fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Aleksander Hall: Dowód politycznej głupoty

Aleksander Hall
Fotorzepa/ Piotr Wittman
Najpoważniejszą wadą obecnej Platformy jest brak tożsamości ideowej i politycznej. A wyborcy chcą wiedzieć, z kim mają do czynienia. PO nie ma też wyrazistego przywództwa – pisze publicysta.

W wyborach prezydenckich z całego serca życzyłem zwycięstwa Bronisławowi Komorowskiemu, ale z szacunkiem i uwagą wysłuchałem przemówienia Andrzeja Dudy wygłoszonego w trakcie zwycięskiego dla niego wieczoru wyborczego. Było to dobre przemówienie, w którym przyszły prezydent zapowiadał działanie na rzecz odbudowania wspólnoty Polaków.

Oburzająca diagnoza


Rzeczywiście jest to jedno z najpoważniejszych zadań stojących nie tylko przed przywództwem państwa, ale całym narodem. Polacy są głęboko podzieleni w ocenie stanu kraju i jego najnowszej historii. W sprawach publicznych nie mają też wspólnych autorytetów. Nawet uroczystości z okazji świąt narodowych są okazją do demonstrowania politycznych podziałów.

Byłoby więc ze wszech miar słuszne, aby przyszły prezydent Polski podjął działania na rzecz odbudowania narodowej wspólnoty Polaków. Niezależnie od intencji Andrzeja Dudy nie będzie to jednak możliwe, jeśli wyraźnie się nie zmieni linia polityczna Prawa i Sprawiedliwości. Jak można odbudować poczucie wspólnoty Polaków, gdy liderzy tego ugrupowania głoszą, że Polska jest kondominium niemiecko-rosyjskim, i to znajdującym się w ruinie, a prezydent Lech Kaczyński zginął w wyniku rosyjskiego zamachu, w którym maczali też palce jego polscy adwersarze spod znaku PO? Gdy stawia się taką diagnozę stanu Polski, zrozumiałe staje się śpiewanie w trakcie uroczystości religijnych i narodowych: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie...". Olbrzymia część narodu takiej diagnozy nigdy nie zaakceptuje i będzie na nią reagować z oburzeniem.

Prawdą jest, że w kampanii wyborczej Andrzej Duda, chociaż obraz sytuacji społeczno-gospodarczej kraju przedstawiał w czarnych barwach, nie poruszał tematów należących do żelaznego repertuaru Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Pokazał inne, znacznie bardziej przyjazne oblicze PiS. Jednak wyborcy, którzy mu zaufali, podjęli ryzykowną inwestycję. Zawierzyli słowom i obrazowi kandydata na prezydenta, niewiele o nim wiedząc.

Powrót IV RP

Prawdziwy sprawdzian, kim jest on naprawdę jako polityk, nastąpi jesienią po wyborach parlamentarnych. Może się wówczas okazać, że prezydent Andrzej Duda wybił się na niepodległość, będzie rzeczywiście zabiegać o to, aby stać się prezydentem wszystkich Polaków i wpłynąć na ewolucję swego macierzystego ugrupowania w kierunku większego umiaru i szacunku dla polskiej państwowości kształtowanej od 1989 roku. To pozytywny scenariusz.

Jednak bardzo prawdopodobny jest także inny – negatywny: uznanie przez prezydenta – z przekonania czy z powodu braku własnej silnej indywidualności – dotychczasowej hierarchii w jego politycznym obozie. Oznaczałoby to całkowitą dominację Jarosława Kaczyńskiego nie tylko nad PiS, ale zapewne w państwie, gdyż to PiS po zwycięstwie Andrzeja Dudy jest zdecydowanym faworytem wyborów parlamentarnych. To zwycięstwo doda prezesowi tej partii wielkiej energii w kampanii parlamentarnej, w której prezydent będzie zapewne apelował do rodaków, aby wybrali większość parlamentarną umożliwiającą mu zrealizowanie jego obietnic wyborczych.

Moim zdaniem tylko jakieś fundamentalne błędy w kampanii, takie jak wybicie na pierwszy plan narracji smoleńskiej w wersji Macierewicza, mogłyby pozbawić PiS roli faworyta w jesiennych wyborach. Nie wiem, kim politycznie jest Andrzej Duda, ale dobrze wiem, kim jest Jarosław Kaczyński. Nie mam wątpliwości, że jako premier wróciłby do realizacji projektu IV Rzeczypospolitej, niedokończonego w 2007 roku z powodu przegranej w wyborach parlamentarnych.

Wizytówka PO

Szanse PiS na zwycięstwo na jesieni zwiększają się ze względu na stan, w jakim się znajdują konkurenci tego ugrupowania. Wątpliwe, aby PO zdołała się do wyborów odbudować i stanąć w mocnym szyku bojowym. W obecnej chwili jest dość zdemoralizowaną i zadufaną w sobie partią władzy, najwyraźniej zmęczoną dwoma kolejnymi kadencjami, w których sprawowała rządy. Jest w niej wielu wartościowych ludzi, ale to nie oni nadają jej ton.

Dzisiaj wizytówką PO są raczej minister sportu Andrzej Biernat i wiceminister zdrowia Sławomir Neumann, którzy dwa dni po wyborach prezydenckich uznali za stosowne dać do zrozumienia, że przegrana Bronisława Komorowskiego nie dotyczy Platformy i nastąpiła na jego własne życzenie. Takie wypowiedzi wiele mówią o poziomie moralnym i intelektualnym tych polityków. Mówienie z lekceważeniem o wciąż urzędującym prezydencie, który przez wiele lat z ramienia PO pełnił ważne funkcje państwowe, to ewidentny dowód braku elementarnego wyczucia etycznego i dobrych manier, ale to także dowód politycznej głupoty, gdyż wyraża lekceważenie dla ponad ośmiu milionów wyborców, którzy oddali głos na Komorowskiego. Wątpię, aby PO kiedykolwiek mogła liczyć na taki wynik.

Najpoważniejszą wadą obecnej Platformy jest brak tożsamości ideowej i politycznej. A wyborcy chcą wiedzieć, z kim mają do czynienia. PO nie ma też wyrazistego przywództwa. Ten czynnik – moim zdaniem – nie jest jednak aż tak ważny jak brak wyraźnego kierunku, w którym pragnie się zmierzać.

Lewica jeszcze nigdy w III Rzeczypospolitej nie była w tak złym stanie jak obecnie. SLD przegrał sromotnie wybory prezydenckie. Nic nie wskazuje na to, że konkurencyjny wobec partii Leszka Millera projekt Wolność i Równość, stanowiący konglomerat różnych postaci połączonych niechęcią do przywództwa tego polityka w Sojuszu, zaistniał przed wyborami jako przekonująca propozycja polityczna. SLD będzie w najbliższych wyborach walczyć o polityczne przeżycie, a ewentualni konkurenci na lewicy o dostrzeżenie ich przez Polaków. Do Sejmu wejdzie zapewne PSL, ale z pewnością nie należy oczekiwać, by w znaczący sposób poprawiło swą obecną pozycję. Partia Janusza Korwin-Mikkego, nawet jeśli przekroczy pięcioprocentowy próg wyborczy, co wcale nie jest pewne, z pewnością nie będzie w przyszłym Sejmie siłą znaczącą.

Inaczej sprawy się mają z dwoma nowymi ugrupowaniami: Pawła Kukiza i Ryszarda Petru.

Pierwsze może uzyskać niezły wynik („niezły" to moim zdaniem rezultat zbliżony do 10 proc.), ale nie powtórzy rezultatu swojego lidera z wyborów prezydenckich. Dlaczego? Nie ulega wątpliwości, że głosowanie na Kukiza nie wynikało z racji programowych, ale było wyrazem protestu wobec poziomu obecnej klasy politycznej i – szerzej – niezadowolenia ze stanu spraw kraju, a zwłaszcza perspektyw młodego pokolenia. Start w wyborach parlamentarnych wymaga jednak przedstawienia mniej więcej spójnego pozytywnego programu i znalezienia w kraju kilkuset wiarygodnych kandydatów zdolnych do reprezentowania go. To zadanie jest zdecydowanie trudniejsze od wyrażenia protestu.

Duże szanse na uzyskanie sejmowej reprezentacji z niezłym wynikiem ma także ugrupowanie Ryszarda Petru, zwłaszcza jeśli stanie za nim autorytet Leszka Balcerowicza. PO od dłuższego czasu zawodziła swych najbardziej wolnorynkowo i reformatorsko nastawionych zwolenników. Wiele wskazuje na to, że tym razem otrzymają interesującą propozycję.

Brak konserwatywno- liberalnej formacji

Tak rysuje mi się przybliżony kształt przyszłego Sejmu, w którym zapewne ugrupowaniem numer jeden będzie PiS. Czy taki kształt Sejmu mi się podoba? Nie. Jakiego nurtu najbardziej mi w nim będzie brakowało? Silnej konserwatywno-liberalnej formacji, jaką u swych początków deklarowała się PO, ale nigdy się nią w rzeczywistości nie stała, a dziś jest dalej od wyrażania takiej tożsamości, niż była kiedykolwiek w przeszłości.

Autor jest historykiem i politykiem. W czasach PRL lider opozycyjnego konserwatywnego Ruchu Młodej Polski, w III RP m.in. Unii Demokratycznej, Partii Konserwatywnej i Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA