Publicystyka

Kryzys finansowy czy przewrót ustrojowy

Interwencjonizm lat 30. ubiegłego wieku do dziś przeraża liberałów i obrońców wolnego rynku. Na zdjęciu kolejka bezrobotnych przed biurem pracy w Nowym Jorku w listopadzie 1933 roku
Associated Press
Upadające banki inwestycyjne są najsilniej nadzorowaną gałęzią rynku finansowego. Bankrutują nie dlatego, że zbyt słabo je kontrolowano, ale dlatego, że związano im ręce - pisze publicysta
Ze wszystkich pytań ostatnich dni, najważniejsze pozostaje bez odpowiedzi. Co tak naprawdę się skończyło? Gotówka czy kapitalizm? Mamy kryzys finansowy czy przewrót ustrojowy? Bo jeżeli to drugie, to recesja faktycznie zostanie z nami na długie lata. Doświadczenia Wielkiej Depresji i rządowego interwencjonizmu lat 30 poprzedniego wieku do dziś przerażają liberałów i obrońców wolnego rynku w Kongresie. Wiedzą oni, że nawet jeśli Kongres zgodzi się na 700 mld dolarów pomocy dla sektora finansowego, wcale nie musi to zakończyć kryzysu.
Zanim jeszcze przemówił prezydent George Bush, w Polsce już usłyszeliśmy o nowych restrykcjach przy udzielaniu kredytów. Ktoś rzucił pomysł, żeby biednym nie sprzedawać akcji. Ktoś inny, żeby psycholog badał motywacje graczy giełdowych. Marek Zuber, ekonomista mieniący się orędownikiem wolnego rynku, kryzys tłumaczył chciwością. Jakby odkrył nowe zjawisko, które nie jest immanentną częścią ludzkiej natury. Od zarania odpowiedzialne, owszem za kryzysy, ale przede wszystkim za rozkwit cywilizacji. Lewicowi komentatorzy, kanapowi prorocy telewizyjni, cały weekend bezmyślnie powtarzali hasła o konieczności zaostrzenia nadzoru. Mało kto już sprawdził, że bankrutujące banki inwestycyjne Fannie Mae i Freddie Mac, Lehman Brothers, Merrill Lynch, Washington Mutual są najsilniej nadzorowaną gałęzią rynku finansowego. Bankrutują, bo mają związane ręce. Tymczasem – jak pisze John Kay w Financial Times – fundusze hedgingowe odpowiedzialne za wszystkie ryzykowne transakcje nieruchomościowe, mają się doskonale i cieszą dużą wolnością. Szybko mogą przekierować swoje aktywa, bez ryzyka dla inwestorów. To wszystko nie przeszkadza politykom w tropieniu chciwych, grubych bankierów, czy jak to zgrabnie ujął kandydat na prezydenta USA Barack Obama – „tych, którzy doprowadzili do tego stanu”. Demokraci chcą wskazania winnych i przyjęcia całego pakietu radykalnych regulacji. David Brooks, konserwatywny komentator New York Timesa szydził z politycznie nośnych pomysłów Demokratów Obamy: „Mamy uwierzyć, że dalej będzie można uprawiać hazard, ale teraz bez ryzyka”. Zanim połkniemy nową pastylkę na problemy świata i odrzucimy wolny rynek, przypomnijmy, że Wielka Depresja nie była wielka tylko za sprawą jednego tąpnięcia na giełdzie. Była wielka bo rozlała się na wszystkie gałęzie gospodarki i trwała dłużej niż jakikolwiek kryzys XX wieku. I jeżeli czegoś zabrakło w tych trudnych latach 30-ych to na pewno nie rządowych regulacji. Tych było aż nadto. W pierwszych dniach urzędowania, Prezydent Franklin Delano Roosevelt zrobił niemal dokładnie to, co dziś chce zrobić Kongres. Oddzielił złe aktywa od dobrych. Departament Skarbu zgodnie z niedzielnym porozumieniem ma wykupić zagrożone kredyty hipoteki i jak najszybciej sprzedać je na wtórnym rynku. Tak aby straty dla podatników były minimalne. W 1934 roku powołano w tym samym celu oddzielną komisję nadzoru Securities and Exchange Commission. Oprócz złych aktywów, miała nadzorować transakcje na giełdzie i wspierać odbudowę instytucji finansowych. Rynek został uporządkowany i pierwsze oznaki równowagi gospodarczej zobaczyliśmy już w 1935 roku. Podobny mechanizm, do tego który sprawdził się w latach 30 wykorzystywano już wielokrotnie w historii. Zarówno w USA jak i w Europie. W połowie lat 80 posłużył administracji Billa Clintona do zapanowania nad krachem kas pożyczkowo-oszczędnościowych. A w 1992 uratował szwedzki system bankowy zagrożony załamaniem się rynku kredytów hipotecznych. Polowanie na czarownice w USA już się zaczęło. Politycy tropią chciwych grubych bankierów. Jak to zgrabnie ujął Barack Obama: „tych, którzy doprowadzili do tego stanu” Ówczesny minister finansów Bo Lundgren (niedawno wezwany do Waszyngtonu na pomoc) stworzył oddzielną agencję oferującą gwarancje pod zagrożone kredyty. Nie przejął jednak udziału w żadnym banku, jak chcą tego teraz Demokraci w USA. Przeciwnie, pozwalał bankrutować tym, które nie radziły sobie z reformowaniem swojego portfela hipotecznego. Niemniej najlepsze instytucje, jak największy szwedzki bank SEB, dzięki gwarancjom już po roku przynosiły zyski. Koszt całej operacji dla szwedzkiego podatnika okazał się niższy niż 2 proc. dochodu narodowego (w Ameryce już dziś mówi się kosztach w wysokości 5 proc.). Plan był odważny, bardzo konsekwentnie wprowadzany w życie, ale równie ważna, co wsparcie finansowe, okazała się tu postawa samych polityków: żadnych działań odwetowych. Urzędnicy trzymali się z dala od zarządzania prywatnymi instytucjami i rozliczania samych bankierów. Szwedzki premier Carl Bildt, uniknął tego czego nie udało się uniknąć Rooseveltowi i - wnosząc z retoryki demokratycznego kandydata na wiceprezydenta Joe Bidena - może się nie udać Ameryce. Polowanie na czarownice już się zaczęło. Kampania wyborcza Baracka Obamy szybko wyspecjalizowała się w atakach na „spekulantów”. Tu znajdziemy wiele podobieństw do kampanii 1932 roku i do Roosevelta, który szydził że bogactwo w Ameryce „nie skapuje na dół tylko się skrapla”. Obama powtarza dziś „musimy dokładnie sprawdzić gdzie wykapuje nam to bogactwo”. Dziś synonimem zła są prezesi banków Lehman, Freddie and Fannie. Ich rezydencje i zarobki rozpalają umysły lewicowych publicystów. W 30 latach bohaterem „żółtej prasy” (czyli mediów żywiących się sensacją i skandalem) był milioner brytyjskiego pochodzenia Samuel Insull. Skupił on w swoich rekach większość dostaw prądu w USA. Pod zastaw nieformalnego, dynamicznie rozwijającego się monopolu, zaciągał kredyty na kolejne spółki kolejowe i nieruchomości. Zapaść na giełdzie zrównała z ziemią jego holding i naraziła niektóre miasta na utratę dostaw prądu. Insull uciekł do Grecji. Deportowany, postawiony został przed sądem. Przez media osądzony jako „krwiopijca”, ale uniewinniony przez sąd. Żądni krwi demokraci, natychmiast skierowali następny pozew, tym razem przeciwko Andrew Mellonowi, byłemu sekretarzowi skarbu. Mellon (podobnie jak dziś były prezes FED Allan Greespan), oskarżany był o deregulacje, nadmierne wolności, które nabiły portfele możnych a zwykłych obywateli wpędziły w nędze. W długim i burzliwym przewodzie sądowym, Mellon również został oczyszczony z zarzutów. Kryzys jednak trwał dalej, bezrobocie rosło, a urzędnicy państwowi nie ustępowali w szukaniu winnych. Pomny tych doświadczeń, Ben Bernanke, zgłaszając teraz swój plan naprawy systemu bankowego, zażądał dla siebie zwolnienia od ewentualnej odpowiedzialności karnej. Amerykańskie gazety w połowie lat 30-ych pełne były tytułów ziejących nienawiścią do biznesu. Naciskano na prokuratorów i izby skarbowe, żeby energiczniej rozprawiały się ze „spekulantami”. Prezydent Roosvelt lubił ich nazywać „pewnymi gentelmenami”. Komisja Kongresu do spraw reformy systemu „Pecora Committee” (nazwana od nazwiska przewodniczącego Ferdynanda Pecory) według demokratycznej większości nie była dość twarda. Szybko posiedzenia komisji zmieniły się w coś w rodzaju sądu kapturowego nad bogatymi tamtego świata. Zwykle kończyły się tylko zarzutami o zaniżanie zeznań podatkowych. Komisja zgłaszała też liczne rozwiązania zwiększające nadzór państwa nad instytucjami finansowymi. „Tak, żeby nigdy więcej” — głosił Wright Patman, młody wojowniczy demokrata z Teksasu – „bogaci nie sycili się ludzką nędzą”. Jednym z dramatyczniejszych wystąpień przed komisją, było zeznanie Richarda Whitneya, szefa Nowojorskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Powiedział on: “Ameryka kiedyś nam podziękuję, że nie ustąpiliśmy pod populistycznymi żądaniami niektórych głupich reform”. Urząd skarbowy w pewnym momencie miał więcej agentów do spraw nadużyć giełdowych niż policja w Nowym Jorku. Szef departamentu spraw wewnętrznych Harold L. Ickes w imię praw obywatelskich i pracowniczych prowadził niekończące się śledztwa. Jego agenci doprowadzali firmy do bankructwa. Podobny efekt przyniosły próby sztucznego ożywienia gospodarki dekretami zwiększającymi zarobki najuboższych. Kiedy Sąd Najwyższy uznał to za niezgodne z konstytucją, Roosevelt przeforsował w 1935roku w Kongresie ustawę o przywilejach związkowych. A związki dość szybko wymusiły wzrost wynagrodzeń. Płonne okazały się jednak nadzieje, że przełoży się to na odpowiedni wzrost konsumpcji. Gospodarka zamiast się nakręcać zaczęła słabnąć pod naporem eskalacji żądań płacowych. Kolejne firmy bankrutowały. Produkcja spadała. W 1938 roku Ameryka znowu znalazła się na progu załamania gospodarczego. II Wojna Światowa nie tylko napędziła produkcję, ale przede wszystkim zmusiła polityków do poszukania sobie wroga gdzie indziej. Bez zrozumienia doświadczeń tamtych lat, trudno pojąć dramatyzm obecnej debaty w USA. Ceną nie jest „tylko” 700 miliardów dolarów pomocy dla sektora bankowego. Konserwatywna część Kongresu obawia się, że daleko idący interwencjonizm państwa ograniczy wolności obywatelskie, skrępuje wolny rynek i przeistoczy kryzys w długoterminową zapaść. Zapisy o przejmowaniu udziałów w zagrożonych firmach i kontroli pensji pracowników mogą oznaczać ubezwłasnowolnienie niektórych banków i spowolnienie, zamiast przyspieszenia, reform. Demokratyczni autorzy obecnego projektu „ratowania gospodarki” zapewniają, że Departament Skarbu będzie się starał jak najszybciej sprzedać udziały w przejmowanych przez państwo prywatnych firmach. Pytanie, czy tak samo będą myślały osoby oddelegowane do zarządzania tymi bankami. Czy raczej będą się zachowywać jak polskie rady nadzorcze w państwowych firmach, które robią wszystko, żeby jak najdłużej utrzymać nad nimi kontrolę. Republikanom udało się dodać do projektu zapis o zastępowaniu wykupu akcji gwarancjami kredytowymi – „tam gdzie to możliwe”. Za przykładem Szwecji, chcą ograniczyć zaangażowanie państwa. Obawy przed przekazaniem nadmiernej władzy Departamentowi Skarbu i jego policji nie są wymysłem teoretyków myśli liberalnej. Przemawiają za tym fatalne doświadczenia z interwencjonizmem lat 30 tych. Nuta populizmu, tak jak globalne pieniądze, szybko może przeskoczyć ocean. W Polsce trafi na podatny grunt. Nie tylko resztek socjalistycznej świadomości w społeczeństwie. Mamy też w kraju całkiem wpływową nową lewicę, mocno zakotwiczoną w mediach, od dłuższego szukającą na Zachodzie autorytetów opowiadających się za przywróceniem państwowego socjalizmu. Takich jak dotychczas skazany na trzecią ligę, bagatelizowany lewicowy myśliciel Jeremi Rifkin, który teraz mógłby się odwołać do „nowego kapitalizmu” Obamy. Autor jest publicystą. Do niedawna był wiceprezesem i dyrektorem zarządzającym grupy Wydawniczej Polskapresse. Wcześniej był redaktorem naczelnym tygodnika „Newsweek Polska”. Przez 16 lat mieszkał w USA, gdzie m.in. był korespondentem Radia Wolna Europa, RMF FM oraz „Życia Warszawy” i „Życia”
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL