fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Estonia: witajcie w ciężkich czasach

Kryzys w Estonii ma takie same przyczyny jak na Litwie i Łotwie – szybki wzrost gospodarczy napędzany przez konsumpcję na kredyt spowodował przegrzanie gospodarki. A jednak półtoramilionowa Estonia ma największe szanse wyjść z niego obronną ręką
Reporter
Porównania z Łotwą stały się tu rodzajem narodowej terapii.– Oni mają Rygę, zwaną Paryżem północy. My oszczędnościna ciężkie czasy – mówią w Tallinie
Wielki szok. Przyzwyczailiśmy się, że jesteśmy najlepsi. Byliśmy prymusem w szkole gospodarki rynkowej. Chwaliła nas sama Margaret Thatcher. Upadek z takiej wysokości boli – mówi „Rz” Jaan Kaplinski, najwybitniejszy estoński poeta, wymieniany jako kandydat do literackiej Nagrody Nobla. I dodaje: – Całe szczęście, że intuicja mnie nie zawiodła. W samą porę sprzedałem wszystkie akcje estońskich przedsiębiorstw.
[wyimek]Estończycy lubią myśleć, że są lepsi od swych większych bałtyckich sąsiadów. – U nas problemów nie rozwiązuje sięna ulicach – podkreślają[/wyimek]
W trudnych chwilach Estończycy znajdują jednak pocieszenie. Inne państwa bałtyckie kryzys uderzył mocniej.
– Kiedy Estonia zaoferowała Łotwie pożyczki w wysokości 100 mln euro, wszyscy dobrze wiedzieli, że nie chodzi o to, by pomóc. Po prostu lubimy utrzeć Łotyszom nosa – przyznaje jeden z estońskich dziennikarzy.
Nigdy jeszcze w miejscowej prasie nie pisano tak dużo o Łotwie. Katastroficzne historie o finansowym krachu sąsiada nie schodzą z łam gazet.
– To rodzaj narodowej terapii. Unikamy w ten sposób zmierzenia się z naszą rzeczywistością i poprawiamy nadwątloną samoocenę – mówi psycholog prof. Voldemar Kolga.
Nie ulega wątpliwości, że Estonia jest w lepszej sytuacji niż Łotwa również dlatego, że wypracowała rezerwy finansowe, sięgające 10 procent PKB.
– Mamy miękką poduszkę, na której na razie lądujemy. Oczywiście, te pieniądze już topnieją i nie starczyłoby nam na długo, gdyby nie było radykalnych cięć w budżecie. W każdym razie zabezpieczyliśmy się, odkładając na czarną godzinę – mówi Irije Rank, dziennikarka z najpoważniejszej gazety biznesowej „Aripaev”.
Opowieści o rezerwie finansowej – od której zaczyna rozmowę większość analityków – mają oprócz wymiaru praktycznego również symboliczny. Bo chociaż Estończycy raczej nie powiedzą tego wprost, to uważają, że historia kryzysu w tej części Europy ma swój morał. Co z tego, że Ryga to „Paryż państw bałtyckich” i wielu zachwyca się jej elegancją i blichtrem? Tallin nie ma luksusowych butików, w sklepach Starego Miasta nie sprzedaje się francuskich kreacji, lecz grube skarpety i robione na drutach swetry. Ale to Estończycy wykazali się cnotą oszczędności. Rozrzutni Łotysze – którzy zarazili się noworyszostwem od nowych Rosjan – zostali ukarani. Musieli zwrócić się o pożyczkę do Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
[srodtytul]Brzydkie słowa[/srodtytul]
Narzekanie na ciężkie czasy, historie z życia emerytów, których nie stać na opłaty komunalne i lekarstwa, czy wreszcie zjadliwa krytyka antykryzysowych posunięć rządu to specjalność wychodzących w Estonii gazet w języku rosyjskim przeznaczonych dla miejscowych Rosjan. Znacznie bardziej powściągliwie rzeczywistość opisują media estońskie.
– Proszę nie oczekiwać, że Estończyk będzie podważał słuszność ekonomicznych decyzji państwa czy też popadał w malkontenctwo. Nikt nie chce, by zarzucano mu, że coś knuje przeciw rządowi i żeruje na naszym nieszczęściu. Takie zachowanie określa się słowem „ilkuma” – uprzedza mnie jeden z estońskich intelektualistów.
Ale jest jeszcze brzydsze słowo niż „ilkuma”. Brzmi ono „dewaluacja”.
Eksperci światowi doradzają Estonii dewaluację korony, której rzeczywista wartość zmalała już dawno. – To niemożliwe – mówią stanowczo władze estońskie.
– Nie możemy panikować i spekulować na temat dewaluacji, bo jest to nieodpowiedzialne. Igra się w ten sposób z naszą wiarygodnością i przeraża ludzi – oświadczył prezydent Toomas Hendrik Ilves.
Korona estońska jest ściśle związana z euro. W konstytucji zapisano, że jej dewaluacja możliwa jest tylko za zgodą parlamentu i po bardzo przewlekłych procedurach przewidujących trzykrotne czytanie projektu. Na to nikt nie ma ochoty.
Kiedy rozmawia się z ekspertami estońskimi, trudno oprzeć się wrażeniu, że dewaluacja jest rodzajem tabu, którego rozstrząsanie jest nieprzyzwoite. W najbardziej laickim społeczeństwie Europy – w Estonii aż trzy czwarte ludności to ateiści – gospodarka przejęła rolę religii. Istnieją dogmaty, których podważanie jest herezją. Usunięcie jednej cegiełki – na przykład zasady, że korony się nie dewaluuje – może spowodować katastrofę całego gmachu – mówią mi złowieszczo miejscowi analitycy.
A na samym końcu wiernych wyznawców nowoczesnej gospodarki czeka raj, czyli wejście do strefy euro.
– Już od dawna wiemy, gdzie będziemy drukować banknoty euro. W Helsinkach. Nawet dzieci wiedzą, co będzie na naszych monetach. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Pozostaje tylko jeden detal: kiedy uda się nam spełnić kryteria z Maastricht – mówi estoński naukowiec.
[srodtytul]Jeść obierki czy kawior[/srodtytul]
– Poradziliśmy sobie w Estonii z dwoma ciężkimi kryzysami, przeżyjemy i ten – oświadczył we wtorek w telewizji Mart Laar, niegdyś pierwszy premier odrodzonej Estonii (teraz się o nim znowu mówi jako o szefie rządu na trudne czasy). Estończycy zachodzą w głowę, co miał na myśli – oczywisty wydaje się im tylko jeden kryzys, z początku lat 90., gdy ich kraj przeprowadzał reformy gospodarcze.
– Przeczytałem niewiele ekonomicznych książek, zainteresował mnie Milton Friedman. Reformy według jego recepty się udawały. Według innych zasad – nie, mówił mi wtedy Mart Laar, z wykształcenia historyk, wyjaśniając, dlaczego zdecydował się na terapię szokową.
Jednak sytuacja Estonii była specyficzna. Wyrywając się z postradzieckiej rzeczywistości, Estończycy gotowi byli na wszelkie poświęcenia.
– Będziemy jeść obierki – tak wtedy mówiliśmy. Nadal lubimy o sobie myśleć jak o twardym, chłopskim i nieprzywykłym do luksusów społeczeństwie. Ale to już raczej taki nasz image na użytek zagranicy niż rzeczywistość. Bo ostatnio z dużym zaangażowaniem zajęliśmy się konsumpcją i dobrze nam to szło – uśmiecha się Voldemar Kolga.
– Należę do ostatniego pokolenia Estończyków wyznającego pewne tradycyjne wartości. Najważniejszy jest dla nas kontakt z przyrodą. Nasi synowie to już mieszczanie – mówi poeta Jaan Kaplinski, mieszkający w domu w leśnej głuszy, wyremontowanym właśnie za pieniądze ze sprzedanych akcji.
Ale chociaż Estończycy nie są już tym spartańskim narodem, jakim byli jeszcze niedawno, zaakceptowali ostre cięcia zaordynowane przez rząd. Pracownicy sektora państwowego mają stracić 10 procent pensji. Jedynym problemem wydaje się to, że obniżki dotkną nauczycieli. Nie zgadza się na to jedna z rządzących w koalicji partii.
– W Estonii zawsze szanowało się naukę. W carskim imperium byliśmy chlubnym wyjątkiem – prawie nie było u nas analfabetów, bo każdy, zawierając ślub, musiał udowodnić, że umie czytać Biblię. Dlatego nauczyciele są poważani – mówi dziennikarz Josef Kats. – Jeśli zabiera się im pensję, to znaczy, że sytuacja jest poważna.
Łyżkę dziegciu do beczki zachwytów nad zdyscyplinowaną postawą Estończyków dodają miejscowi Rosjanie, tradycyjne dostrzegający czarne strony tamtejszej rzeczywistości. Na rosyjskiej wersji najpopularniejszego portalu Delfi pojawił się wykaz rachunków, jakie już w czasie kryzysu przedstawili kancelarii parlamentu posłowie. „Spotkania z wyborcami”, bo tak opisane są rachunki, odbywają się najczęściej w luksusowych restauracjach i nocnych klubach. Moją uwagę przykuł wyjątkowo długi spis, zaczynający się pozycją „obiad z gościem: 9000 koron (600 euro)”, przedstawiony przez polityka, który podczas wizyty w Polsce w wywiadzie dla „Rz” prezentował się jako wyznawca kultu pracy i etosu luteranina.
[srodtytul]Kultura spokoju[/srodtytul]
– Kultura polityczna w Estonii jest inna niż na Łotwie czy Litwie. Nie mówię o temperamencie, bo to nie jest kategoria zbyt naukowa. Chodzi o sposób reagowania w sytuacjach kryzysowych. U nas problemów nie rozwiązuje się na ulicy, rzucając kamieniami w parlament – przekonuje Andres Kasekamp, dyrektor Estońskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Estończycy lubią myśleć, że są lepsi od swych większych bałtyckich sąsiadów. Nie urządzają burd, nie atakują policjantów, nie wywracają samochodów. Z niespecjalnie ukrywaną wyższością podkreślają, że nie do pomyślenia są u nich zamieszki, jakie niedawno zdarzyły się w Rydze i Wilnie. Nawet niepodległość Estończycy odzyskali przecież spokojnie, bez przelewu krwi, co też zapisują sobie na plus.
Patrząc chłodnym okiem, trudno nie dostrzec, że kryzys w Estonii ma takie same przyczyny jak w całej Nadbałtyce – szybki wzrost gospodarczy napędzany przez konsumpcję kredytowaną przez banki spowodował przegrzanie gospodarki. A jednak półtoramilionowa Estonia ma największe szanse wyjść z niego obronną ręką. Nie tylko dlatego, że ma rezerwy i nie musiała się jak Łotwa zwrócić do MFW. – Rób, co do ciebie należy, a miłość sama przyjdzie. Tak mówi nasz wielki pisarz Anton Hansen Tamsaare – słyszę od kilku moich rozmówców. I nikt w Tallinie wydaje się nie mieć wątpliwości, że w 2011 Estończycy dotrą wreszcie do ziemi obiecanej, czyli strefy euro.
[i]Pierwszy reportaż z cyklu „Kraje nad przepaścią” [link=http://www.rp.pl/artykul/258946.html]poświęcony Islandii[/link] ukazał się w „Rz” 5 lutego[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA