fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Wenecja 2014: Urlich Seidl na festiwalu w Wenecji

Ulrich Seidl
AFP
Siedzę naprzeciwko Ulricha Seidla. Jesteśmy w weneckim, tenisowym klubie „7". Przy stoliku jest jeszcze z nami tłumacz. Ten sam, który towarzyszy austriackiemu reżyserowi od lat - pisze Barbara Hollender z Wenecji.
Seidl rozumie pytania zadawane po angielsku, ale odpowiada zawsze po niemiecku. Wygląda też tak, jak zawsze. Nieruchoma twarz, z której nie da się odczytać żadnych emocji, wysokie czoło, krótko obcięte włosy, pokaźne zakola. Czarna koszula, czarne spodnie, czarna marynarka. Bardziej przypomina urzędnika z magistratu niż artystę. A jednak w kinie austriackim znaczy tyle, co Elfriede Jelinek w austriackiej literaturze. Zobacz galerię zdjęć
Ostre, prowokujące, kręcone bez znieczulenia dokumenty sprawiły, że nazywano go „pornografem kina" i oskarżano o voyeryzm. Fabuły zamieniły go w jednego z najbardziej pożądanych przez organizatorów festiwali reżyserów europejskich. Seidl powtórzył sukces Krzysztofa Kieślowskiego — każdą z trzech części trylogii „Raj" pokazał na innej wielkiej imprezie: w Berlinie, Cannes, Wenecji. Teraz wraca do dokumentu. Na Mostrę przywiózł film „In the Basement" — „W piwnicy".
— To bardzo prowokacyjny tytuł jak na film austriacki — mówię do Seidla.
— Przez historię Fritzla — odpowiada. — Ale dla mnie to nie jest żadna sensacja. Opowiadam o zwyczajnych ludziach i ich fantazjach.
Ci „zwyczajni ludzie" Urlicha Seidla to istne panopticum. Jeden mężczyzna trzyma w swojej piwnicy „najpiękniejszy prezent ślubny" — portret Hitlera. Drugi wpatruje się w terrarium, w którym olbrzymi wąż jednym gwałtownym ruchem wciąga w siebie, dusi i pożera białe myszy. Jeszcze inny ćwiczy strzelanie do tarcz. Kobieta schodzi do podziemi budynku, żeby tulić lalki przypominające niemowlęta. Niektórzy spotykają się w grupkach i rozmawiają. Bez oporów wygłaszają zdania, których być może nie powiedzieliby głośno gdzie innej. Wylewa się z nich rasizm, poczucie wyższości, niechęć do Muzułmanów.
Jak filmowiec namówił tych ludzi, żeby tak potwornie odsłonili się przed kamerą?
— To przecież nie odbywa się natychmiast, w czasie zdjęć — mówi mi reżyser. — Przygotowuję film miesiącami, oswajam swoich rozmówców, poznaję ich, ufamy sobie nawzajem.
— Czy nie czują się oszukani, gdy potem widzą, jak bardzo są na ekranie obnażeni? — pytam.
— Absolutnie nie. Nie oszukuję ich, wszystko robią świadomie — zapewnia mnie Seidl.
Zastanawiam się, czy on sam nie ma w sobie lęku przed wchodzeniem w ludzkie życie, przed wpływaniem na czyjąś osobowość. Krzysztof Kieślowski przeraził się, gdy bohater „Z punktu widzenia nocnego portiera" przyszedł do niego i powiedział: „Jak pan chce mogę dla pana zabić rybki w akwarium".
— Kieślowski to inny przypadek. Ja nie mam takich problemów — mówi Austriak.
Ucieka od drażliwych pytań. Mówi to, co zawsze: że trzeba nazywać i oswajać swoje obsesje i lęki. Nie zamiatać trudnych spraw pod dywan. I wciąż powtarza, że kręci filmy o zwyczajnych ludziach żyjących w zwyczajnym społeczeństwie. Naprawdę tak myśli? Na moje pytanie, co sam trzyma w piwnicy tylko śmieje się. A ja patrzę na tego człowieka, który na pierwszy rzut oka niczym nie wyróżnia się z tłumu przechodniów i coraz bardziej się go boję.
Barbara Hollender z Wenecji
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA