fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Coraz więcej przyjaciół Rosji

Nicolas Sarkozy w obecności prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa zaapelował do Baracka Obamy, żeby zrezygnował z tarczy. Zdjęcie ze szczytu UE-Rosja w Nicei w listopadzie 2008 r.
AP
Jeszcze pół roku temu wystąpienie Nicolasa Sarkozy'ego w Nicei, gdzie położył przed Rosją na stole Gruzję i tarczę antyrakietową, byłoby niemożliwe
Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/blog/2008/11/16/tomasz-wroblewski-coraz-wiecej-przyjaciol-rosji/" "target=_blank]blog.rp.pl[/link]
Piątego dnia rozmów w Jałcie było jasne, że Polska została stracona. Churchill próbował jeszcze ratować resztki dawnej mapy Europy. Chciał utrzymać Lwów w granicach Polski. Ale Roosevelt myślami był gdzie indziej. Niewiele życia mu zostało i ONZ miał być nieśmiertelnym świadectwem jego wielkości. Zbył prośby o Lwów, żeby samemu prosić Stalina o inny rozkład głosów w przyszłej radzie bezpieczeństwa. Bał się, że Kongres nie ratyfikuje traktatu dającego ZSRR wyraźną przewagę. Chodziło o dwa głosy. Tyle kosztował Lwów.
Niewielu już to pamięta. Ripostę doradców Baracka Obamy na przechwałki ministra Kownackiego też pewnie szybko zapomnimy. Ot, jeszcze jeden nierozsądny minister w kancelarii Lecha Kaczyńskiego chlapnął kilka słów za dużo o rzekomych gwarancjach amerykańskiego prezydenta elekta w sprawie tarczy antyrakietowej. Dało to polskim mediom okazję do kilku szyderstw z Kaczyńskiego, a ministrowi spraw zagranicznych szansę na jeszcze jedną szpilę. Radosław Sikorski ubolewał nad brakiem profesjonalizmu prezydenckich doradców i nad tym, że musiał się tłumaczyć w Waszyngtonie.
[srodtytul]Wizja Rosji[/srodtytul]
Wszystkim zrobiło się wstyd. I tak bardzo głupio, że nikt już nie zadał pytania, jak mamy rozumieć ripostę prezydenta elekta. Pal licho dyplomatyczny zgrzyt. Ważniejsze, że przywódca wolnego świata, nasz największy sojusznik kilka dni po ultimatum prezydenta Rosji i groźbie wycelowania w Polskę rakiet nuklearnych podaje w wątpliwość trwałość naszych dwustronnych umów obronnych. Nikt nie pisnął. Poszło gładko. Tak gładko, że tydzień później prezydent Francji Nicolas Sarkozy w obecności prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa zaapelował do Baracka Obamy, żeby – już oficjalnie – zrezygnował z tarczy. Polska przemilczała tę nagłą eskalację oświadczeń, zdając się na Amerykanów. Pytanie tylko – których? Busha czy Obamę?
Cichy głos protestu usłyszeliśmy z Pragi. Były prezydent Vaclav Havel dorzucił: "W 1938 roku Francja też chciała zaspokoić roszczenia Niemiec i pamiętamy, jak to się skończyło".
Zachodni przywódcy i doradcy Obamy zapewniają, że wszelkie analogie do Jałty czy oddawania Niemcom Sudetów są nieuprawnione. Kanclerz Niemiec Angela Merkel, która najmocniej parła do porozumienia z Rosją i wznowienia rozmów strategicznych, dodaje, że "Europa nigdy nie będzie się już kierować logiką z tamtej epoki".
No cóż, dobrze, że wszyscy przynajmniej wiemy, czym to pachnie. Wybitny brytyjski politolog i ekonomista prof. Robert Skidelsky nazywa dzisiejszą Rosję najbardziej rewizjonistyczną siłą współczesnego świata. Z tą opinią też nikt specjalnie nie dyskutuje.
Miedwiediew otwarcie mówi o konieczności zaprowadzenia nowego porządku europejskiego. Rosja znowu ma wizję, cel i – najwyraźniej – mapę dalszych działań. Po zachodniej stronie mamy mieszankę politycznego roztrzepania, gonitwy ambicji i lekceważenia przeciwnika. Nie istnieje coś takiego jak nowa europejska strategia wobec Rosji. Są tylko matryce postzimnowojennego postępowania.
Wsparcie dla członkostwa Rosji w WTO za obietnice demokratyzacji. Rozmowy handlowe za obietnice wycofania się z Gruzji. Europejski szczyt strategiczny za jasne zasady dostaw ropy i gazu. Rezygnacja z tarczy rakietowej za niestraszenie Polski i Czech.
Metoda kija i marchewki sprawdziła się w przypadku państw dawnego sowieckiego bloku. Za każdy krok w stronę zachodniej demokracji otrzymywaliśmy nagrody. Restrukturyzacja długów, szkolenia dla samorządów, kredyty inwestycyjne, szybka ścieżka do Światowej Organizacji Handlu. Po sukcesach Polski, Czech i Węgier przyszła kolej na Bułgarię, Rumunię, a z czasem przyjdzie na kraje dalszego Wschodu: Gruzję, Ukrainę, Azerbejdżan, Kazachstan.
Niby gra ta sama, ale jak z wyrywaniem psu kości. Władimir Putin w jednym z wywiadów dla włoskiej prasy powiedział wręcz, że gdzie jak gdzie, ale na Ukrainie Kreml nie widzi odrębnego narodu.
[srodtytul]Kreml w garści [/srodtytul]
Rosyjscy przywódcy, początkowo szydzący z westernizacji Europy Środkowej, na widok przeobrażeń w Gruzji, na Ukrainie i w Azerbejdżanie stracili pewność siebie. System okazał się skuteczny. Rosja się bała, że bezpowrotnie straci swoje historyczne strefy wpływów. Na oczach Putina Amerykanie i ich europejscy sojusznicy wkroczyli z demokracją do Kosowa. Upokorzyli prorosyjską Serbię. Zarzucili Putinowi ludobójstwo w Czeczenii, zbroili Gruzję, w dawnych republikach nadbałtyckich budowali porty i lotniska dla swoich samolotów. Waszyngton przestał przestrzegać antybalistycznych porozumień rozbrojeniowych. Wszystko pod hasłem lepszego zabezpieczenia świata dla demokracji. W jednym z wywiadów prezydent George W. Bush oświadczył, że Zachód nigdy nie miał tak dobrych relacji z Rosją. Powinien pewnie powiedzieć: "Nigdy nie mieliśmy ich w garści tak jak dziś".
To było 6 września 2001 roku. Pięć dni później świat zmienił się nie do poznania. Atak na World Trade Center, a po nim amerykańska interwencja w Afganistanie i Iraku wymagały nowych baz, sprzymierzeńców i wsparcia rosyjskiego wywiadu. Ameryka z mocarstwa rozdającego karty stała się mocarstwem na kredyt.
[srodtytul]Putin wchodzi do gry[/srodtytul]
W ciągu roku Rosja liczyła już dywidendy. Bush zgodził się podpisać kolejną transzę umowy rozbrojeniowej. Wyciszył krytykę zbrodni w Czeczenii. Rosja została formalnym członkiem G 8 i mogła liczyć na członkostwo w Światowej Organizacji Handlu. Putin przestał być uczniakiem, stał się partnerem. W grudniu 2002 roku Henry Kissinger w tekście dla "Washington Post" powrócił do swojego ulubionego terminu "moralnego konsensusu". To stan, w którym mocarstwa w imię nadrzędnych interesów strategicznych nie oskarżają się nawzajem.
Nagle czeczeńscy bojownicy o wolność stali się muzułmańskimi terrorystami. Rosyjskie wojska okupacyjne w Abchazji – siłami pokojowymi. Prześladowania opozycji – specyfiką rosyjskiej demokracji.
Profesor Stephen Sestanovich, doradca Ronalda Reagana i później Madeleine Albright, twierdzi, że zmiana nastawienia do Rosji po 11 września zmieniła też optykę Putina. Rosjanie uwierzyli, że mogą współdecydować o losach świata. Spodobało się im, że Bush prosił Putina i dziękował mu, że Silvio Berlusconi mówił o "historycznym zrozumieniu".
Na to nałożył się gwałtowny wzrost cen energii i niebotyczne wpływy do budżetu państwa. "Przyszedł czas odbudowy" – napisał redaktor naczelny "Foreign Policy" Nikolas Gvosdev.
W kwietniu 2008 Putin oświadczył, że dalsze rozszerzanie NATO zostanie uznane za zagrożenie dla bezpieczeństwa Rosji. Zaproponował europejską konferencję bezpieczeństwa. Dość patrzenia, jak kraj za krajem ucieka Moskwie spod kontroli. Rosja chciała podziału Europy na strefy wpływów. Konferencji na wzór porozumień helsińskich z lat 70. Nawet jeżeli Moskwa zostałaby zmuszona do jakichś koncesji, np. dotyczących praw człowieka, to w zamian otrzymałaby gwarancje wpływów w regionie. Chciała formalnego uznania Wspólnoty Niepodległych Państw jako integralnego tworu reprezentowanego przez Kreml. Wycofania się z tarczy rakietowej i zatrzymania pełzania NATO na Wschód.
[srodtytul]Krótki szok po Gruzji[/srodtytul]
Waszyngton i Bruksela nie potraktowały pomysłu poważnie. 8 sierpnia rosyjskie wojska wkroczyły do Gruzji. Szok, wspólczucie ofiarom "nowego rosyjskiego imperializmu" na chwilę zdominowały zachodnie media, a nawet amerykańską kampanię wyborczą. W Tbilisi lądowali wszyscy – od Lecha Kaczyńskiego po Dicka Cheneya i Nicolasa Sarkozy'ego. Wydawało się, że Ukraina i Gruzja zaraz wkroczą do NATO po czerwonym dywanie. Za bezprecedensową demonstracją solidarności nie poszła jednak żadna nowa strategia względem Rosji.
Powrót do "normalności" trwał trochę dłużej niż po aresztowaniu Michaiła Chodorkowskiego, ale w końcu i o tym zapomniano. Z ust zachodnich polityków padały stare argumenty: Rosja jest tak ważna, że trzeba się jakoś dogadać. Ta sama retoryka co po inwazji na Węgry w roku 1956 czy po praskiej wiośnie w roku 1968. Oskarżenia przeplatały się z deklaracjami współpracy. "Nie możemy zapominać o nadrzędnych interesach Europy – mówiła w Moskwie kanclerz Merkel. – Musimy współpracować na wielu polach". Chodziło o dostawy energii, terroryzm, Iran.
[srodtytul]Powrót pożytecznych idiotów[/srodtytul]
W przywracaniu "normalności" Rosja znalazła dawno zapomnianego sojusznika – pożytecznych leninowskich idiotów. 6 listopada w "New York Times" pojawił się tekst o dowodach na to, że to Gruzja była agresorem i mordowała ludność cywilną. 8 listopada telewizja BBC doniosła, że OBWE przestrzegało władze Gruzji przed konfliktem, ale te nie posłuchały. Następnego dnia "Boston Globe" wyraził opinię, że Ameryka nie powinna narażać dobrych relacji z Rosją w imię niekontrolującego swoich reakcji Saakaszwilego.
Ten sam dziennik tydzień temu pisał: "Kiedy Obama obejmie urząd, będzie musiał odbudować stosunki amerykańsko rosyjskie i odwołać plan rozmieszczenia wadliwego systemu obrony antyrakietowej w Europie Środkowej". I "położyć kres forsowaniu przez USA szybkiego rozszerzenia NATO o Ukrainę i Gruzję oraz wziąć pod uwagę rosyjskie poglądy na takie sprawy, jak niepodległość Kosowa". W zamian – czytamy – Obama może domagać się od Rosji współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego, programu nuklearnego Iranu oraz terroryzmu.
Rozkoszna jest ta naiwna wiara, że Rosja w zamian za ustępstwa w Gruzji czy na Ukrainie może pomóc Zachodowi w Iranie. To dlaczego dotychczas nic nie zrobiła? Tak jak nic nie zrobiła, żeby rozładować konflikt w Iraku za czasów Saddama Husajna.
"Chicago Tribune" poszła najdalej i zadała pytanie, czy USA opłaca się narażać stosunki z Moskwą przez dotrzymanie porozumienia z Polską o tarczy.
Bardziej niż absurdalność tych wywodów uderza ich jednomyślność i zbieżność w czasie. Skoordynowane urabianie opinii publicznej, podsuwanie argumentów racjonalizujących ustępstwa wobec Rosji. Argumentów, które szybko znajdują ujście w mowach polityków. Może to też przypadek?
[srodtytul]Być albo nie być[/srodtytul]
Kanclerz Angela Merkel przed szczytem w Nicei wygłosiła płomienną mowę w imię szeroko zakrojonej współpracy. Była obok Sarkozy'ego pierwszym zachodnim przywódcą, który odwiedził Miedwiediewa po inwazji na Gruzję. Dla rządu Niemiec współpraca z Rosją jest kwestią być albo nie być, od czasu kiedy organizacje ekologiczne zmusiły parlament do rezygnacji z energii nuklearnej przed 2020 i zastąpienia węgla gazem. Moskwa zaspokaja 40 proc. zapotrzebowania Niemiec na gaz.
Przyszła administracja USA też ma ochotę na szybką normalizację. Choć bardziej niż rosyjskich zasobów energii czy negocjacji z Iranem Obama potrzebuje redukcji zbrojeń. Ambitny plan przebudowy gospodarki i systemu opieki socjalnej wymaga setek miliardów dolarów. Skąd brać te pieniądze jak nie z wydatków na zbrojenia? Niezależnie od tarczy antyrakietowej w najbliższym czasie wygasają dwa porozumienia o redukcji zasobów strategicznej broni nuklearnej. Obama na jednym ogniu "normalizacji" może upiec dwie pieczenie.
Jeżeli szukać podobieństw między recesją 1929 i 2008 roku, między Rooseveltem i Obamą, to warto odnotować, że jedną z pierwszych ofiar kryzysu w latach 30. była polityka zagraniczna Ameryki. Stany Zjednoczone nie tylko przestały się interesować Europą, ale także zrezygnowały z wpływów na dworze cesarza Japonii. Wystarczyło kilka lat nieuwagi, żeby Japonia się dozbroiła i przygotowała do ataku na Pearl Harbor.
[srodtytul]Tallin – Nicea[/srodtytul]
Jeszcze pół roku temu nie moglibyśmy wyobrazić sobie rosyjsko amerykańskich negocjacji na partnerskich zasadach. Niemożliwe byłoby też wystąpienie Sarkozy'ego w Nicei, gdzie nie tylko obiecał Rosjanom ich wymarzoną konferencję o partnerstwie strategicznym, ale też położył na stół Gruzję i tarczę antyrakietową.
Można oczywiście wiele zrzucić na karb kryzysu finansowego, ale przyznajmy Rosji, że konsekwentnie kierowała swoją polityką zagraniczną. Nieliczne głosy sprzeciwu w UE Niemcy i Francja szybko pacyfikują – a to porozumieniem klimatycznym, a to wsparciem starań o szybsze wejście do strefy euro.
Na szczycie w Nicei nie było przedstawiciela Busha. Sarkozy obiecuje zaprosić kogoś z amerykańskiej administracji na poszerzoną konferencję strategiczną. Kiedy? Oczywiście po objęciu rządów przez demokratów.
Gdy w Nicei nakrywano do stołu, do Tallina przyleciał sekretarz obrony Robert Gates. Dużo spotkań, dużo poklepywania po plecach i dodawania otuchy lekko przestraszonym przywódcom państw nadbałtyckich – nie tyle buńczuczną retoryką Moskwy, bo do tego przywykli, co reakcjami Sarkozy'ego i Obamy. Gates ma się znaleźć w gabinecie Obamy. Na dziś musi nam to wystarczyć.

[i]Autor przez 16 lat mieszkał w USA, gdzie był korespondentem polskich mediów. Były wiceprezes Polskapresse i redaktor naczelny tygodnika "Newsweek Polska" [/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA