fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Historia słynnego fotografa

Everett Collection
W „Ostatnim lecie świata” losy Edwarda Steichena zostały pokazane na tle dramatycznych wydarzeń I wojny światowej
Autorka, młoda angielska pisarka Emily Mitchell, próbuje zrozumieć sekret zdjęć amerykańskiego fotografa Edwarda Steichena (1879 – 1973), przyjaciela i ucznia samego Rodina. Genialnego francuskiego rzeźbiarza poznał w Paryżu w pierwszych latach XX wieku.
To Rodin miał uświadomić Steichenowi, że fotografia tylko rzekomo utrwala świat. Naprawdę nie czyni tego, bo czas się nie zatrzymuje. Świata nie można utrwalić, lecz tylko przywołać. Steichen wziął sobie te słowa do serca – jego portret Rodina naprzeciw posągu „Myśliciela” nie ma nic wspólnego z reporterskim zdjęciem. Emily Mitchell zauważa: „Stojący nieco z przodu mężczyzna wydaje się tych samych rozmiarów co posąg. Wygląda to na spotkanie istot podobnych, równych sobie; obaj mogliby być z krwi i kości albo z kamienia”.
Na innej fotografii Steichena posąg Balzaca dłuta Rodina zdaje się poruszać! By wykonać to zdjęcie, artysta krążył wokół rzeźby przez cały dzień. W końcu zdołał uchwycić arcydzieło w zapadającym zmierzchu.
Lubił fotografować nocą. Wiedział, że wtedy świat mięknie, a przedmioty zlewają się ze sobą. „Ich wady pozostają w ukryciu; rzeczy potrafią opowiedzieć coś więcej, niż gdyby były sfotografowane normalnie; potrafią zachować swoją tajemnicę. To wrażenie on może później spotęgować, robiąc odbitki, zmieniając ujęcia tak, żeby formy były mniej wyodrębnione i wyraźne. W ten sposób fotografia może się wznieść na wyżyny malarstwa jako coś, co tworzy piękno; może w pełniejszym tego słowa znaczeniu stać się sztuką”.
Emily Mitchell umiejętnie splata dwa wątki – życie amerykańskiej bohemy we Francji przełomu XIX i XX wieku i rzeczywistość kraju przedzielonego frontem I wojny światowej. Jest czerwiec roku 1918. Po tym, jak w konflikt zaangażowała się Ameryka, Steichen powołany zostaje do wojska. W charakterze korespondenta wojennego trafia do Francji, gdzie mieszkał przez wiele lat. Tam czeka na niego nowe zadanie. Niemcy przegrupowują wojska i szykują się do ofensywy. Nie wiadomo, na którym odcinku frontu zaatakują. Alianckim sztabowcom pomóc mogą tylko precyzyjne zdjęcia wykonane z pokładu samolotów obserwacyjnych...
Steichen zostaje skierowany nad Marnę, w strony, które doskonale zna. Odżywają wspomnienia. W ten sposób na kartach książki historie miłostek, szampańskich przyjęć i artystycznych przyjaźni z dawnych, pokojowych czasów sąsiadują z obrazami rzezi na polach wielkich, właściwie nierozstrzygniętych bitew.
Najlepsze partie książki mówią o grozie wojny. Steichen chciał ją utrwalać na zdjęciach, by wszyscy zobaczyli, jaka jest naprawdę. Zrozumiał jednak, że to ponad jego siły. Fotografował odtąd nie dla celów dokumentalnych, ale militarnych. Aparat zabierał do samolotu, a potem analizował zdjęcia przedstawiające wypalone lasy, zygzaki zasieków, pola pokryte lejami po artyleryjskim ostrzale. „Była w tej mapie jakaś nagłość rysowana przez działa; jakaś gorączkowość. Jemu, zahipnotyzowanemu i pełnemu odrazy, wydawało się, że widzi coś, czego istoty ludzkie nigdy nie powinny się o sobie dowiedzieć”.
Uważnie patrzył na drogi. Buty piechurów, koła dział i podkowy koni zdzierały nawierzchnię, odsłaniając kamienie. Z wysoka taka droga wyglądała na ciemną. Jeśli barwa szlaku na zdjęciach z kilku dni się zmieniła, oznaczało to przemarsz wojsk.
Wojna odmieniła sposób, w jaki Steichen fotografował. Nie starał się już zatrzeć konturów rzeczywistości, tworząc z niej zagadkę. „Mógł po prostu ciąć świat na elementy składowe, tak jak to robił z powietrza; staną się ciekawe nie dlatego, że coś zamaluje, ale po prostu dlatego, że ukaże całą naturalną osobliwość danej rzeczy”.
„Ostatniego lata świata” nie można traktować jako biografii Steichena. Emily Mitchell wprowadziła do prawdziwej historii elementy fikcyjne, dotyczące zarówno motywacji bohaterów, jak i wydarzeń z ich życia. Otrzymujemy wciągającą opowieść o pasji tworzenia, zazdrości i zdradzie. O zagadce talentu i cenie, jaką przychodzi zapłacić najbliższym artysty.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA