Publicystyka

Salon w stanie uwiądu

Donald Tusk jest politykiem samodzielnym. Z salonem czasem bywa mu po drodze. Ale nie zgodzi się na powrót do czasów, gdy władzę dyscyplinowano pomrukami autorytetów – pisze Rafał A. Ziemkiewicz, publicysta „Rzeczpospolitej”
To znany psychologom objaw, że człowiek cierpiący na jakąś przypadłość albo mający jakiś problem przypisuje to samo wszystkim dookoła. Zwłaszcza wtedy, gdy jego stan postrzegany jest jako coś wstydliwego, a w każdym razie nieprzynoszącego dumy. Nie tylko ja cierpię na depresję, straciłem sens życia, wiarę w ideały; wszyscy stracili. To pociesza. Rzutowanie swojego problemu na innych jest też skutecznym mechanizmem obrony przed wyrzutami sumienia i wynikającym z nich psychicznym dyskomfortem.
Niekiedy działa on na masową skalę. Eksplozja w III RP popularności Jerzego Urbana i jego szmatławego pisemka, w którym zaczytywały się i znajdowały ukojenie sieroty po Peerelu, stanowiła tylko powtórzenie podobnych wydawniczych sukcesów np. w postfaszystowskich Włoszech („l’Uomo Qualunque”) czy dzierżącej wszelkie rekordy okupacyjnej kolaboracji z Hitlerem Francji („Harakiri”). Rzesza ludzi uświnionych wytwarza popyt na medium, które ukoi ich boleści nurzaniem wszystkich cnót i herosów w fekaliach, obscenami i kreśleniem świata, w którym świniami są wszyscy, a więc nie ma się powodu własnego ześwinienia wstydzić. Na intelektualnie wyższym poziomie taki sam mechanizm zbudował popularność niektórych filozofów, na przykład okrzyczanego Jacquesa Derridy, uspokajających sieroty po marksizmie, że ich wiara okazała się fałszywa, ale to dlatego, że wszystkie wiary są z założenia fałszywe, ergo, plotąc brednie, które rzeczywistość zweryfikowała jednoznacznie, nie zbłądzili bardziej niż wszyscy inni mówiący cokolwiek innego.
Przypadek Marka Beylina lokuje się bliżej Derridy niż Urbana, ale i jego artykuł „Polska wypalona” („Gazeta Wyborcza”,13 września 2008) mający, jak się zdaje, otworzyć debatę nad przyszłością „liberalnej inteligencji”, jest w przemożnym stopniu efektem działania opisywanego tu mechanizmu. Czołowy publicysta michnikowszczyzny wydusza z siebie przyznanie, że jego salon jest w stanie kompletnego intelektualnego wyjałowienia, tudzież że gorliwe, ocierające się o lizusostwo poparcie dla Donalda Tuska okazało się pułapką – nie potrafi jednak zrobić tego inaczej niż w połączeniu z atakiem na konserwatystów wiodącym do konkluzji, że cała w ogóle Polska jest „wypalona”, nikt nie ma pomysłu, co z nią zrobić dalej, a jeśli ma, to kiepski. Szczególnie zajmuje go „krach konserwatyzmu”, wyrażający się w tym, że Beylin nie natrafił ostatnimi czasy na żaden wielki programowy artykuł Dariusza Gawina, Tomasza Merty czy Dariusza Karłowicza. Miarę tego krachu stanowić ma fakt, że nawet takie tuzy polskiego konserwatyzmu jak Aleksander Hall i Tomasz Wołek, mimo swych zasług w propagandowym dyskredytowaniu Kaczyńskich, nie zdołali myśli konserwatywnej „pchnąć na nowe tory”. Strasznym zaś tego skutkiem jest „oddanie pola sfanatyzowanym przyjaciołom PiS z „Rzeczpospolitej”„, którzy „nie zastanawiają się, dlaczego ich ulubiona partia przegrała, a oni ponieśli klęskę wraz z nią”.Nawet po długim zastanowieniu nie potrafię zgadnąć, o jaką klęskę chodzi Beylinowi. Chyba nie o sprawy biznesowe? To nie nam, ale „Wyborczej” (według zestawień ZKDP) w ostatnim roku sprzedaż spadła bez mała o jedną piątą. Być może wynika to z innych przyczyn, a być może ma związek z jej żenującym nawet dla wyborców PO wazeliniarstwem i nagminnym świadczeniem władzy propagandowych usług. Takich jak poświęcanie pierwszej strony na wyliczanie strajkującym w prowincjonalnym szpitalu lekarzom, że i tak mają większe pensje niż pracownicy renomowanego szpitala w Warszawie.Być może dopiero ten znak, że Polacy jednak nie cenią sobie wazeliniarzy, ostudził nieco prorządową gorliwość redaktorów z Czerskiej i skłonił redakcję do zamieszczania pewnych, stonowanych oczywiście i ostrożnych, ale jednak dąsów na ekipę Tuska. Co prawda głównie o to, że nie dość gorliwie rozlicza zbrodnie PiS. Być może wyjaśnia to nawet tak niepojęte zdarzenie jak wyznanie przez Adama Michnika dumy z wizyty jego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w Gruzji – zresztą ku pognębieniu najwierniejszych żołnierzy salonu, którzy nie wiedząc, że na górze rodzi się nowy „trynd”, zdążyli już wyszydzić tę wizytę jako szkodliwą, bzdurną i autoreklamiarską. Beylin zresztą z wiernopoddańczego paradygmatu wobec PO też wyjść nie potrafi i delikatną krytykę musi opatrzyć zastrzeżeniem, że cokolwiek tam, rząd PO – PSL i tak jest lepszy, bo „trzyma demokratyczne standardy”. To ci nowina na tych łamach – cokolwiek można powiedzieć o konkretnych niedociągnięciach czy wadach Tuska, to i tak trzeba go zawsze popierać przeciwko Kaczyńskiemu, bo Kaczyński łamał zasady demokracji, a Tusk nie łamie. Gdyby spytać Beylina o konkretne wypadki naruszenia demokracji przez Kaczyńskiego, powiedziałby pewnie po długim namyśle, że porównał on przeciwników do ZOMO, a „Wyborczą” do „Trybuny Ludu” z czasów Stalina. Wiadomo: kiedy Zbigniew Ziobro popisywał się przed kamerami srogością wobec lekarza łapownika, to zagrażał demokracji, a kiedy Tusk popisuje się srogością wobec zwyrodnialca kazirodcy, to nie zagraża. Kaczyński, jak wiadomo, winien był osobiście każdej patologii ciągnącej się za Lepperem, no bo to on przecież, łamiąc w ten sposób standardy demokracji, wpuścił populistę do rządu. Tusk za systemowe patologie organizowane przez PSL nie odpowiada w stopniu najmniejszym. Powiedzmy wprost: cokolwiek robi Tusk, jest dobre, a nawet jeśli nie jest, to trzyma demokratyczne standardy, a cokolwiek robił Kaczyński, przeciwnie. Tymczasem, cóż, nie mówię, że nie ma między tymi politykami różnic; na przykład Kaczyński posłał za szefem „Samoobrony” CBA, a Tusk woli raczej wypuszczać dyskredytujące PSL przecieki do mediów. Ale to tylko różnica temperamentu. Chęć wysiudania niewygodnego koalicjanta obecny premier przejawia dokładnie tę samą, którą salon u jego poprzednika wyszydza i potępia do dziś. Można się tylko domyślać, jak by krzyczała „Wyborcza” o zagrożeniu dla demokracji, gdyby to za rządów PiS policja, na co dzień bezradna wobec stadionowego chuligaństwa, urządziła pokazową łapankę na kiboli, co prawda niczego chwilowo niedemolujących, ale skandujących obelgi pod adresem medialnego magnata, którego stacje – jak niektórzy twierdzą – ofiarnie i konsekwentnie wspierają propagandowo partię rządzącą. Gdyby to pisowski prezydent Warszawy hojną ręką przyznał zaprzyjaźnionemu medialnemu imperium pół miliarda dotacji na remont stadionu, choć o rzut beretem od niego budowany jest właśnie przez państwo wielki Stadion Narodowy. Gdyby to podlegli Ziobrze prokuratorzy nękali krytykujących władzę dziennikarzy bezzasadnymi najściami, oskarżeniami czy horrendalnymi grzywnami pod błahym pozorem odmowy podania numeru PESEL?Marek Beylin ubliża nam od „sfanatyzowanych przyjaciół PiS”, jego gazeta, jeśli już musi wspomnieć o istnieniu moim lub innego publicysty „Rzeczpospolitej”, dodaje w nawiasach „objaśnienie”: „propisowski publicysta”. Naprawdę zabawne. Szkoda miejsca na zadawanie tu kłamu Beylinowi długą listą cytatów z „Rzeczpospolitej”, w których objaśnialiśmy błędy PiS i zastanawialiśmy się nad przyczynami klęski tej formacji oraz jej widocznej w sondażach niezdolności do odzyskania sympatii nawet tych wyborców, którzy deklarują rozczarowanie rządami PO i niechęć do ponownego na nią głosowania. Przecież Beylin nie po to pisze, żeby się o cokolwiek spierać czy szukać jakiejś prawdy, ale po to, by po raz enty wbić swoim czytelnikom do głów: nie zaglądajcie do „Rzeczpospolitej”, nie czytajcie jej publicystów, ludziom na poziomie nie wypada po takie byle co sięgać. Rozumiem tę taktykę i nawet, muszę przyznać, uważam ją za jedynie słuszną w sytuacji, w którą się towarzystwo wpędziło. Nie chcę się przechwalać, ale na spotkaniach czy w e-mailach od czytelników często spotykam się (a myślę, że koledzy z redakcji również) z deklaracjami: „kiedyś też czytałem „Wyborczą” i jakoś tak bezmyślnie w to wszystko wierzyłem, a pan mi otworzył oczy”. Często też słyszę o przypadkach takich jak polonista z miasteczka, gdzie miałem niedawno przyjemność gościć, pytany przez uczniów, czy wybiera się „na Ziemkiewicza”, wydął dumnie wargi: „nie interesują mnie spotkania z fanatykami”. Gdyby nie usilna i skuteczna praca nad takimi jak on, aby broń Boże nie dopuścili do siebie żadnych argumentów poza jedynie słusznymi, spadek sprzedaży „Wyborczej” byłby zapewne jeszcze większy.Nie ma żadnych powodów, poza dobrym samopoczuciem czołowego publicysty „Gazety Wyborczej” i jego towarzystwa, by syndrom intelektualnego wypalenia i wyjałowienia, jaki bez wątpienia towarzystwo to dotknął, rzutować na środowiska konserwatywne. Jeśli nawet Merta, Gawin, Cichocki czy Karłowicz nie napisali ostatnio nowych programowych tekstów, nie dowodzi to bynajmniej, że się odcinają od tego, co głosili dawniej (wtedy właśnie by pisali, jak np. Cezary Michalski), ale raczej właśnie, że ich dawne rozpoznania wciąż wytrzymują próbę czasu. Oczywiście środowiska konserwatywne mają swój problem, muszą się uporać z rozczarowaniem rządami PiS, ale ponieważ już w trakcie tych rządów dość wyraźnie powody i mechanizmy owego rozczarowania artykułowały, nie jest to problem wielki. Jest zupełnie drobny w porównaniu z problemem, jaki salon ma z Tuskiem. Nie wiem, czy „Gazeta Wyborcza” rzeczywiście zorganizuje wokół tekstu Beylina jakąś wielką debatę „o przyszłości polskiej inteligencji”. Pewnie tak, to, jak pokazała debata o książce Jana Tomasza Grossa, rutyna, wystarczy wysłać zaproszenia do osób od dawna zapisanych w redakcyjnym kapowniku, każda napisze po swojemu to, co od zawsze w „Wyborczej” pisano, wydrukuje się i będzie debata. Ale nawet jeśli tego redakcja nie zrobi, na wystąpienie Beylina warto zwrócić uwagę. Nikt jeszcze w tym towarzystwie nie wyartykułował tak dobitnie bezradności salonu, który w imię bieżącej politycznej taktyki wraz z całą swą karną i liczną kohortą wybitnych intelektualistów zapędził się w kozi róg. Z jednej strony musi popierać Tuska, choćby się nie wiem jak na niego dąsał, bo Kaczyńskiego i narodowych katolików raz na zawsze ogłosił szatanem. Z drugiej nie ma na Tuska żadnego wpływu, żadnej nad nim władzy i nie jest w stanie go zmusić, by w zamian za owo poparcie ukorzył się przed salonem. Po pierwsze, patrz wyżej, dopóki jedyną alternatywą dla Tuska jest Kaczyński, salon by się kompletnie ośmieszył i skompromitował, wycofując szefowi PO poparcie. Po drugie, wartość owego poparcia z roku na rok spada – rozważając to teoretycznie, nawet gdyby „Wyborcza” i „Polityka” otwarcie opowiedziały się przeciwko Platformie, niewiele jej to zaszkodzi, dopóki ma za sobą media elektroniczne.Tusk, o czym pisałem wielokrotnie, jest politykiem samodzielnym, gra swoją własną grę, z salonem bywa mu po drodze, i pewnie nawet byłby skłonny zawrzeć z nim jakąś polityczną transakcję na tych samych zasadach, na jakich zawiera je z innymi grupami interesu (ale aby zdecydować się na to rozwiązanie, towarzystwo chyba jeszcze nie upadło dość nisko). Ale powrotu do czasów Kwaśniewskiego i do dyscyplinowania władzy pomrukami autorytetów nie będzie. Jeśli Tusk – kolejny przykład czysto teoretyczny – skalkuluje sobie, że opłaca mu się zwrócić do elektoratu z przesłaniem „pedałów powinno się wsadzać do obozów”, to powie tak, i zgodny gęg wszystkich razem wziętych autorytetów towarzystwa nie zdoła go od tego odwieść. Nic dziwnego, że świadome tej sytuacji towarzystwo rozpaczliwie szuka jakiegoś pomysłu. Mam jeden: niech krakowscy intelektualiści wystąpią z jakimś mocnym zbiorowym apelem w obronie III Rzeczypospolitej (co za gapiostwo, właśnie minęła okrągłą rocznica spotkania w Magdalence, można było…), a potem niech „Wyborcza” zamieszcza listy z poparciem dla tego apelu. Nic innego wymyślić nie potrafię. Towarzystwo, co najgorzej mu wróży, jestem pewien, że też. Towarzystwo dusi się bowiem w pętli, którą samo sobie założyło na szyję: tą pętlą jest narzucony wszystkim jego uczestnikom i aspirującym obowiązek jednoznacznej, bezkrytycznej i entuzjastycznej afirmacji kontraktu Okrągłego Stołu oraz ustalonych w nim podstaw społecznego urządzenia III RP. Jakakolwiek krytyka owej podstawy wszystkich dalszych wydarzeń stanowi nienaruszalne tabu. Tymczasem bez jej naruszenia po prostu nie da się o problemach Polski sensownie rozmawiać. Kontrakt, którego sensem było zbudowanie nowego ustroju w taki sposób, aby zachowane w nim zostało uprzywilejowanie środowisk związanych z peerelowską władzą, narzucił dla przykładu określony sposób reformowania gospodarki – skupiony na stabilności finansowej, a pomijający kwestię wolności gospodarczej, równości szans oraz upowszechnienia własności.Zwłaszcza decyzja o zaniechaniu powszechnej prywatyzacji i reprywatyzacji miała, obok zaniechania dekomunizacji, kluczowe znaczenie dla przebiegu procesów społecznych i politycznych dziejów III RP. Okrągły Stół narzucił, mówiąc najkrócej, systemową nierówność, która jest przyczyną większości naszych problemów. Nie sposób o nich sensownie rozmawiać, negując oczywiste przyczyny. Nawet gdyby „Wyborcza” i „Polityka” otwarcie opowiedziały się przeciwko Platformie, niewiele to jej zaszkodzi, dopóki ma za sobą media elektroniczne Nie trzeba się nad tym rozwodzić, bo ta diagnoza była wielokrotnie stawiana. Nie tylko na prawicy, także na przykład w kręgu „Krytyki Politycznej”, która tyle tylko, że formułuje ją w niemiłym mi języku amerykańskich neomarksistów, mówiąc o neoliberalizmie i klasie uprzywilejowanej. Także temu środowisku przypisuje Beylin „wypalenie”, co jest równie chybione jak w wypadku konserwatystów – problem „Krytyki Politycznej” ma charakter tylko taktyczny. Nie może ona na razie sformułować swego rozpoznania w sposób otwarty, bo jego oczywistą konsekwencją jest potępienie dla Okrągłego Stołu, jako miejsca narodzin owej nomenklaturowej „warstwy uprzywilejowanej”, oraz Balcerowicza, Mazowieckiego, Geremka etc. jako odpowiedzialnych za zdradę klasy robotniczej. Na razie bardziej opłaca jej się, korzystając z umysłowej ociężałości salonu, szanować tabu, mówić półgębkiem i powoli przejmować aktywa michnikowszczyzny. Towarzystwo może jeszcze długo trwać na względnie mocnych pozycjach, codziennie zanosić się oburzeniem na PiS, codziennie pocieszać się, że PO „trzyma demokratyczne standardy” i nie przyjmować do wiadomości swego uwiądu. W końcu jednak ktoś – dziś wydaje się, że właśnie Sławomir Sierakowski, ale może kto inny – wbije Michnikowi nóż w plecy i zabierze to, co pozostało z dawnej opiniotwórczej potęgi salonu. Ktokolwiek to zrobi, dokona zabójstwa z litości.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL