fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Tomasz Krzyżak: Biskupi z dala od politycznych przepychanek

Tomasz Krzyżak
Fotorzepa/Waldemar Kompała
Ostrożnie o wyborach

Ta kampania pod pewnymi względami jest wyjątkowa. Po raz pierwszy (a tegoroczne wybory są szóstymi prezydenckimi w III RP) politykom nie udało się wciągnąć w przedwyborczą debatę przedstawicieli Kościoła hierarchicznego. Biskupi, ale i zdecydowana większość duchownych, zachowali w niej daleko posuniętą powściągliwość.

W przeszłości bywało z tym różnie. Hierarchowie nie ukrywali swoich sympatii politycznych, a niektórzy podejmowali próby mediacji między zwaśnionymi partiami. Dość wspomnieć kampanię z 1990 r., gdy naprzeciw siebie stanęli Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki. Obaj wywodzący się z obozu solidarnościowego i blisko związani z Kościołem. Biskupi nie kryli sympatii do robotnika z Gdańska. Konsekwencją spychania Mazowieckiego na margines była dramatyczna druga tura, w której Wałęsa zmierzył się z nieznanym Stanem Tymińskim, którego jedynym atutem była tajemnicza czarna teczka.

Pięć lat później było jeszcze gorzej. I wydaje się, że kampania sprzed dwóch dekad była tą, w którą Kościół zaangażował się najmocniej. Prawica nie była w stanie uzgodnić wspólnego kandydata. Stąd w wyborach zamierzało wziąć udział aż pięć osób z nią kojarzonych. Na nic zdały się prace powstałego pod auspicjami prymasa Józefa Glempa tzw. konwentu św. Katarzyny, który miał doprowadzić do wyłonienia jednego kandydata.

Kampanię rozpoczęli Lech Wałęsa, Jan Olszewski, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Lech Kaczyński i Leszek Moczulski. Dwaj ostatni szybko zrezygnowali, ale pozostali przez całe lato oraz jesień 1995 r. odbywali prawdziwe przedwyborcze pielgrzymki. I to dosłownie. Ówczesna prezes NBP, która jednym z atutów uczyniła przynależność do Odnowy w Duchu Świętym, przez cały sierpień odwiedzała idące ku Jasnej Górze pielgrzymki. A kościoły i kaplice zmieniono w miejsca spotkań przedwyborczych. Skończyło się dotkliwą porażką prawicy i zwycięstwem Aleksandra Kwaśniewskiego. Pięć lat później łatwo wywalczył on reelekcję.

W kolejnej kampanii, w 2005 r., biskupi ograniczyli się do apeli o pójście na głosowanie i oddanie głosów na te osoby, które w swoim życiu kierują się nauką Kościoła. Wskazywanie na konkretnych kandydatów zdarzało się wyjątkowo.

Wtedy też biskupi zaczęli posługiwać się metajęzykiem. Choć nie nawoływali do głosowania na Jarosława Kaczyńskiego, niemal wszyscy wiedzieli, że sympatie lokują po jego stronie. Przez to nie uniknęli oskarżeń o wtrącanie się do polityki.

Czy w tegorocznej kampanii księża też się wtrącają? Część osób stwierdzi, że tak. I będą tu wskazywali np. na występ Andrzeja Dudy w sanktuarium w Strachocinie na Podkarpaciu. Inni za wtrącanie się do polityki uznają jasnogórską homilię abp. Stanisława Gądeckiego, gdy w kontekście debaty o in vitro przypominał podstawowe zasady moralne.

Zapłodnienie pozaustrojowe stało się jednym z motywów tej kampanii, ale biskupi tym razem w pełni zastosowali nauczanie Soboru Watykańskiego II dotyczące Kościoła i polityki.

Ojcowie soborowi w konstytucji „Gaudium et spes" dotyczącej misji Kościoła, jego zadań i roli we współczesnym świecie, zapisali, że „wspólnota polityczna i Kościół są, każde na własnym terenie, od siebie niezależne i autonomiczne". Konstytucja ta przyznaje również Kościołowi prawo, a wręcz nawet obowiązek „wydawania osądu moralnego, również o sprawach, które dotyczą porządku politycznego, zwłaszcza gdy wymagają tego fundamentalne prawa osoby albo zbawienie dusz". Soborowy dokument określał też, że działalność polityczną prowadzą osoby świeckie, które winny jednak czerpać z nauczania Kościoła.

Identycznie widział to Jan Paweł II, co wyraził w adhortacji „Christifideles laici". Polski papież podkreślał, że katolik musi być obecny w polityce, by „przynosić chwałę Ewangelii i Kościołowi". Wszędzie ma dawać świadectwo wartościom ludzkim i ewangelicznym, które mają wewnętrzny związek z działalnością polityczną. A w spełnianiu tych zadań angażujących się w politykę katolików mają wspierać ich pasterze.

Innymi słowy, Kościół jako wspólnota wierzących może prowadzić politykę przez działalność odpowiednio przygotowanego laikatu, ale hierarchii wolno uprawiać także politykę imperatywu poprzez wydawanie osądu moralnego. I tylko tym w tegorocznej kampanii biskupi się zajmują.

Kilka lat temu papieski biograf George Weigel, pisząc o wizji Jana Pawła II dotyczącej współpracy laikatu i hierarchii, stwierdził, że „jeśli kiedyś życie Kościoła dogoni »Christifideles laici«, fakt ten odmieni oblicze światowego katolicyzmu". Wygląda na to, że w Polsce ta przemiana powoli zaczyna się dokonywać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA