fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Konrad Piasecki: Rewolucja kontra okopy

Konrad Piasecki
Fotorzepa, Dominik Pisarek
Antysystemowcy mogą odebrać władzę PO

Słabnięcie lewicy i ekspansja sił antysystemowych mogą być kluczowymi epizodami w najnowszych dziejach polskiej polityki. Triumfy Pawła Kukiza i Janusza Korwin-Mikkego, idące w parze z atrofią ugrupowań Janusza Palikota i Leszka Millera, będą punktem zwrotnym i przyniosą najpewniej kres utrzymującego się od ośmiu lat stanu, w którym PO mogła być pewna, że – w takim czy innym układzie koalicyjnym – pozostanie przy władzy, a PiS był skazany na samotność i brak koalicjanta.

Od pewnej chłodnej, październikowej niedzieli roku 2007 stan partyjnej gry w Polsce był nadzwyczaj stabilny. Platforma i PiS dzieliły między siebie około 70 proc. politycznego tortu, za ich plecami rozgrywała się walka o to, co zostało z uczty bogów. Ugrupowania, którym udawało się wejść do Sejmu, tylko sporadycznie odgrywały rolę rozgrywających czy choćby języczka u wagi, zwłaszcza że wszystkie demonstrowały niechęć do politycznych romansów z PiS i skłonne były, bez wielkich targów i wstrętów, wejść w koalicję z PO. To dawało rządzącym bezpieczeństwo i poczucie, że czy to z PSL, czy to z SLD, czy wreszcie z wyrosłym w międzyczasie Palikotem będzie sprawować władzę przez długie lata.

Obu kolosom politycznego rynku nie wystarczało jednak nigdy pewne, stałe i oscylujące wokół 30 proc., a dochodzące momentami do 40 proc. poparcie. Oba zerkały łakomie na boki, by zagarnąć tych wyborców, dla których PO–PiS-owa oferta była niewystarczająca. Jarosławowi Kaczyńskiemu zawsze marzył się brak konkurencji po prawej stronie, skutecznie więc – jak się dziś wydaje – przywrócił status quo z 2005 roku.

Platforma wybrała inną taktykę. Skupiła się na zdobywaniu wyborców centrowych, ale przy okazji – odchodzeniem od liberalnych gospodarczo korzeni i wykonywaniem ideologicznych zwrotów – kusiła umiarkowanych lewicowców. Przygarniała też pod skrzydła tych, którzy jak – Bartosz Arłukowicz, Dariusz Rosati czy Marek Borowski – odchodzili od SLD.

W parze z tym szły konflikty wśród ugrupowań lewicy i ich coraz gorsze notowania sondażowe. W efekcie lewica stanęła na krawędzi przepaści. Jeśli – jak się dziś wydaje – do jesiennych wyborów pójdzie rozdrobniona, skłócona i słaba, może się to dla niej skończyć katastrofą. Nawet jeśli zdobędzie jakiś parlamentarny przyczółek – może być on mizerny i czysto symboliczny. A jej obecne fotele parlamentarne zostaną zajęte przez współpracowników Kukiza i Korwina.

Taki układ stworzy zupełnie nową sytuację polityczną. Przypominającą nieco w swych zarysach tę z 2005 roku. Wówczas w ciągu dwóch tygodni oddzielających pierwszą i drugą turę wyborów doszło do zawarcia porozumienia między partią braci Kaczyńskich a ówczesnym antysystemowcem, czyli Andrzejem Lepperem. Efektem tej ugody był nie tylko apel Leppera, by jego wyborcy zagłosowali na Lecha Kaczyńskiego, ale i – w konsekwencji – podpisanie paktu stabilizacyjnego, a potem stworzenie koalicji PiS–Samoobrona–LPR.

Ten scenariusz może się, przynajmniej fragmentarycznie, powtórzyć. Mała jest szansa, by nawet otwarte wsparcie Kukiza i Korwina dało kandydatowi PiS prezydenturę. Ale sytuacja, w której antysystemowcy dostają w wyborach parlamentarnych takie poparcie, że stają się realnym partnerem do rządzenia, wydaje się znacznie bardziej prawdopodobna. A to może rozgrzać emocje kampanii wyborczej do zenitu. Zamienić ją w starcie współczesnego „obozu rewolucjonistów" (PiS, Korwin, Kukiz) z „okopami Świętej Trójcy" (PO, PSL, SLD). Szanse na wygraną wydają się dziś wyrównane.

Wyczerpana i wyjałowiona ośmioma latami rządów PO nie może raczej marzyć o powtórzeniu wyniku z 2011 roku i zdobyciu poparcia dającego jej niemal samodzielne rządy. Z kolei PiS, po spacyfikowaniu rozłamów i po wzięciu pod skrzydła frond Jurka, Ujazdowskiego, Ziobry, Kowala czy Gowina, wydaje się zmierzać pewnie po solidny, ponadtrzydziestoprocentowy wynik. Gdyby Kukizowi z Korwinem udało się utrzymać na fali i zbudować przed wyborami parlamentarnymi jakiś sojusz, a potem dostać poparcie porównywalne z tym, jakie zapewne zdobędą w najbliższą niedzielę, jesienna zmiana na szczytach władzy stanie się więcej niż prawdopodobna.

Autor jest dziennikarzem i publicystą RMF FM i TVN 24

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA