fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Bronisław Misztal: Porażka realizmu politycznego

Fotorzepa, Dominik Pisarek
W Europie polityka staje się dzisiaj bardziej płaszczyzną spotkania wartości i ideałów aniżeli kalkulacji czy manipulacji obietnicami – pisze socjolog.

Dynamikę stosunków politycznych, zarówno w wymiarze międzynarodowym, jak i narodowo-państwowym, próbowano przez lata interpretować w sposób metaforyczny. Najbardziej przekonująca, zwłaszcza dla średnio wykształconych polityków, była koncepcja świata jako wielkiej szachownicy, na której gracze – z reguły kilku – pochłonięci są strategiczną grą. Przesunięcie pionka powoduje kontrakcję przeciwnika. Szach, mat.

Gdy mocarstwo zła próbuje wkroczyć i zagrozić naszej wieży, wykonujemy kolejny ruch. Wszystko zgodnie z przyjętymi regułami gry. Określają one, co możemy zrobić, gdy oponent wykona ruch. Graczami są prezydenci, rządy, generałowie, ministrowie obrony, sztaby strategów. Reguły określają także, na jakie pole może się przesunąć oponent. Chwila nieuwagi lub zbyt słaba obrona i szach. Teorie powstrzymania czy odstraszania ataku nuklearnego także wpisują się w wizję świata jako szachownicy.

Instrumentalizacja strategii

Nie inaczej jest zresztą w wymiarze polityk narodowych. Kilku graczy zasiada do krajowej rozgrywki. Kampanie wyborcze przyjmują formę czatowania na nieostrożny ruch przeciwnika. Doradcy wypatrują, które niezagospodarowane przez oponenta pole można zająć jednym szybkim ruchem.

Szachownica pozwala na instrumentalizację strategii. W gruncie rzeczy każda strategia, która prowadzi do celu, jest dobra. Osiągnięcie celu nie rodzi implikacji związanych ze znaczeniem kolejnych pól, jakie się zajmowało po drodze. Po zakończeniu rozgrywki gracze zajmują się ustawianiem pionków. A za kilka lat rozpoczynają kolejną partię szachów.

Graczami są partie polityczne, grupy interesów, klasy społeczne, grupy etniczne czy narodowe. Trywializują one politykę, pozbawiając ją wartości samoistnych. Wszystko się staje względne, wszystko się sprowadza do rozgrywki na szachownicy krajowych lub międzynarodowych układów. Pojawiają się też zawodowi nosiciele i powiernicy szachownic, obserwatorzy rozgrywek, doradcy, kibice, a także teoretycy, których sposobem życia i sposobem bycia jest przekonywanie społeczeństwa o tym, że gdziekolwiek spojrzeć, tam mamy albo globalną, albo lokalną szachownicę.

Filozofia szachownicy zdominowała, zdawałoby się, wizję naszego świata. Pojawiła się też nowa dziedzina refleksji politycznej – probabilistyka rozgrywek – analiza, który gracz może przyjąć którą strategię.

Przed kilkoma tygodniami prowadziłem, jako część dyplomacji publicznej, otwarty wykład na temat nowej architektury Unii Europejskiej czy wręcz nowej dynamiki świata. Rozmawialiśmy o kwestiach suwerenności, solidarności społeczeństwa, odpowiedzialności rządów, pamięci historycznej pokoleń, obywatelstwa oraz o problemach wynikających z kosmopolityzmu Zachodu w zderzeniu z nowymi nacjonalizmami. W auli mozaika narodów i losów historycznych. W wykładzie jak w soczewce koncentrowały się najważniejsze elementy wielkich debat politycznych na płaszczyźnie międzynarodowej, także coraz częstszych napięć między państwami, oraz elementy debat narodowych.

Koncepcja wielkiej gry w szachy, czy to w skali międzynarodowej, czy krajowej, nie odciskała się jednak w żadnym stopniu na poglądach i postawach słuchaczy. Debatę bowiem zdominowały poglądy nowego pokolenia, generacji Z. Poglądy te, metaforycznie, przestały odzwierciedlać kwadratowe pola szachownicy. Dwudziestoletni Francuzi i Niemcy, Portugalczycy i Amerykanie, Grecy i Włosi, Polak i Syryjczyk patrzą na świat inaczej niż ich poprzednicy. Nie postrzegają ograniczających, inkluzywnych ram obywatelstwa narodowego jako czegoś istotnego. Nie są egoistami i daleko im do narcyzmu baby boomers. Ani konsumpcja materialna, ani formalna edukacja, dyplomy, rozmowy kwalifikacyjne i nudna praca nie są dla nich wyznacznikami pozycji społecznej. Są wielkimi romantykami, idealistami, dla których zafascynowanie światem materialnym tzw. pokolenia milenialistów jest czymś niezrozumiałym, niepotrzebnym i pustym.

Dzisiaj, w obliczu kolejnej fali wyborów narodowych, politycy wielu krajów zmierzą się z wyborcami innymi mentalnie od swojego starszego rodzeństwa, od poprzednich pokoleń. Nawet trudno powiedzieć, że zanika łatwowierność i naiwność polityczna tej znacznej grupy społecznej. Przede wszystkim odróżnia ich inny locus autorytetu: przesunął się on z mediów masowych, z ekranów telewizyjnych czy debat przedwyborczych do nowych mediów społecznościowych, gdzie przecinając dawne geograficzne i klasowe granice, pojawiają się nowe osobowości transnarodowych komunikatorów, czasami realnych (Tavi Gevinson), czasami wyimaginowanych (Katsnoss Everdeen). Zaufanie buduje się nie za pomocą przyjemnego wizerunku (Katsnoss wręcz mówi, że najbardziej obawia się tych przyjemniaczków) czy obiecywanej agendy politycznej, ale na podstawie faktycznie realizowanej wspólnoty wartości moralnych.

Pokolenie Z

Liczą się ci, którzy dowiedli, że można na nich polegać, i dla których polityka nie jest czteroletnim spektaklem. Niedawno rozmawiałem z osobą, której fanpage (oparty na konsensusie wartości, a nie na skandalizowaniu) ma ponad 800 tys. stałych czytelników, a przy niektórych wpisach liczba ta zwiększa się czterokrotnie. Uzyskanie 100 czy 200 tys. podpisów zabrałoby w tym przypadku zapewne nie więcej niż godzinę. Dla pokolenia „Z" liczy się odnaleziona na nowo prywatność (i nie jest to niedawna intymność w sieci), czego dowodem może być popularność programu „Snapchat", pozwalającego na samozniszczenie przekazywanych komunikatów i zdjęć w ciągu kilkunastu sekund, zanim sięgnie po nie ręka służb śledczych. Pokolenie Z i jego filozofia życiowa kontrastuje z wcześniejszą generacją Y (uosabianą choćby przez Yoanni Sanchez) czy generacją X, bo nie da się wtłoczyć w kwadraturę szachownicy. Dzisiaj to pokolenie stanowi jedną czwartą ludności świata i wkrótce stanie się najistotniejszym wyznacznikiem polityki.

Kilka dni temu w Waszyngtonie ukazała się książka Jonathana Raucha postulująca powrót tzw. realizmu politycznego w Ameryce realizowanego przez wielkie machiny polityczne na drodze zakulisowych konsultacji określanych mianem „back alley deals". Żałosna to koncepcja. We Włoszech, w Holandii, w Portugalii czy w Polsce polityka staje się dzisiaj bardziej płaszczyzną spotkania wartości i ideałów aniżeli kalkulacji czy manipulacji obietnicami. W Unii Europejskiej, naszym większym domu, jak i w samej Polsce, naszej małej ojczyźnie, nowe pokolenie Z wnosi i wnosić będzie ciekawość, niepowtarzalność i niepodatność na kwadraturę szachownicy. To z nimi warto rozmawiać.

Autor jest profesorem socjologii i dyplomatą. Obecnie jest ambasadorem RP w Portugalii. Artykuł wyraża jego osobiste poglądy

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA