fbTrack

Sztuka

Wystawa Zofii Stryjeńskiej

Zofia Stryjeńska, Fragment panneaux dekoracyjnych zdobiących pawilon polski na wystawie paryskiej w 1925, Muzeum Narodowe w Warszawie
Muzeum Narodowe w Krakowie
Nigdy dotąd dorobek Zofii Stryjeńskiej nie został zebrany - po raz pierwszy w retrospektywnej wystawie dokonało tego krakowskie Muzeum Narodowe. Z całego świata wypożyczono jej malarstwo, szkice, projekty wzornictwa. W sumie ponad pół tysiąca prac
Rodzinne miasto Zofii Stryjeńskiej wystawiło jej w Muzeum Narodowym pomnik retrospektywę. Pokaz porywa energią jak ludowe wesele. Paradne stroje, pradawne rytuały, taneczne pozy.
Wystawa Stryjeńskiej to tornado. Aranżacja oddaje charakter bohaterki: jest intensywna i dynamiczna. Ponad pół tysiąca eksponatów, a to nie wszystko, co po artystce zostało – zdrowy rozsądek i dobry gust nakazały kuratorowi Światosławowi Lenartowiczowi eliminację zebranego materiału. I tak miałam poczucie, że kręcę się na karuzeli powtarzanych motywów. Bo Stryjeńska, choć niezwykle płodna, wirowała po tematycznym kręgu. Religia, mit, słowiańszczyzna, naród. Efektowne figuralne sceny, stylizowane na "nowoczesność" pojmowaną jako uproszczenie formy, płaskość sylwet i brak światłocienia. Te same układy powtarzane w wersji wielkich panneaux, wzorów na porcelanę, kostiumów teatralnych, zabawek, kartek pocztowych i graficznych tek. Znakomite prace projektanckie i płyciutkie, wyprane z prywatności kompozycje malarskie.  
  W epicentrum dzieła, które przyniosły bohaterce europejski rozgłos i pięć nagród na Światowej Wystawie w Paryżu w 1925 roku. Polski pawilon, jego architekturę i wystrój, uznano za arcydzieło nowoczesności, dobrego smaku oraz narodowej specyfiki. Trudno o lepszą promocję dla państwa podnoszącego się z rozbiorowego niebytu. Wyróżniono wtedy wszystko, co nosiło sygnaturę "Stryjeńska": panneaux, zabawki, ilustracje, plakaty. Autorkę zaś udekorowano Legią Honorową. Nasz paryski pawilon w 1925 roku zdobił cykl "Dwunastu miesięcy". Malowidła – było ich sześć, po dwa miesiące na płótno – ukazywały wiejskie zajęcia typowe dla różnych sezonów. Dziś po tych pracach pozostała legenda, fotograficzna dokumentacja oraz… powycinane kawałki. Nie był to ze strony autorki gest destrukcji, lecz próba ratowania bodaj części kompozycji uszkodzonych w czasie II wojny. Ocalałe fragmenty pozwalają się przyjrzeć, przeanalizować sposób pracy artystki. Niewątpliwie miała dryg do rysowania. Umiała syntetyzować formy, jednocześnie uwydatniając charaktery i typy postaci. Gorzej z kolorystyką, niezbyt udatnie zharmonizowaną. No i szwankowała wizja całości, gdy brała się za monumentalne kompozycje. Horror vacui: ornamentyka tak bogata, że oko się gubi; ani skrawka pustego tła; postaci przeładowane detalami. Ale właśnie to cyzelowanie, "haftowanie" podobało się najszerszej publiczności. Udało się jej utrzymać na topie od sanacji do komunizmu; od odzyskania niepodległości do ponownego popadnięcia w zależność. Bo Stryjeńska nie wymagała od widza myślenia. Zdobiła, bawiła, tumaniła. Ku chwale odrodzonej ojczyzny i jej ludu. Kraj odwdzięczył się jej przydomkiem: księżniczka sztuki polskiej. Wydawało się, że jej sława powinna przekładać się na zarobki. Nic bardziej mylnego. Całe życie z trudem wiązała koniec z końcem. W dzieciństwie utożsamiałam ją z peerelowskim zdobnictwem. Wyskakiwała z pudełek czekoladek, pocztówek, okładek albumów ze zdjęciami. Potem zrozumiałam, że nie stało się tak z jej winy. Po prostu miała pecha inspirować się rodzimym folklorem.     Przegląd w krakowskim Muzeum Narodowym pozwolił mi spojrzeć na Stryjeńską z innej perspektywy. Zobaczyłam ją w całości. Dorobek zestawiłam z biografią. Zaskakujące wnioski: zmarnowany talent. Sława, która nie dawała satysfakcji. Nie pozwalała się rozwijać, poszukiwać nowych rozwiązań. W krakowskim Muzeum Narodowym z trudem przychodzi znaleźć obiekty czułe, osobiste, przeżyte. Za takie uważam… szachy i zabawki. Rzeźbiarskie miniatury z drewna, niektóre ręcznie malowane przez autorkę. Urocze, z humorem, świadomie nawiązujące do odpustowego designu. Figurka Twardowskiego, zataczająca się jak pijana, bo osadzona na sprężynie. Smok (może wawelski?) kiwający łbem i ruszający ogonem. Skoczek, figura szachowa, w kształcie krakowskiego lajkonika. W pewien sposób wzruszające są też projekty rękawiczek. Nie dość, że nowatorskie, łączące wygodę z modernistycznym wzornictwem (kompozycje złożone z różnych materii, jak kolaże; zgeometryzowane desenie – wpływ konstruktywizmu; nowoczesne, niby praktyczne kieszonki – dowód, że autorka śledziła trendy). Rękawiczki były dla Zofii również wspomnieniem domu rodzinnego. Była najstarsza z sześciorga potomstwa Franciszka Lubańskiego herbu Grzymała, prowadzącego warsztaty galanterii skórzanej i znanej krakowskiej persony. Niefortunne interesy wpędziły familię w biedę, a Zofię zmusiły do zarobkowania jeszcze za panieństwa. Potem przez całe życie szamotała się z niedoborami w kasie. Szybciej wydawała, niż zarabiała. W efekcie rozmieniała zdolności na drobne. Tu portrecik słodkiej płowowłosej dziewczynki, tam scenka z chłopskim tańcem, ówdzie ludowy strój. A wielka sztuka, choć chętnie żywi się dramatami, nie toleruje kompromisów. Wystawa czynna do 4 stycznia 2009     Zofia Stryjeńska (1891, Kraków – 1976, Genewa) Jest rok 1911, 20-letnia Zosia w chłopięcym przebraniu i z paszportem brata zdaje na studia malarskie w Monachium zarezerwowane dla płci męskiej. Imponująca brawura i samodzielność. Ale w kontekście innych wydarzeń i kolejnych ucieczek panny Lubańskiej, potem pani Stryjeńskiej – symptom nerwicy. Jak to nieraz bywa, sztuka stała się dla niej antidotum na wieczny niepokój oraz osobiste niepowodzenia. Jej los to polska wersja artysty przeklętego. Tym bardziej dotkliwy, że dotyczył kobiety. Trudno zliczyć jej przeprowadzki i podróże, raz podejmowane z konieczności, innym razem – z porywu fantazji. Brak własnego miejsca na ziemi doskwierał jej, lecz nie umiała stworzyć domu. Zresztą jej mężowie i partnerzy – też nie. Karol Stryjeński (byli małżeństwem od 1917 do 1927 r.), architekt, dusza kręgu zakopiańczyków, zdradzał Zofię bez skrupułów; ona się rewanżowała, kiedyś publicznie spoliczkowała kochankę męża. Z zemsty zamknął ją w psychiatryku. Po wyjściu wytoczyła mu za to proces i wygrała. Kłócili się też o dzieci (mieli córkę i synów bliźniaków). Nie lepszy okazał się Artur Socha, aktor filmowy i teatralny, jej drugi mąż (w latach 1929 – 1935), dla którego zmieniła wyznanie na ewangelickie. Zostawił jej "pamiątkę" – chorobę weneryczną. Mimo to nie poddawała się, przeżywała burzliwe romanse, m.in, z pięknym bon vivantem Achillesem Brezą i pisarzem Arkadym Fiedlerem. W czasie wojny z biedy imała się różnych zajęć, nie tylko plastycznych – np. prowadziła biuro matrymonialne i sklep z obranymi ziemniakami. Po wyzwoleniu jej sytuacja wcale się nie poprawiła. Zarabiała grosze, powielając wypróbowane tematy; dla amerykańskiej Polonii sięgnęła po motywy religijne. Schorowana, mająca coraz większe kłopoty ze wzrokiem, w 1962 r. przeniosła się na stałe do Genewy. Tam zmarła. Na jej grobie stanął zakopiański krzyż.  
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL