fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Płacimy zaległe rachunki

Rząd Tuska przez rok nie zajmował się na poważnie problemami bezpieczeństwa energetycznego. Czy teraz, gdy wybuchła rosyjsko-ukraińska wojna gazowa, premier zrozumie, że czas uśmiechów się skończył? – zastanawia się publicysta "Rzeczpospolitej"
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/01/07/igor-janke-placimy-zalegle-rachunki/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Dopóki wszystko toczy się dobrze, błędy i zaniechania popełniane przez rządzących nie są odczuwalne. Efekty widoczne są zwykle po dłuższym czasie. Ale kiedy przychodzi poważny kryzys, te skutki błędów widać, słychać i czuć natychmiast.
Dziś płacimy za to, czego politycy nie zrobili w ostatnich latach. Rachunek przyszedł bardzo szybko, dużo szybciej, niż by się ktokolwiek spodziewał.
[srodtytul]Jak to by było[/srodtytul]
Jeszcze rok, a nawet pół roku temu wszystko wyglądało pięknie. Polska miała duży wzrost gospodarczy, bezrobocie malało, zarobki pędziły w górę. Premier, ku zachwytowi narodu, uprawiał politykę miłości. Na bierność rządu narzekali tylko niektórzy komentatorzy, ale zarzucano im, że kierują nimi polityczne emocje i osobiste antypatie, a nie rzetelna ocena. Nawet bzdury wygadywane przez wiceministra gospodarki odpowiedzialnego za bezpieczeństwo energetyczne przechodziły niezauważone.
Kryzys finansowy, jego rozmaite konsekwencje, i wojna gazowa spadły na nas jak bardzo zimny i gwałtowny prysznic. Nagle zostaliśmy wszystkim zaskoczeni. Nagle politycy muszą się mocować z coraz bardziej dramatyczną rzeczywistością.
Pomyślmy przez chwilę, jak to wszystko mogłoby wyglądać, gdyby w Polsce politycy byli bardziej odpowiedzialni i racjonalni. Gdyby rząd Leszka Millera kontynuował dzieło Jerzego Buzka w sprawie dywersyfikacji dostaw energii, a następcy dopinaliby tylko kontrakty z Norwegami i uruchamiali już rurociąg z Odessy do Gdańska.
Jak by to było, gdyby rząd Kaczyńskiego podjął decyzję o budowie elektrowni atomowych, a ekipa Tuska pracowała nad tym dalej. Jak by to było, gdyby finanse publiczne zostały zreformowane, KRUS zlikwidowany, renty zweryfikowane. Jak by to było, gdyby Kancelaria Premiera była sprawnie działającym mechanizmem z dobrym zespołem analitycznym i ośrodkiem przewidującym zagrożenia, przed którymi staje państwo.
[srodtytul]Sprawy stoją w miejscu[/srodtytul]
Tak dużo? Chyba nie. Ale wyobraźmy sobie – gdyby dokonano tych kilku reform, o ile sprawniej dzisiaj Polska mierzyłaby się ze światowym kryzysem finansowym i ukraińsko-rosyjsko wojną gazową.
Ale Leszek Miller nie tylko nie zrobił nic w kwestii bezpieczeństwa energetycznego Polski, ale zatrzymał bieg zdarzeń. Za zerwanie rozmów z Norwegami płacimy i płacić będziemy wysoką cenę.
Zasługą prezydenta Lecha Kaczyńskiego i rządu jego brata jest to, że uznali kwestię bezpieczeństwa energetycznego za jeden z priorytetów, choć przyznać też trzeba – namacalnych skutków ich działalności jeszcze nie widać.
Zwłaszcza że od kiedy nastał rząd Platformy – z przyczyn dla wszystkich oczywistych – oba ośrodki władzy nie koordynują swoich działań, a wręcz patrzą na siebie z wielką podejrzliwością. I sprawy stoją w miejscu.
Trudno było się spodziewać, że za budowę elektrowni atomowych weźmie się SLD, ale to, że tej sprawy nawet nie tknął lider PiS, jest już poważnym obciążeniem. Premier Kaczyński wspomniał o konieczności rozważenia budowy elektrowni jądrowych raz, ale poza tę jedną deklarację nigdy nie wyszedł.
Obecny rząd, po półtora roku działania, uznał, że coś w tej sprawie powinien zrobić. To dobrze. Ale dlaczego tak późno?
[srodtytul]Nie ma zagrożenia [/srodtytul]
Przez pierwszy rok ekipa PO – PSL niestety nie miała czasu ani ochoty, by porządnie się zająć sprawą energii. Dopiero w październiku ubiegłego roku premier Tusk zatrudnił eksperta w tej sprawie – Macieja Woźniaka – na stanowisku głównego doradcy do spraw bezpieczeństwa energetycznego.
To jeden z niewielu przykładów, kiedy obecna ekipa sięgnęła po człowieka, który miał coś wspólnego z poprzednikami. Bo Woźniak pracował wcześniej dla rządu PiS – u Piotra Naimskiego.
Jednak wcześniej przez rok rząd nie miał nikogo, kto by się zajmował na poważnie sprawami bezpieczeństwa energetycznego. Bo trudno za taką osobę uważać zatrudnionego jako wiceministra w resorcie gospodarki działacza PSL Eugeniusza Postolskiego, który kategorycznie twierdził, że "w polityce energetycznej prowadzonej przez Rosję nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa energetycznego Polski" (12 grudnia 2007, podczas debaty w "Rzeczpospolitej"). Do dziś ta – jakże niezwykła – wypowiedź wisi dumnie na stronie internetowej Ministerstwa Gospodarki.
Wśród osiągnięć Postolskiego wymienia się też wizytę na Międzynarodowym Forum Energetycznym w Rzymie, podczas którego miał się spotkać z ministrem arabskiego kraju, aby omówić kwestię dostaw gazu do gazoportu budowanego w Świnoujściu. Wiceminister jednak na rozmowę nie dotarł. Jak doniósł tygodnik "Wprost", odnaleziono go po kilku godzinach, ale "nie był w stanie prowadzić żadnych rozmów" . Dwa dni później został – dzięki Bogu – zwolniony.
Przez pół roku nie można było jednak znaleźć nikogo na jego miejsce. A dopiero po roku działalności rządu podjęto decyzję o kontynuacji budowy gazoportu w Świnoujściu.
[srodtytul]W akademiku i na wakacjach [/srodtytul]
Mówiąc krótko – mamy rok w plecy. A dziś dzięki polityce energetycznej Rosji gazu brakuje już pierwszym wielkim polskim przedsiębiorstwom. I sytuacja wygląda coraz poważniej.
Polityka miłości jest fajna w akademiku i na wakacjach. Ale rządzenie krajem wymaga prowadzenia realnej polityki, co czasem powoduje wchodzenie w poważne konflikty, które nie zawsze są opłacalne.
Donald Tusk dziś już zapewne wie, że czas uśmiechów się skończył. Problemy rosną z godziny na godzinę, a nikt nie powiedział, że wszystko, co najgorsze, mamy już za sobą.
Kryzys rosyjskiego budżetu może skutkować jeszcze wieloma groźnymi konsekwencjami. Polityka znów odzyskuje swoją treść i smak – ale to wielkie wyzwanie dla rządzących. I wielki sprawdzian.
Wiele jeszcze można nadrobić. Pod warunkiem wszakże, iż rząd Tuska mocno przyciśnie pedał – nomen omen – gazu. Trzeba się wziąć za kilka spraw jednocześnie. I za gazoport, i za gazociąg biegnący na północ. I za odnawialne źródła energii w kraju, i za wielki projekt produkcji gazu z węgla. I za elektrownie atomowe, i za negocjacje w Unii Europejskiej o solidarności energetycznej. To trzeba zrobić właśnie teraz – za prezydencji czeskiej.
Trzeba robić to wszystko jednocześnie. Bo kolejne działania Moskwy mogą się okazać jeszcze bardziej groźne.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA