fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Skończmy z płaceniem za neoliberałów

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
Jeśli i dziś rządy USA oraz Unii Europejskiej zdecydują się na pokrycie kosztów działalności banków, to po raz kolejny za irracjonalność przedsiębiorców zapłacą zwykli ludzie – pisze publicysta
Ulubione hasło neoliberałów: „nie ma darmowych lunchów”, uzyskuje obecnie zupełnie nowe znaczenie. Rzeczywiście nie ma nic za darmo i za koszty deregulacji i prywatyzacji zawsze w końcu trzeba zapłacić. Dziś najważniejszym wyzwaniem jest zrozumienie, że pogoń za zyskiem za wszelką cenę nie jest receptą na rozwój gospodarczy i społeczny, ale po prostu sposobem podziału kosztów i zysków.
[srodtytul]Bogactwo skrapla się u góry[/srodtytul]
Jeśli rządy, ratując system bankowy, tylko przerzucą koszty działalności prywatnych przedsiębiorstw na ramiona podatników, a nie pójdzie za tym zdecydowana rekonstrukcja polityki w stronę regulacji rynków i demokratyzacji kontroli nad gospodarką, będziemy mieli do czynienia zaledwie z kolejną odsłoną funkcjonowania systemu, w którym zyski trafiają do najbogatszych, a koszty obciążają zwykłych ludzi.
Jeśli chcielibyśmy się dowiedzieć, kto od lat 70. zyskiwał na neoliberalnych reformach, wystarczy prześledzić dystrybucję bogactwa między najbiedniejsze i najbogatsze grupy ludności. W 1978 na najbogatszą część – 0,1 proc. – populacji USA przypadały 2 proc. dochodu narodowego. 20 lat później, w 1999, było to już 6 proc. Między 1979 a 2005 rokiem opodatkowane dochody najbogatszych Amerykanów (1 proc.) wzrosły o 176 proc., podczas gdy dochody najbiedniejszych (20 proc.) podniosły się zaledwie o 6 proc.
Właśnie to zjawisko kazało Barackowi Obamie stwierdzić, że bogactwo, zamiast spływać w dół zgodnie z obietnicami neoliberałów, raczej skrapla się u góry. Ten sam trend wystąpił w Wielkiej Brytanii i większości krajów, które dokonywały radykalnych reform rynkowych, takich jak Meksyk, Rosja czy Polska, gdzie różnice dochodowe znacząco się pogłębiały.Krótkie spojrzenie na system tworzony od lat 70. pozwala stwierdzić, że mamy do czynienia nie tylko z logiką wzrostu, która w ostatecznym rozrachunku ma się opłacać każdemu, ale przede wszystkim z systemem nierównego podziału bogactwa przesuwającego władzę ekonomiczną w ręce wąskiej elity.
Interesy tej elity są ściśle związane z jej powodzeniem na zliberalizowanych rynkach finansowych. Budowie wielkich fortun sprzyjają oficjalne hasła o tym, że rynek ma zawsze rację i jest najbardziej racjonalnym sposobem alokacji środków. Rzeczywiście uwolnienie rynków od interwencji państwa jest dla elit czymś pożądanym, ale tylko dopóty, dopóki system zachowuje stabilność.
Prywatyzacja podwyższa cenyChoć obecny kryzys jest wyjątkowy, jeśli chodzi o głębokość i skalę, to pomoc rządowa dla instytucji finansowych wcale nie jest precedensem w najnowszej historii. Oficjalnym sloganom wolnorynkowym od czasu do czasu towarzyszyły działania stojące w jawnej sprzeczności z neoliberalnym wyznaniem wiary. W latach 1986 – 1987 rząd USA wobec krachu kas oszczędnościowo-pożyczkowych zdecydował się na pomoc publiczną sięgającą 150 mld dolarów, w latach 1997 – 1998 ratował z tarapatów fundusz hedgingowy Long Term Capital Management kosztem 3,5 mld dolarów z publicznej kasy.
Te relatywnie rzadkie, ale znamienne, przykłady pokazują logikę systemu zliberalizowanych rynków finansowych – jeśli chodzi o zyski, podlegają one transferowi do sektora prywatnego, ale ryzyko z działalności prywatnych firm przerzucane jest na podatników. Jeśli i dziś rządy USA oraz Unii Europejskiej zdecydują się wyłącznie na pokrycie kosztów działalności banków, po raz kolejny za irracjonalność przedsiębiorców i menedżerów zapłacą zwykli ludzie. Kiedy już dzięki interwencji państwa powróci stabilność, zyski znów popłyną do prywatnych kieszeni.
[wyimek]Zazwyczaj wraz z prywatyzacją wzrastają ceny usług. Kosztami nieefektywnego działania sprywatyzowanego transportu publicznego czy opieki zdrowotnej zostają obciążeni obywatele[/wyimek]
Koszty deregulacji i prywatyzacji nie występują wyłącznie w odniesieniu do dochodów i rynków finansowych. Pojawiają się na przykład w przypadku prywatyzacji usług publicznych, choć ich wykrycie i zrozumienie nie jest automatyczne. Kiedy prywatyzuje się wodociągi, transport publiczny albo opiekę zdrowotną, zyski z działalności prywatnych przedsiębiorstw wędrują do prywatnych właścicieli, podczas gdy kosztami nieefektywnego działania usług zostają obciążeni obywatele. Zazwyczaj wraz z prywatyzacją wzrastają ceny usług.
Prywatny system opieki zdrowotnej w Stanach Zjednoczonych pochłania astronomiczne kwoty pieniędzy. Choć Amerykanie wydają na zdrowie 15 proc. swojego PKB, ok.
47 mln ludzi pozostaje poza systemem bez jakiegokolwiek ubezpieczenia zdrowotnego. To właśnie ci ludzie swoim zdrowiem płacą za koszty funkcjonowania sprywatyzowanego systemu. Płacą także ci, dla których wydatki na zdrowie stają się przyczyną bankructwa, a jest to największa grupa prywatnych bankrutów w USA.
Koszty prywatyzacji usług publicznych przerzucane na obywateli zostają ukryte. Jeśli nie stać nas na leczenie, to staje się to naszym indywidualnym problemem. Przecież mogliśmy bardziej się starać, zdobyć lepsze wykształcenie czy popracować nad autoprezentacją. W ten sposób wraz z prywatyzacją nie tylko dokonuje się podział zysków z korzyścią dla bogatych, ale także znika przestrzeń symboliczna, w której można domagać się wyrównania dostępu do usług albo poprawy ich jakości.
[srodtytul]Rasistowskie wątki[/srodtytul]
Jednym z kluczowych elementów polityki neoliberalnej jest nacisk na wycofywanie się państwa z subsydiowania nierentownych przedsiębiorstw i dziedzin gospodarki. Rezygnacja z dofinansowywania, np. górnictwa, przedstawiana jest jako sposób na racjonalne rozmieszczenie zasobów i zwiększenie ogólnej produktywności. Po co dokładać do węgla i obciążać kosztami jego wydobycia konsumentów, skoro można węgiel kupić taniej na rynku międzynarodowym albo w ogóle zrezygnować z energochłonnych, przestarzałych gałęzi przemysłu?
Wydaje się, że wszyscy oprócz „roszczeniowych” górników będą zadowoleni – nie będziemy dokładać do nierentownych branż, a być może będziemy nawet żyć w czystszym środowisku. Nikt nie bierze pod uwagę, że takie „racjonalizujące” operacje to tylko przemieszczenie kosztów.
Dobrze można to pokazać właśnie na przykładzie branży węglowej. W sierpniu 2007 powódź zalała kopalnię Shandong w Chinach. Zginęło 181 górników. Władze kopalni wiedziały o zagrożeniu, jednak nie podjęły kroków, które mogły zapobiec katastrofie. W 2006 roku w kopalniach w Chinach zginęło 4746 górników. To 13 istnień ludzkich dziennie.
To właśnie jest cena za tani węgiel. Płacą ją pracownicy z krajów, w których, tak jak w Chinach, na Ukrainie czy w RPA, standardy ochrony pracy są niskie, a życie górnika niewiele warte. Także w tym przypadku koszty zostają ukryte. Wypadki w odległych, zacofanych krajach to przecież normalność. Pojawia się tutaj iście rasistowski wątek, który każe żałować swoich, a godzić się na wyzysk i śmierć innych, jeśli tylko milcząco uważa się ich za barbarzyńców.
Kiedy konsumujemy tanie produkty z Chin, nie bierzemy najczęściej pod uwagę ekologicznych kosztów ich wytworzenia. Zadowoleni jesteśmy, że dymiące fabryki zniknęły z Europy i nie widzimy związku naszego dobrostanu z dymiącymi fabrykami w Chinach. Koszty taniej konsumpcji ponoszą jednak azjatyckie środowisko i społeczeństwa.
Według dyrektora Państwowego Urzędu Ochrony Środowiska Zhou Shengxiana w Chinach w 2006 roku co dwa dni dochodziło do katastrofy ekologicznej. W grudniu 2005 roku wyciek substancji rakotwórczych do rzeki Songhua pozbawił bieżącej wody miliony ludzi i wywołał panikę w mieście Harbin. Znaczne obszary Chin są dziś dotknięte kwaśnymi deszczami, a połowa rzek jest zanieczyszczona.
Także w tym przypadku przesuwanie produkcji do krajów mniej rozwiniętych jest sposobem na podział zysków i zagrożeń między bogatymi a biednymi. Biedni zgodzą się na ryzyko związane z używaniem brudnych technologii, byle tylko nie popaść w większą nędzę. Zyski z ich pracy w dużej mierze trafią na bogatą północ. Być może później, ale raczej na pewno, dotrą tam też skutki produkcji nieliczącej się z kosztami ekologicznymi, np. w postaci zmian klimatycznych.
[srodtytul]Kto zapłaci[/srodtytul]
Każdy kryzys, oprócz zagrożeń, niesie też szansę. Dziś pojawia się szansa na demokratyzację zarządzania gospodarką. Musimy zrozumieć, że dominująca polityka gospodarcza to system przesuwania kosztów, który trzeba poddać demokratycznym decyzjom. Ani deregulacja rynków finansowych, ani prywatyzacja usług publicznych, ani przesuwanie produkcji do krajów rozwijających się nie są darmowymi lunchami. Dobrze byłoby, gdybyśmy mogli decydować o tym, kto za nie zapłaci.
[i]Autor jest socjologiem, tłumaczem i publicystą, członkiem zespołu „Krytyki Politycznej”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA