fbTrack

Historia

Arkwright, wynalazca fabryki

Wikipedia, ARCHIWUM „MÓWIĄ WIEKI”
Boże Narodzenie 1767 roku w Preston nie było spokojne. Ulice tego 6-tysięcznego miasta północno-zachodniej Anglii wypełniał hałaśliwy tłum agitatorów. Przyczyną były wybory parlamentarne.
Zgodnie z królewskim przywilejem, prawo głosu mieli wszyscy dorośli mężczyźni. Winni oni stawić się przed komisją wyborczą, udowodnić, że są stałymi mieszkańcami i oddać głos do protokołu, a więc jawnie. 25 marca 1768 roku pojawił się w lokalu wyborczym zegarmistrz Richard Arkwright. Ubrany w pożyczony strój oświadczył, że wynajmuje w mieście pokój i zajmuje się budową chronometru morskiego, po czym zagłosował na przedstawiciela torysów. Po zliczeniu głosów okazało się, że kandydat wigów przegrał. Sowicie opłacona komisja przejrzała więc raz jeszcze protokół i usunęła z niego osoby, które uznała za niespełniające wymogu domicylu. Rzecz jasna, usuwano zwolenników torysów. Dla zachowania pozoru bezstronności powoływano świadków mających dowieść słuszności działań komisji.
Zeznanie złożone przez Arkwrighta rzeczywiście mijało się z prawdą. Nie był ani zegarmistrzem, ani nawet stałym mieszkańcem Preston, choć tutaj się urodził w 1732 roku. Tu też częściowo w szkole, częściowo od kuzyna nauczył się jako tako czytać. Mając 11 lat opuścił miasto udając się do Bolton, gdzie został uczniem w zakładzie fryzjerskim. Po śmierci chlebodawcy przejął pracownię, ożenił się i uzyskał licencję na prowadzenie oberży. Choć na co dzień parał się strzyżeniem, puszczaniem krwi i wyrywaniem zębów (podobno był w tym doskonały), to interesował się mechaniką, szczególnie zegarmistrzostwem. Jednak wiosną 1768 roku uwagę Arkwrighta i jego pomocnika Johna Kaya zaprzątało co innego. Wedle zeznań dwóch wdów mieszkających w sąsiedztwie, z wynajmowanych przez nich pomieszczeń dochodziły dziwaczne hałasy, coś jakby dźwięk kobzy, ale tak okropny, że chyba sam diabeł dął w miechy. Podobno widziano, jak Kay z Arkwrightem tańczą w rytm tej kakofonii. Ich szczęście, że histeria na punkcie czarów należała już do przeszłości. Ale wścibskie kobiety wcale nie uległy słuchowym omamom. Świszczący dźwięk wydaje z siebie pracując przędzarka bawełny. A taniec? Zapewne wdowy były świadkami historycznej chwili. Rama wodna – przędzarka, która miała zrewolucjonizować przemysł włókienniczy – pracowała bez zarzutu, a jej konstruktorzy dygotali w takt świstów uniesieni myślą o tysiącach funtów, które wkrótce zarobią.
Choć bawełna pojawiła się w Hiszpanii już w X wieku za sprawą Arabów, to w średniowiecznej Europie była mało rozpowszechniona poza Włochami, południowymi Niemcami i Flandrią. Do Anglii dotarła w końcu XVI wieku wraz z rzemieślnikami uchodzącymi przed wojną z Niderlandów. Z czasem tkaniny bawełniane zaczęto wytwarzać także w Anglii. Zwykle łączono przy tym importowaną bawełnę z rodzimym lnem, bowiem bardziej wytrzymałe włókna tego ostatniego lepiej nadawały się na osnowę. Nowe tkaniny znajdowały nabywców. Lobby wełniane nie mogło pozostać bezczynne. Od setek lat wełna uchodziła za bogactwo Anglii, a jej eksport do Flandrii i państw nadbałtyckich był źródłem zysków dla skarbu. Ponieważ uleganie modzie jest rzeczą płochą i szkodliwą dla moralności oraz krajowej gospodarki, przeto wwóz bawełny i innych tkanin ze Wschodu będzie obłożony wysokim cłem, oświadczał parlament. Ze Wschodu, potentatem w dziedzinie bawełny były bowiem Indie. Indyjskie rzemiosło ubierało znaczną część Azji południowo-wschodniej, z Chinami i Japonią włącznie. Tkaniny docierały tam na pokładach arabskich statków pływających po Oceanie Indyjskim. Choć Europejczycy szukali na Wschodzie korzeni i jedwabiu, to nie zlekceważyli bawełny. Portugalczycy, zniszczywszy żeglugę arabską, zabierali na swe statki tkaniny bawełniane, by rozwozić je od Wschodniej Afryki po Japonię. W końcu XVI wieku potencjalne zyski zainteresowały Holendrów. Aby pozbyć się pośredników zawitali do Indii, gdzie za pośrednictwem miejscowych skupowali gotowe tkaniny i przędzę. Sprzedawali je częściowo na rynku azjatyckim, częściowo w Europie. W ich ślady poszli Anglicy. Dla europejskich kupców indyjska bawełna była wytrychem otwierającym rynek chiński i japoński. Indie zaś stały się w XVII wieku największym centrum włókienniczym w świecie. Wytwarzano wiele rodzajów tkanin najwyższej jakości, znacznie przewyższających jakością europejskie. A robiono to przy użyciu najprymitywniejszych narzędzi, rękami żyjących w nędzy rzemieślników. Dziwić może, że nie znalazł się nikt, kto zmechanizowałby indyjskie włókiennictwo. Być może zadecydowała dostępność taniej siły roboczej, być może brak wyobraźni, być może pozostawienie bez zmian miejscowych zwyczajów, polegających na wypłaceniu wytwórcy zaliczki na zakup przędzy i rozliczeniu się z nim przy zakupie gotowej tkaniny. Kupcy nie mieli więc wpływu na sposób produkcji. Rzemieślnikom brakło bodźca do zmiany techniki, bo poza własnym utrzymaniem, nie mieli ani większych potrzeb konsumpcyjnych, ani szans na awans w kastowym społeczeństwie. Powróćmy jednak do Anglii. Dominującym systemem organizacji produkcji był tu nakład. Bezpośredni wytwórcy, prządki i tkacze pracowali we własnych domach, używając wełny lub bawełny dostarczonej przez przedsiębiorców i własnych lub dzierżawionych kołowrotków oraz krosien. Raz w tygodniu chałupnik dostarczał gotowe sztuki płótna, odbierając zapłatę i nową partię surowca. Organizacja produkcji wewnątrz rodziny była prosta i uświęcona tradycją. Wełnę, len lub bawełnę najpierw zgrzeblano (w wypadku wełny gręplowano), czyli szczotkowano, aby usunąć zanieczyszczenia i ułożyć włókna równolegle. Zajmowały się tym kobiety i dzieci. Kolejny etap stanowiło przędzenie. W jego trakcie rozciągano i skręcano pasek zgrzeblonych włókien, wykorzystując ich naturalną chropowatość powodującą, że ściśnięte sczepiają się ze sobą. Skręcenie zwiększa powierzchnię tarcia i wzmacnia splot. Początkowo do przędzenia używano kądzieli i wrzeciona, które już w średniowieczu zastąpił kołowrotek napędzany korbą, a w XVII wieku kołowrotek nożny, znany z muzeów etnograficznych. Prządka lewą ręką wyciągała z kądzieli odpowiednią ilość włókien, tak aby grubość nici była taka sama. Prawą ręką rozciągała je i nadawała im skręt. Przędzenie było pracą kobiecą, tkactwo zaś stanowiło domenę mężczyzn. Już od wczesnego średniowiecza w powszechnym użyciu był poziomy warsztat tkacki. Nici biegnące wzdłuż tkaniny (osnowę) rozpościerano między dwoma wałkami i nizano je przez nicielnice tak, by po naciśnięciu pedału utworzyły przesmyk tkacki, przez który przekładano wątek, który dobijano płochą, czyli cienką listwą osadzoną na ramie zwanej bidłem. Była to czynność pracochłonna, a biegły tkacz wykonywał dziesięć przerzutów wątku na minutę. W dodatku szerokość tkaniny ograniczał zasięg ramion. Narzędzia włókiennicze zmieniały się bardzo powoli, a rozdrobniony charakter wytwórczości nie sprzyjał innowacjom. Jednak w odróżnieniu od Indii wzbogacony angielski plebejusz nie musiał bać się arbitralnie nakładanych podatków i mógł liczyć na awans w szeregi dżentelmenów. Nic więc dziwnego, że wielu ludzi nie ustawało w wysiłkach, by wynaleźć sposób na przyspieszenie pracy. Najwcześniej zmechanizowano przędzenie jedwabiu. Szkice maszyny przemycił z Włoch do Anglii John Lombe w 1716 roku i wkrótce uruchomił przędzalnię w hrabstwie Derby. W tkactwie jedwabiu przodowali w tym czasie tkacze z francuskiego Lyonu konstruujący warsztaty do tkanin wzorzystych. Jednak ani Lombe, ani Francuzi nie zrewolucjonizowali włókiennictwa. Jedwab był tkaniną elitarną, a jego nabywcy bez oporów sporo za niego płacili. Wynalazcy myśleli więc o zwiększeniu atrakcyjności produktu, by wyciągnąć od kupujących jeszcze większe kwoty. Cięcie kosztów, obniżenie cen i poszerzenie rynku ich nie interesowało. Przełom w rozwoju przemysłu włókienniczego dokonał się tam, gdzie stawiano na ilość i niewygórowane ceny. Lawinę wynalazków zainicjowało proste urządzenie – latające czółenko. Skonstruował je w 1733 roku angielski tkacz John Kay (zbieżność imienia i nazwiska z towarzyszem Arkwrighta jest przypadkowa). Pomysł polegał na dołączeniu do bidła deseczki, po której przesuwało się czółenko z wątkiem. Na końcu deseczki Kay umieścił dwie skrzynki z luźnymi klockami połączonymi sznurem, który dzierżył w ręku tkacz. Energiczne pociągnięcie popychało czółenko, a to zmierzało przez przesmyk tkacki do przeciwległej skrzynki. Wydajność pracy tkacza wzrosła dwukrotnie. Gdy w połowie lat 60. XVIII stulecia wynalazek Kaya upowszechnił się, wąskim gardłem stał się brak przędzy. Pomysłowość zamieszkujących Lancashire tkaczy, cieśli, zegarmistrzów oraz pewnego fryzjera koncentrowała się na przędzalnictwie. Jako pierwszy oświecenia doznał tkacz James Hargreaves. W 1767 roku skonstruował urządzenie, które na cześć swej córki nazwał „przędzącą Joasią” (spinning Jenny). Na drewnianej ramie umieścił wózek służący do skręcania i rozciągania niedoprzędów, półproduktu przędzalniczego, przypominającego wyglądem sznurek. Rozciągnięte nici nawijano na wrzeciona uruchamiane kołem obrotowym. Hargreaves sprzedawał swe urządzenie wszystkim chętnym. Skończyło się to źle – robotnicy, obawiając się konkurencji mającego kilkanaście wrzecion narzędzia, spalili dom wynalazcy, a on sam ledwie uszedł z życiem. „Przędząca Joasia” łagodziła problem braku przędzy, ale nie rewolucjonizowała sposobu produkcji. Była na tyle mała, że dzierżawiono ją chałupnikom. Cel Arkwrighta był ambitniejszy. Myślał o maszynie pracującej bez zatrudniania ludzkich mięśni. Ponieważ miał pomysł, a brakowało mu praktycznych umiejętności, przeto – jak wielu innych wynalazców – zatrudnił asystenta w osobie zegarmistrza Kaya. Układ kół zębatych przekazywał napęd do wrzecion oraz wałków rozciągających i wstępnie skręcających niedoprzędy. Wałki pełniły więc tę samą funkcję co palce prząśniczki, a obracające się wrzeciona nawijały przędzę na szpule nadając jej dodatkowy rozciąg i skręt. Opatentowana w 1769 roku maszyna zwana ramą wodną dostarczała nici nadających się na osnowę tkanin. Odtąd można było w Anglii sporządzać tkaniny z bawełny, nie używając przy tym podlegającej ocleniu importowanej przędzy.Wadą ramy Arkwrighta były zbyt grube nici, nienadające się na tkaniny bardziej wyrafinowane. Problem rozwiązał Samuel Crompton w 1779 roku, konstruując maszynę zwaną mułem. Tak jak muł jest owocem związku osła i klaczy, tak maszyna Cromptona stanowiła połączenie „przędzącej Joasi” z ramą wodną. Z pierwszej przejęła wózek rozciągowy, z drugiej wałki. Nić uzyskiwana dzięki mułowi była cienka i wytrzymała, a jakością nie ustępowała importowanej. Obie maszyny wzajemnie się uzupełniały. Dzięki tym maszynom rynek zalała masa przędzy. Tymczasem wydajność tkaczy używających ręcznych krosien nie wzrosła od czasu latającego czółenka. Choć liczba chałupników trudniących się tkactwem stale się zwiększała i w 1806 roku dwukrotnie przekroczyła liczbę robotników fabrycznych zatrudnionych przy przędzeniu, tkactwo pozostawało piętą achillesową nowego przemysłu. Chałupnicy dyktowali przedsiębiorcom wygórowane stawki, a pracowali tylko tyle, na ile mieli ochotę. Tkacz dostawał wynagrodzenie od sztuki, a po sobotniej wypłacie szedł do gospody, gdzie pił na umór przez kilka dni, by dopiero koło wtorku niemrawo zasiąść do krosna. Zachowanie tkaczy potwierdzało panującą wówczas powszechnie opinię, że człowiek ubogi powinien zarabiać tylko tyle, ile potrzeba na nędzną egzystencję. Jeśli bowiem jego dochody rosną, natychmiast traci przedsiębiorczość i pracowitość, pogrążając się w alkoholizmie i psującym charakter luksusie. Człowiekiem, który zainicjował zmiany w dziedzinie tkactwa, był ksiądz Edmund Cartwright. Swe rozpoczęte w 1784 roku eksperymenty z mechanicznym warsztatem tkackim traktował jako rodzaj intelektualnej przygody. Gdy jednak prace przyniosły owoce, duchowny założył tkalnię spaloną po kilku miesiącach przez zaniepokojonych chałupników. Cartwright nie stał się fabrykantem, ale w jego ślady poszli inni. W 1803 roku powstało pierwsze sprawne, choć dalekie od niezawodności krosno mechaniczne. Dopiero jednak opatentowanie w 1822 roku krosna mechanicznego Richarda Robertsa oznaczało koniec złotej ery chałupników. Ich liczebność osiągnęła apogeum w początku lat 20., by systematycznie zmniejszać się aż do całkowitego zaniku 40 lat później. Zanim do tego doszło, żyjący w nędzy i pracujący intensywnie za głodowe stawki tkacze ręczni trafili na karty zaangażowanej społecznie literatury, prasy, radykalnej publicystyki i dzieł socjalistów. Maszyna Arkwrighta zapowiadała rewolucyjną zmianę organizacji pracy. Była zbyt wielka, by napędzały ją ludzkie mięśnie, musiała więc bazować na centralnym źródle zasilania. To z kolei wymagało zgromadzenia pracowników w jednym miejscu. Choć perukarski interes Arkwrighta rozwijał się pomyślnie, to był on zbyt ubogi, by samodzielnie rozpocząć działalność we włókiennictwie. Nie stać go było na opłacenie kosztów postępowania patentowego. Musiał więc zawiązać spółkę z przedsiębiorcami z Nottingham, którzy mieli być odbiorcami przędzy. We wrześniu 1769 roku Arkwright wydzierżawił budynki, zaczął konstruować maszyny, zatrudniać ludzi i kupować konie do napędzającego maszyny kieratu. Zanim jednak ukończono organizację zakładu, zapadła brzemienna w skutki decyzja, że końskie mięśnie zastąpi koło wodne. Dzięki temu można będzie mnożyć dowolnie liczbę wrzecion, zwiększając wydajność i zyski. Fabryka powstała w miejscowości Cromford nad rzeką Derwent. Walorem była miejscowa siła robocza – rodziny pracujących w pobliżu górników rudy ołowiu. Poza tym nowa lokalizacja miała same wady: brak dróg i oddalenie o kilkadziesiąt mil od miast. Wkrótce na pustkowiu wyrósł pięciokondygnacyjny murowany budynek. W halach na dolnych kondygnacjach ulokowano najcięższe przędzarki. Stały w dwóch rzędach, zwrócone do siebie tyłem, z zachowaniem wąskiego przejścia. Przenoszące napęd korbowody i koła zębate mocowano pod sufitem, skąd zwieszały się skórzane pasy napędowe. W halach panował nieustanny hałas, mieszały się ze sobą świst przędzarek i skrzypienie kół zębatych. Temperatura sięgała 28 stopni Celsjusza, a okien nie otwierano, by przeciąg nie poplątał przędzy. Na trzeciej i czwartej kondygnacji zgrzeblano surową bawełnę, początkowo ręcznie, potem z pomocą maszyn opatentowanych przez Arkwrighta w 1775 roku. Na ostatniej kondygnacji przeprowadzano prace wykończeniowe. Podobny układ powtarzał się w innych fabrykach. „Arkwright zapoczątkował budownictwo fabryczne, my wszyscy patrzyliśmy na to, co robi, i naśladowaliśmy jego sposób budowania”, przyznawał jeden z konkurentów. Produkcja w Cromford ruszyła w 1772 roku. Główną przeszkodą w rozwoju były przepisy obciążające sprzedaż wyrobów bawełnianych wysoką akcyzą. Zwracając się do parlamentu, argumentowano, że kwestionowane prawo mija się z celem, ponieważ zamiast chronić angielski przemysł, niszczy go. Wszak tkaniny bawełniane wytwarzane są obecnie w Anglii, a jedynie surowiec pochodzi z importu. Podkreślano, że nowy przemysł da zatrudnienie tysiącom ubogich, dostarczając przy tym dochodów skarbowi. Po dwóch latach walki z wpływami wełnianych lobbystów, parlament zniósł ustawy o akcyzie. Bawełna pokonała wełnę. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Dochody celne z importu bawełny wzrosły dwudziestokrotnie w latach 1775 – 1780, by w ciągu kolejnych trzech lat zwiększyć się jeszcze osiemnastokrotnie! W międzyczasie Arkwright uzyskał patenty na maszyny do zgrzeblania bawełny. Zapewniło mu to niemal monopol na wszystkich etapach produkcji bawełnianej przędzy. Jak każdy posiadacz ważnego przez kilkanaście lat patentu musiał teraz wygrać wyścig z czasem i konkurencją. Wkrótce więc w Cromford powstała kolejna, jeszcze większa fabryka zatrudniająca 1200 osób. Jak na epokę, w której normą były warsztaty rzemieślnicze i chałupnictwo, były to liczby imponujące. A miał też Arkwright udziały w kilkunastu dalszych fabrykach w Anglii i Szkocji. Kariera Arkwrighta nie była pozbawiona trudności. Z jednej strony trzeba było przezwyciężyć opór chałupników wobec maszyn i nowej organizacji pracy, z drugiej zaś walczyć z konkurencją i kryzysami dotykającymi nowy przemysł. Pierwszy z nich wiązał się z wojną o niepodległość brytyjskich kolonii w Ameryce. W 1778 roku buntownicy zawarli sojusz z Francją, a do wojny przystąpiły Hiszpania i Holandia. Zdobycie przez Francuzów karaibskich wysp św. Wincentego i Granady, aktywność floty holenderskiej na Atlantyku oraz zablokowanie Gibraltaru przez Hiszpanów zmniejszyły import bawełny o 20 proc. Angielscy robotnicy, których byt stanął pod znakiem zapytania, winą za to obarczali nie sytuację polityczną, lecz maszyny. W październiku 1779 roku kilkutysięczny uzbrojony tłum zaatakował i zniszczył przynajmniej dziesięć fabryk bawełnianych w Lancashire. Spłonął dopiero co wzniesiony wielki zakład Arkwrighta w Bircakre, przez kilka dni zagrożone było Cromford. Choć zamieszki ustały, a ich przywódcy trafili do więzień, przedsiębiorcy musieli się liczyć z podobnymi wystąpieniami w przyszłości. Największe miały miejsce w latach 1811 – 1813 i rozlały się na kilka hrabstw. Zaczęły się od rozruchów w Nottingham, by z czasem przyjąć formę zorganizowanych napadów na fabryki, sklepy i rezydencje fabrykantów. Ale najważniejszym celem podwładnych „generała Ludda”, jak określali się buntownicy, było niszczenie maszyn. Rzecz charakterystyczna, że ofiarą padały te spośród przędzarek, które miały więcej wrzecion niż przeciętna spinning Jenny używana przez chałupników. Rozruchy opanowano dzięki egzekwowaniu kary śmierci za niszczenie maszyn (przeciw czemu protestował w parlamencie lord Byron) oraz straceniu lub deportacji do Australii wielu uczestników rozruchów. Protest luddystów był wyrazem desperackiego oporu przeciw łamaniu tradycyjnej ekonomii moralnej, której najważniejsze zasady – sprawiedliwość, poszanowanie niezależności drobnych producentów i bezpieczeństwo socjalne – stały w opozycji do systemu fabrycznego. Sukces Arkwrighta jako przemysłowca był oszałamiający. W ciągu 20 lat, od uruchomienia produkcji w Cromford do śmierci w 1792 roku, awansował on z pozycji człowieka wartego marne pięć funtów do rangi jednego z najbogatszych przedsiębiorców, którego aktywa trudno nawet zliczyć. Jego majątek oceniano na pół miliona funtów. Syn Richard Arkwright junior przez następne pół wieku pomnożył go znacznie. Umierając w 1843 roku wart był ponad 3 miliony funtów i otwierał listę najbogatszych Anglików spoza szeregów starej arystokracji.Pieniądze nie były w owej epoce jedynym wyznacznikiem społecznej pozycji. W 1786 roku Arkwright doczekał się nobilitacji z rąk króla. Rok później został mianowany szeryfem hrabstwa Derbyshire, co łączyło się z przewodniczeniem sesjom sądowym. Uroczyste pojawienie się nowego szeryfa było tak okazałe, że opisano je obszernie w gazetach. A było o czym pisać. Wielkiej, bogato zdobionej i oczywiście kosztownej karecie towarzyszył kilkudziesięcioosobowy orszak konnych odzianych w wymyślne liberie, przypominające mundury królewskiej gwardii. Na przedzie jechali trębacze w fioletowo złotych uniformach. „Nie można nie poinformować czytelników – pisał reporter – że podczas całej sesji sir Richard zapewniał wspaniały stół z wyborem win dla wszystkich dżentelmenów chcących wziąć udział w tych szacownych bankietach”. Choć w Anglii bariery społeczne były słabsze niż na kontynencie i awans plebejskich arywistów do elity nie należał do rzadkości, współcześni nie mogli sobie odmówić złośliwych uwag o Arkwrighcie. Krytykowano jego grubiańskie słownictwo i plebejski wygląd skryty pod niedopasowanymi z reguły ubiorem i peruką. Niekiedy dawano mu to odczuć. Pewien arystokrata miał go w towarzystwie zapytać „czy to prawda, że był pan kiedyś fryzjerem?”. Doczekał się natychmiastowej odpowiedzi: „Prawda, sir. Jestem pewien, że gdyby pan milordzie był kiedyś fryzjerem, to pozostałby pan nim do dziś”. Za pewnością siebie krył się jednak kompleks. Stąd zakup majątku Cromford w pobliżu fabryki, budowa na jego terenie pałacu w stylu normańskim, rezydencja w Londynie, lekcje wymowy, gramatyki i ortografii, które Arkwright pobierał aż do śmierci. Sir Richard Arkwright zmarł u progu „wielkiej rewolucji bawełnianej”, do której walnie się przyczynił. Już za jego życia zaczęły się zmiany w obrotach i strukturze angielskiego handlu, które w ciągu półwiecza uczyniły z Wielkiej Brytanii warsztat świata. Koniec wojny amerykańskiej w 1782 roku pociągnął za sobą skokowy wzrost importu surowej bawełny z 5 do 12 mln funtów (wagi) rocznie. Wzrostu popytu zmuszał do poszukiwania nowych źródeł surowca. Karaiby (30 proc. importu), Indie, Turcja, Senegal i Brazylia już nie wystarczały. W ostatniej dekadzie XVIII wieku na horyzoncie pojawił się nowy dostawca: zatrudniające czarnych niewolników plantacje z południowych stanów USA. Pochodzący stamtąd surowiec stanowił dotąd jedynie margines, bowiem amerykańska bawełna miała krótkie włókna, a jej oczyszczenie z nasion było pracochłonne. Przełomem okazała się odziarniarka, mechaniczne urządzenie skonstruowane przez amerykańskiego mechanika Eli Whitneya, które zautomatyzowało proces. Odtąd udział amerykańskiej bawełny w imporcie do Anglii dynamicznie rósł. W roku 1815 już ponad połowa surowca pochodziła z USA, a w następnych dekadach udział ten rósł do ponad 80 proc. Działo się tak, bowiem za funt bawełny z USA płacono pół pensa, podczas gdy ta sama ilość z Egiptu kosztowała o połowę, a i z Indii o całe 100 proc. więcej. Indie utraciły rynki zbytu na swe wytwory, a nawet przestały się liczyć jako eksporter surowca. Więcej, od 1804 roku wyroby bawełniane stały się głównym angielskim towarem eksportowym docierającym także do Indii. Ponieważ odbiorcy nie byli bogaci, przeto Anglicy specjalizowali się w masowej produkcji najtańszych tkanin. Odbiło się to w końcu na nich niekorzystnie. Gdy u schyłku XIX wieku Amerykanie używali przędzarek obrączkowych i krosien mechanicznych Northtropa, w Manchesterze maszyny te się nie przyjęły. Wprawdzie były wydajniejsze, ale wymagały wysokiej jakości surowca. To zaś podniosłoby ceny ponad możliwości masowego odbiorcy. Gdy w 1929 roku rozpoczął się wielki kryzys, jedną z jego głównych ofiar w Anglii stał się technologicznie zacofany przemysł bawełniany Manchesteru. Choć jego agonia miała trwać jeszcze kilka dziesięcioleci, to kres przemysłu, na którym opierało się angielskie imperium, był nieunikniony. Hic transit gloria mundi. Dr hab. Michał Kopczyński - historyk, pracuje w Instytucie Historycznym UW, zajmuje się historią gospodarczą
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL