fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Wyborcy chcą natychmiastowego podniesienia stopy życiowej

Fotorzepa, Kar Karol Zienkiewicz
Wybory w Polsce odbywają się niedługo po wyborach greckich. Jak pamiętamy, w Helladzie zwyciężyli ludzie znikąd ze skrajnie populistycznym programem: żadnych reform, powrót do odebranych przywilejów, powszechny dobrobyt dla wszystkich.

W Polsce, mimo skrajnie odmiennej sytuacji gospodarczej (Grecja przeżywa największe dotąd załamanie gospodarcze XXI wieku, Polska notuje najwyższe tempo wzrostu w Europie), może być podobnie. Wskazują na to zarówno wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich, jak i aktualne sondaże pokazujące poparcie dla partii.

Wybory prezydenckie odbywają się pod wspólnym hasłem: „Nikt nie da ci tyle, ile ja obiecam". Wyniki sondaży potwierdzają, że największe szanse na wygraną ma ten polityk, który obiecuje najwięcej. Od tej – przynajmniej pozornie logicznej – zasady jest jednak wyjątek: Paweł Kukiz, piosenkarz i celebryta. Uzyskał 20-proc. poparcie, nie przedstawiając żadnego programu i ograniczając się do sloganu, że Polskę należy przywrócić obywatelom. Ogłosił poza tym niesprecyzowany bliżej zamiar „uratowania polskiej gospodarki i stworzenia miejsc pracy dla rozwoju Polski" oraz postulat jednomandatowych okręgów wyborczych (choć doświadczenia z ostatnich i przedostatnich wyborów do Senatu pokazują, że w systemie JOW wszystko bierze jedna z dwóch największych partii, będąca aktualnie na topie).

To, jak ludzie głosują, pozwala określić, czego oczekują. Oczekiwania te podzieliłbym na trzy grupy. Po pierwsze, chcą natychmiastowego podniesienia stopy życiowej. Dlatego głosują za: podwyższeniem płac, obniżeniem podatków przez radykalne podniesienie kwoty nieopodatkowanej, obniżeniem wieku emerytalnego, znacznym zwiększeniem dodatków rodzinnych.

Po drugie, środki niezbędne do sfinansowania tych żądań mają być pozyskane z opodatkowania sieci handlowych i banków. Nie sądzę, żeby ludzie byli arytmetycznymi analfabetami do tego stopnia, by wierzyć, że z tych źródeł da się pozyskać 80 mld zł. A tyle, według skromnych szacunków, kosztowałyby zmiany kwoty wolnej od podatku, wieku emerytalnego i dodatków rodzinnych. Sądzę, że chęć zabrania pieniędzy tym, którzy je mają (w rewolucyjnej Rosji wdzięcznie nazywano to „dałoj burżuja"), jest tak silna, iż przesłania dość oczywisty wniosek: dodatkowe opodatkowanie banków przełoży się na wyższe oprocentowanie kredytów i niższe lokat, a w przypadku sieci handlowych – na wyższe ceny. W efekcie dodatkowe daniny zapłacą obywatele.

Największą popularnością cieszą się jednak postulaty wprowadzenia zakazów. Tak chyba trzeba rozumieć hasła: „Czas na zmiany" czy „Przywrócić Polskę". I nieważne, że zakazy dotyczą nieistniejących zjawisk. Ważne, aby: zakazać wprowadzenia euro, którego nikt nie chce wprowadzać; zakazać prywatyzacji lasów, których nikt nie chce prywatyzować; zakazać prywatyzacji rzek, które nigdzie na świecie nie są prywatne; zakazać wyprzedawania ziemi obcokrajowcom, których własność można mierzyć w promilach areału.

Nie wiem, czy już w tegorocznych wyborach program składający się z tych trzech punktów zwycięży. Ale uważam to za dość prawdopodobne. Tu jednak ponownie kłania się przykład Grecji. Tam okazało się, że po zwycięskich wyborach trzeba schować najbardziej populistyczne hasła do szuflady i powrócić do w miarę normalnej gospodarki. Tyle że z pewnymi stratami zarówno finansowymi, jak i wynikającymi z upływu czasu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA