fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Zakończenie mistrzostw świata 2014 w pięcioboju nowoczesnym

Mirosław Żukowski
Fotorzepa, Ryszard Waniek Ryszard Waniek
W warunkach wolnorynkowej gry i przy dyktacie telewizji jedne sporty rosną, inne giną. Niektóre na upadek same pracują, bo nie chcą się zmienić, dają sobą rządzić głupim działaczom, np. amatorski boks, a inne płacą po prostu wysoką cenę za to, że żyjemy w czasach, gdy bieda nie zawsze jest zawiniona, a błogostan zasłużony.
W Warszawie kończą się mistrzostwa świata w pięcioboju nowoczesnym, którymi nikt się nie interesował. Nawet w „Przeglądzie Sportowym" były o tym małe wzmianki, jedna ze smutną puentą, że reprezentant Polski spadł z konia i drużyna zajęła ostatnie miejsce. Bard tego sportu Grzegorz Krzemiński już tej smuty nie dożył, ale Łukasz Jedlewski – naczelny z lat 80. – pisuje jeszcze w „PS" o koszykówce. Jego córka Magdalena była obok Anny Bajan jedną z pionierek kobiecego pięcioboju.
Potem przyszły Barbara Kotowska, Iwona Kowalewska i przede wszystkim Dorota Idzi, która zdobyła w Warszawie mistrzostwo świata (1988). Dorota była gwiazdą, jej twarz znał każdy kibic sportu, mówiąc dzisiejszym językiem: stała się celebrytką dzięki pięciobojowi nowoczesnemu, w co dziś trudno uwierzyć.
W Warszawie kończą się mistrzostwa świata, których nikt nie zauważył
Pięciobój męski to był najpierw wielki Janusz Peciak (dla znajomych Gerard), mistrz olimpijski z Montrealu (1976) i pięciokrotny mistrz świata, który jako jeden z niewielu miał odwagę sprzeciwić się władzom, które nakazały bojkot igrzysk w Los Angeles (1984).
Na sportowe sukcesy Gerarda trochę się spóźniłem, poznałem go później już jako trenera. Długiej nocnej rozmowy telefonicznej, gdy mieszkał od dawna w Ameryce, nigdy nie zapomnę. Powstał z tego wywiad, który mógł mieć tylko jeden tytuł: „Sen o Warszawie".
Ale następne pokolenie, w tym mistrzowie olimpijscy z Barcelony (1992) Arkadiusz Skrzypaszek, Maciej Czyżowicz czy Dariusz Goździak, to już moi bohaterowie. Zobaczyłem dzięki nim kawałek świata, bo oni byli wówczas ważni i szanowani przez kibiców, relacje z ich występów gazety drukowały na czołówkach.
Strażnikami świętych ksiąg pięcioboju i sportową potęgą byli w tamtych czasach Węgrzy. Podczas mistrzostw świata w Budapeszcie na bieg przyszły tłumy. I, niestety, gospodarze się nie zachowali. W sztafecie ZSRR startował Wachtang Jagoraszwili, w którego kibice rzucali czym popadło. Podczas bankietu zagadałem do Wachtanga, a ten miał łzy w oczach: „Czy oni niczego nie rozumieją? Jak może Węgier rzucać zgniłym pomidorem w Gruzina startującego w drużynie ZSRR?". Jagoraszwili kilka lat później wyjechał z ojczyzny proletariatu i karierę kończył już jako reprezentant USA. Gerard Peciak o Warszawie też ciągle śni w Ameryce.
Kiedy poprzednim razem pisałem o upadku pięcioboju, pretekstem były mistrzostwa świata w dawnym mateczniku tego sportu, Drzonkowie koło Zielonej Góry. Zbigniew Pacelt, wybitny zawodnik, a potem jeszcze lepszy trener, miał wówczas do mnie żal, że o nim zapomniałem. Teraz nadrabiam to niedopatrzenie. To Twoja, Zbyszku, książka o historii polskiego pięcioboju sprawiła, że w głowie znów zaczął mi się kręcić ten film. Niestety, nie ma w nim happy endu. Nasz sport jest dziś zapomniany przez Boga i ludzi.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA