposób, by tylnymi drzwiami, po cichu, wprowadzić na rynek pracy dodatkowy rocznik – bez rozmów w Komisji Trójstronnej, bez ryzyka demonstracji na ulicach. System emerytalny ratować trzeba, ale sposób, jaki znaleźli na to polscy politycy, jest przejawem tchórzostwa i hipokryzji. Oraz oczywiście i tak nie wystarczy. [srodtytul]Niestrawna potrawa [/srodtytul] Oto smutny obraz polskiej polityki i – częściowo – także mediów. Uchwalona zostaje ustawa, o której w mediach hałasu jest mnóstwo, ale w ogóle nie pada pytanie, po co te zmiany. Że o odpowiedzi na to pytanie nie wspomnę. Czy tylko media są winne? Nie, bo politycy nie zrobili nic, by tę publiczną debatę pogłębić. Owszem, o sprawach istotnych rozmawiali w sejmowych i senackich komisjach. Sami wiedzą jednak najlepiej, że dziennikarze tam niemal nigdy nie zaglądają. Już zaś w debatach plenarnych obu izb mówcy ograniczali się do sloganów, które wygłaszali też w kuluarach do kamer i mikrofonów. I tak koło się zamknęło: media nie gniotły, a politykom w to graj. Nie jestem fachowcem od oświaty. Piszę te słowa z pozycji rodzica i obserwatora życia politycznego, konsumenta mediów. Z tej perspektywy serwowana mi potrawa jest najzupełniej niestrawna. A przecież istnieją poważnie brzmiące argumenty – za i przeciw obniżeniu wieku obowiązku szkolnego. Czasem tu i ówdzie słychać, że dzieci posłane do szkół wcześniej uczą się lepiej, lepiej radzą sobie w pracy i na rynku pracy, rzadziej ulegają patologiom... Skąd to wiadomo? Podobno z badań naukowych. Mowa jednak o badaniach na ludziach, których – inaczej niż szczury – nie można zamknąć w klatkach. Badane dzieci mają rodziny, żyją wśród kolegów. Podlegają setkom czynników materialnych i kulturowych. Nie da się wyodrębnić wpływu jednego czynnika na rozwój dzieci, bo nie da się znaleźć pary dzieci, z których jedno zacznie naukę wcześniej, drugie – rok później, a poza tym całe ich życie będzie identyczne. Na oświacie znam się słabo, ale na statystyce – troszeczkę. Jestem świadom, że wchodzę w materię trudną, słabo znaną nie tylko widzom, słuchaczom i czytelnikom, ale także naukowcom ze wszystkich dziedzin poza statystyką. Ci bowiem, powodowani chęcią poznawania świata, chcą mierzyć zjawiska. Nie chcą słyszeć, że czasem się nie da. Bo nie chce też tego słyszeć opinia publiczna, która domaga się wyjaśnień, dlaczego świat jest taki a nie inny. [srodtytul]Oczekiwany efekt badań [/srodtytul] Często słyszę, że ten czy inny poseł zgłupiał od ciągłego siedzenia w Sejmie. „Zgłupiał" – to kwestia względna, ale nadająca się do dyskusji. Przyczyn zmian w mózgu posła ustalić się natomiast nie da. Może zaszkodziła mu atmosfera w Sejmie, a może kłopoty rodzinne. Może źle sypia w sejmowym hotelu, a może nie służy mu warszawski klimat. Nie ma takiego statystyka, który powie, że to się da sprawdzić. Ale zapewne znajdzie się taki psycholog, socjolog czy politolog. Dość żartów z poważnej materii. Wartość badań w interesującej nas kwestii edukacji dzieci poddałem też wyrywkowej weryfikacji, korzystając z pomocy mojej matki prof. Elżbiety Pleszczyńskiej, która zjadła zęby na budowaniu modeli statystycznych. Czyli na opisywaniu rzeczywistości parametrami, które można mierzyć i porównywać. Poprosiłem ją o opinię o jednej ze sztandarowych prac w tej dziedzinie – prof. Jamesa J. Heckmana z Uniwersytetu w Chicago, zresztą laureata Nagrody Nobla – o wpływie wczesnej edukacji na dzieci ze środowisk zagrożonych patologią. Zgodę na udział dziecka w eksperymencie wcześniejszej edukacji wyrazić musiała głowa rodziny. Oto konkluzja opinii mojej matki: „Rodziny, których głowa wyraziła zgodę, to rodziny chcące uzyskać pomoc, a więc raczej otwarte, niepowiązane mafijnie, nieuczestniczące aktualnie w działalności przestępczej, niestosujące przemocy wobec dzieci, nieobawiające się ujawnienia konkubentów samotnego rodzica i, co najważniejsze, jakoś tam doceniające znaczenie edukacji. Można przypuszczać, że są to rodziny rokujące znacznie lepiej niż te, które odesłały emisariuszy organizatorów badań z kwitkiem. W tej lepiej rokującej części populacji ryzyka z góry można się spodziewać lepszych wyników badań, gdyż każda pomoc, w tym wczesna edukacja dzieci, będzie przynosić lepsze rezultaty". Innymi słowy laureat Nobla wykonał wieloletnie badania, które... musiały przynieść oczekiwany efekt. I przyniosły. Od pięciu lat są licznie cytowane na całym świecie, bo autorytet autora jest ogromny. Ba, dorobił się on nawet opinii pioniera nowych metod statystycznych – choć jest ekonomistą. Nie śmiem nawet sugerować, że powodowała nim zła wola, ale obawiam się, że o statystyce ma wciąż dość mgliste pojęcie. Chce bowiem wierzyć, że to, co bada, da się zbadać. [srodtytul]Nie zabraniać, nie nakazywać [/srodtytul] Co mogę przeciwstawić tym badaniom i tym autorytetom? Niewiele. Na pewno nie powołam się na wyniki żadnych naukowych badań dowodzących, iż wczesna edukacja jest szkodliwa. Na szali stawiam, po pierwsze, moje doświadczenie ojca dwójki dzieci, które chyba nie żałują i żałować nie będą, że do szkoły poszły w wieku lat siedmiu. Po drugie przekonanie, że szkoła jest symbolicznym końcem beztroskiej części dzieciństwa i nie warto tej części skracać. Po trzecie pewność, że każdy rok przedszkolnej swobody, możliwości częstych wyjazdów z dziećmi w dowolnych terminach, a nie tylko w ferie, to rok bezcenny i dla mnie, i dla nich. Przede wszystkim jednak podkreślam, że ani ja, ani żaden znany mi przeciwnik obniżania wieku szkolnego nie oczekujemy, iż państwo zabroni posyłania sześciolatków do szkół. Jesteśmy tylko przeciwnikami wprowadzania takiego przymusu. [ramka]Autor jest blogerem Salonu24 i dziennikarzem. Pracował dla TVP, „Gazety Wyborczej", „Expressu Wieczornego", współpracował z „The Daily Telegraph" i BBC. Publikował także w tygodnikach „Wprost" i „Polityka"[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL