fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Rodzina sama zbierała dowody

Matka Katarzyny Grażyna Siwik (po prawej) sama zawiozła zaplamione krwią szorty zięcia na policję, bo funkcjonariusze nie kwapili się z przeszukaniem domu podejrzewanego. Na zdjęciu z drugą córką Anną
Rzeczpospolita, Jak Jakub Dobrzyński
W 2002 roku – dwa lata po zaginięciu kobiety – prokuratura miała mocne zeznania wskazujące, że została zamordowana. Ale jak wiele innych dowodów zignorowała je. Akta zostaną sprawdzone – zdecydowała wczoraj Prokuratura Krajowa
Historię zaginięcia Katarzyny W. opisaliśmy wczoraj w „Rz”.
Wiele poszlak wskazuje, że mógł ją zabić mąż. Taką wersję przyjęła prokuratura. Ale przez osiem lat śledztwo nie ruszyło z miejsca. Śledczy wiedzieli na temat tej sprawy bardzo dużo. Zrobili jednak wiele, by jej nie wyjaśnić. Dziś ujawniamy szczegóły śledztwa oraz najmocniejsze dowody i poszlaki, które miała prokuratura. Jednak część z nich zignorowała.
[srodtytul]Kłamstwo Marka i jego rodziny[/srodtytul]
Marek, mąż Katarzyny, kłamał podczas zeznań – czytamy w aktach sprawy, do których dotarliśmy. W pierwszej wersji twierdził, że spał z młodszym synem w pokoju na piętrze. Utrzymywał, że nie widział żony, kiedy ta feralnego dnia 9 czerwca 2000 r. wróciła od przyjaciółki.
Jak ustaliliśmy już cztery miesiące od wszczęcia śledztwa prokuratura i policja wiedziały, że Marek kłamie. Przesłuchana przez prokuratora córka Katarzyny powiedziała, że tata czekał na nią i mamę w pokoju na parterze.
Kilka miesięcy później prokuratura zdobyła drugi mocny dowód potwierdzający, że Marek mówi nieprawdę. Operator komórkowy Era GSM przekazał śledczym billingi rozmów męża Katarzyny. Okazało się, że w nocy, której kobieta zaginęła, dzwonił do swoich rodziców. Mało tego. Do Marka tej samej nocy dzwonił jego ojciec.
Prokuratura mogła już w 2000 roku sprawdzić, czy Marek dzwoniąc ze swojego telefonu, był w domu. Wystarczyło sprawdzić, z jakich nadajników łączył się jego telefon. Nie zrobiono tego. – Nie pamiętam dlaczego – mówi Dariusz Dziemianko, prokurator rejonowy z Kolna.
Jak ustaliliśmy o sprawdzenie, z jakich nadajników łączył się telefon Marka, wystąpił dopiero kilka tygodni temu prokurator okręgowy w Łomży. Śledczy zadowolili się dziwnymi wyjaśnieniami Marka. Mówił, że telefon miał cały czas przy sobie, ale z niego nie dzwonił. Matka mężczyzny przyznała, że odebrała połączenie, ale „był to głuchy telefon”. Rozmowa trwała minutę i 16 sekund. Czy przez tyle czasu trzyma się telefon przy uchu, kiedy połączenie jest głuche?
Marek kłamał też, gdy opowiadał śledczym o śladach krwi na swoich szortach dżinsowych. Podczas przesłuchania zeznał, że krew może pochodzić od siostry Katarzyny. Wykluczyły to badania DNA.
[srodtytul]Świadkowie, dzieci i przeszukania[/srodtytul]
Dwa lata po zaginięciu Katarzyny w 2002 roku prokuratura miała zeznania krewnej Marka. Tragicznej nocy kobieta razem z 12-letnią córką była pod domem małżeństwa. Obie zeznały, że widziały dwóch mężczyzn wkładających do samochodu worek, który przypominał ludzkie ciało.
Dziewczynka była przesłuchana w obecności psychologa. Potwierdził, że dziecko nie ma skłonności do konfabulacji. Ponadto kobieta zeznała, że spotkała się z ojcem Marka i powiedziała mu o tym, co widziała przed domem Katarzyny. – Byłam wtedy z koleżanką. Ona nie jest zainteresowana nagłośnieniem tej sprawy. Chce jedynie 80 mln zł – zaproponowała kobieta.
Ojciec Marka miał zgodzić się na zapłacenie tej kwoty. – Później jeszcze kilka razy dzwonił i wypytywał o koleżankę – mówiła śledczym krewna Marka.
Jak ujawniamy dziś prowadzący sprawę mogli urządzić prowokację, by potwierdzić, czy kobieta mówi prawdę. Nie zrobiono tego. Rok później, czyli w 2003 roku, prokuratura zdobyła zeznania mężczyzny, który powiedział, że pod Kolnem widział samochód, z którego dwóch mężczyzn wyciągało foliowy worek. Śledczy nie sprawdzili nigdy samochodów Marka i jego ojca.
Prawdopodobnie tylko dwójka dzieci Marka i Katarzyny wie, co się działo w nocy, kiedy zaginęła ich mama. Świadek, który mieszka obok domu Marka, zeznał, że widział w nocy Katarzynę w kuchni. Dziewczyna gestykulowała rękoma. – Tak jakby z kimś rozmawiała – zeznał sąsiad. Kto był w kuchni oprócz kobiety? Tego sąsiad nie widział. Oprócz małżonków w domu były jeszcze ich dzieci. Prokurator jednak o feralnej nocy z nimi nie rozmawiał.
Jak ujawniamy dziś przesłuchanie córki odbyło się bez udziału psychologa dziecięcego w gmachu prokuratury. Dziewczynce towarzyszyła tylko jej ciotka (siostra Katarzyny) i pedagog szkolny. Prokurator przerwał przesłuchanie, kiedy dziecko podważyło zeznania ojca. Skandalicznie zachowała się pedagog. Jeśli wierzyć zeznaniom siostry Katarzyny, pedagog miała zapytać dziewczynkę: – Drogie dzieci, powiedzcie, czy to tatuś zabił mamusię.
Przez dwa lata prokuratura nie przeszukała domu Marka i Katarzyny, mimo że rodzina prosiła o to od samego początku. Kiedy już to zrobiono, śledczy nie szukali jednak śladów krwi. Do domu nie wzięto też policyjnych psów.
[srodtytul]DNA i policja[/srodtytul]
Już cztery miesiące po zaginięciu kobiety prokuratura poprosiła o pomoc policyjnego przewodnika psów z Olsztyna. – To było bez sensu. Ganiano nas po jakichś hektarach ziemi. Nie wskazano konkretnego miejsca. Nie było szans, by coś znaleźć – opowiada teraz „Rz” Stanisław Zamaro, dziś emerytowany policjant. Był jednym z lepszych funkcjonariuszy w Polsce od znajdywania zaginionych.
Dopiero w 2001 r. prokuratura ponowiła poszukiwania z udziałem psów. Znów nie sprawdzano domu małżonków.
Dwa dni po zaginięciu Katarzyny jej matka weszła do domu córki w Kolnie. O przeszukanie posesji od razu prosiła policję i prokuraturę. Bezskutecznie.
Matka znalazła szorty, na których były ślady krwi. Tego samego dnia zawiozła je do komendy w Kolnie. Funkcjonariusze nie wpisali ich na listę dowodów. Zrobili to dopiero po miesiącu.
Prokuratura zleciła badania plam na spodenkach, ale kiedy dostała potwierdzenie, że jest to krew, nie sprawdzano, do kogo należy. Mimo próśb rodziny nie wykonano badań DNA. – Nie pamiętam dlaczego – mówi prokurator Dziemianko. Badania zrobiono dopiero dwa lata później. Potwierdziły, że to krew Katarzyny. Rodzina prosiła o przeniesienie śledztwa z Kolna. Dowodziła, że policjanci mogą być stronniczy. Wskazywała na ich powiązania z rodziną Marka.
Prokurator Dziemianko przyznaje dziś, że miał takie informacje i jedna z nich pochodziła nawet z policji. W aktach są zeznania mężczyzny, który mówi o imprezach jednego z policjantów z Markiem. Dlaczego nie wszczęto śledztwa w sprawie policji, mimo że zastrzeżenia do jej pracy mieli sami prokuratorzy? – Nie pamiętam – mówi Dziemianko.
Najbliżsi Katarzyny prosili o pomoc Ministerstwo Sprawiedliwości, Prokuraturę Apelacyjną w Białymstoku i Inspektorat Policji w Białymstoku. Wszyscy odpowiadali, że sprawa prowadzona jest prawidłowo.
[ramka]Co ujawniły wczoraj „Rz” i „Superwizjer”
[srodtytul]Osiem lat bez wyjaśnienia sprawy[/srodtytul]
26-letnia Katarzyna W. z 11-tysięcznego Kolna koło Pisza zaginęła 9 czerwca 2000 roku. 11 czerwca miała odbyć się pierwsza rozprawa rozwodowa. Katarzyna chciała odejść od męża, bo ją bił. W grę wchodził podział majątku – mąż Marek pochodził z bogatej rodziny. Po rozwodzie prawdopodobnie straciłby połowę majątku. Przez osiem lat śledztw prokuratura ani policja nie potrafiły wyjaśnić sprawy. „Rz” i TVN dotarły do jej akt. Wynika z nich, że prokuratura popełniła podczas śledztwa mnóstwo błędów. Teraz prokuratorzy przyznają, że śledztwo mogła utrudniać policja z Kolna. – Mieliśmy sygnały o powiązaniach rodziny Marka z policją – przyznał nam Dariusz Dziemianko, prokurator rejonowy w Kolnie. W 2000 roku zignorowano jednak te informacje. Okazuje się, że nie tylko policjanci znali Marka. Dziemianko był jego sąsiadem. Dzieci prokuratora znały się z dziećmi Marka i Katarzyny. – Bawiły się razem – przyznał Dziemianko. W 2002 roku śledztwo przeniesiono do Łomży. Dostał je prokurator Tadeusz Marek, pochodzący spod Kolna.
—mk[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA