fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Kazimierz Braun: Jedna wielka pajęczyna...

Kazimierz Braun
Fotorzepa, Bartosz Jankowski
Raport MSW zaczyna się od „Danych o kandydacie” z omówieniem życiorysów jego ojca Juliusza i jego stryja Jerzego, „wrogów ludu”, którzy „zostali aresztowani i skazani na karę więzienia”.
Następuje charakterystyka „kandydata”, a w tym informacja, że w 1957 r. był we Francji na studenckim festiwalu teatralnym i „nawiązał kontakt z działaczami grupy chadeckiej Popiela” i redakcją „Kultury”. Ponieważ zaś „kandydat”, po serii odmów paszportu, otrzymał ponownie stypendium do Francji i ubiega się o wyjazd, „uważamy za celowe przeprowadzenie z nim rozmowy”, w czasie której „będziemy dążyć do uzyskania następujących informacji: 1. W jakich okolicznościach i z kim nawiązał kontakty [...] 2. Na czym polega działalność SP [Stronnictwa Pracy] Popiela, charakterystyki działaczy, z którymi zawarł znajomość [...] 3. Czy zwracano się do niego z propozycjami załatwienia czegoś w kraju”. „Raport” kończy się zapowiedzią: jeśli rozmówca „ustosunkuje się pozytywnie, zdecydujemy się na podtrzymanie z nim kontaktu, z zamiarem wykorzystania do realizacji naszych zadań w przyszłości”.
Pamiętam tę rozmowę. Gdy wychodziłem z Teatru Kameralnego w Sopocie po próbie, podeszło do mnie dwóch mężczyzn. Przedstawili się jako pracownicy Służby Bezpieczeństwa, zaprosili mnie do kawiarni. Padła propozycja „rozpracowania” „grupy Popiela”. Ich obiecanki, pogróżki. Moje zdenerwowanie, strach (tak). Odmówiłem.
Zostało to udokumentowane. W moich teczkach jest „Postanowienie o zakończeniu sprawy” z 21 maja 1963 r., w którym „Inspektor” MSW major (taki a taki) napisał: „rozpatrzywszy materiały sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej [...], stwierdziłem, że z braku możliwości wykorzystania go (to jest mnie...) w środowisku SP – Popiela nie przedstawia dla nas wartości operacyjnej”.
Jednak na początku mojej dyrekcji lubelskiej, w 1967 r., gdy wychodziłem z teatru, znów podeszło do mnie dwóch smutnych panów. Przedstawili się: Służba Bezpieczeństwa. Mam iść z nimi. Jakieś mieszkanko w pobliżu teatru. Brud, zaplamiony winem obrus, butelka. Częstują mnie winem.
Dziękuję. Pada propozycja podjęcia współpracy, a w niej przeplatanka słodkich obietnic ich „pomocy”, gdybym natrafił na jakiekolwiek trudności w prowadzeniu teatru, oraz pogróżki, że brak „kontaktu” z nimi bardzo mi pracę utrudni. Przykra, paskudna, niezręczna sytuacja. Jednak moja odmowa musiała być na tyle jednoznaczna, że już więcej takich bezpośrednich propozycji nie miałem. W tym czasie odmówiłem, po raz kolejny, zapisania się do partii (o tym więcej w mojej książce „Dziesięć dni w PRL-u”, Norbertinum, 2008, s. 85 – 97). I rzeczywiście, pojawiły się utrudnienia: odmowy paszportu, tendencyjnie złe recenzje, zakazy sztuk, które chciałem wystawić, zdejmowanie mi przedstawień, sterowany ostracyzm środowiskowy, wygryzanie mnie z teatrów i niedopuszczanie mnie do... (celowo nie kończę zdania – wiele tego...).
Potem, latami, jako dyrektor teatru byłem stale otoczony siecią donosicieli, a więc tajnych współpracowników ubecji. Ich donosy są dostępne w IPN. Miałem również stałe kontakty służbowe z tymi, którzy albo po prostu byli pracownikami ubecji, albo byli ubekami przebranymi w garnitury urzędników administracji (od dyrektorów wydziałów kultury do ministrów), członków aparatu partyjnego (od POP do sekretarzy KC), cenzury (od cenzorów lokalnych do tych w centrali przy ul. Mysiej w Warszawie), i właśnie ci niezliczeni szeregowi donosiciele, w tym, niestety, niektórzy aktorzy i jeszcze niektórzy krytycy teatralni. Przecież to była jedna pajęczyna.
reżyser, pisarz, teatrolog. Kierował teatrami w Lublinie i we Wrocławiu. Wyrzucony z pracy za działalność opozycyjną, od 1985 r. reżyseruje i wykłada w USA
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA