fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Biały niedźwiedź

Stanisław Remuszko
rp.pl
Od kilku godzin coś ryczało, stękało, chrapało i mlaskało wokół namiotu, w którym przed śniegową nawałnicą schronił się na spoczynek syn polskich emigrantów, stary wytrawny traper Walker.
Wśród poszukiwaczy złota i przygód znany był jako Szwendała, przyjaciele zaś pieszczotliwie nazywali go Wędrowniczkiem. „Diabli tak tańcują, czy wicher i burza?" – zastanawiał się traper zakopany po nos w puchowym śpiworze, ani na moment nie zdejmując żylastej dłoni z wysłużonego colsera (colta-lasera) kaliber 55*. W końcu udało mu się zdrzemnąć.
Gdy o świcie hałasy ucichły, Walker ocknął się i, wdziawszy puchowy skafander, wyszedł przed namiot. „Teraz rozumiem..." – mruknął pod wąsem, widząc w promieniach wschodzącego właśnie słońca rozbebeszone pakunki i przewrócone do góry płozami odrzutowe sanie, obok zaś ogromne tropy białego niedźwiedzia, a każdy wielki jak półmisek szwedzki na sześć osób. „Coś mi się zdaje, że dziś na obiad będą pieczone niedźwiedzie łapy" – zachichotał.
Łyknąwszy z termosu płynu rozgrzewającego i posiliwszy się kęsem wędzonej foczyny, Walker przypiął śnieżne rakiety i ruszył w pogoń. Niedźwiedzie tropy ciągnęły się sznureczkiem cały kilometr na południe, by potem niespodzianie skręcić na zachód. „Into The West" – jął Walker nucić ulubioną piosenkę, ale kilometr dalej dostrzegł, że niedźwiedź znów zmienił kierunek, tym razem podążając wprost na północ. Tropy wyglądały na bardzo świeże; gdyby nie śnieg, można by rzec, że są gorące...
„Nie umkniesz mi, bestyjo!" – powiedział sobie w duchu myśliwy, wyciągnął zza pazuchy broń i puścił się żwawym truchtem. Kilometr dale ujrzał straszny widok: namiot, opuszczony przed niespełna godziną, leżał zwalony, a na saniach, podścieliwszy sobie najlepszą karimatą, siedział ścigany zwierz, pociągając łyk za łykiem z parującego termosu, spluwając siarczyście i zakąszając resztkami foczyny.
– Mój namiot puchowy, mój napitek rozgrzewający, moja foczyna ulubiona! – wrzasnął Walker i wymierzył do niedźwiedzia z colsera.
Biały potwór stanął na dwóch łapach, wyprostował się i... zdjął głowę. Na trapera czujnie patrzyły niebieskie, lekko teraz zamglone oczy Bartusia Obrochty z dalekiej Polski, który w niedźwiedzim przebraniu od lat fotografował się z turystami na Krupówkach. Walker w młodości zaprzyjaźnił się z tym zakopiańczykiem, a obaj bardzo lubili płatać sobie figle.
– Wszystkiego najlepszego w dniu imienin, stary druhu – rzekł Bartuś niewinnie. – To był żart w twoim stylu, więc nie gniewasz się, Wędrowniczku, prawda?
Obaj wybuchnęli śmiechem, zrobili niedźwiedzia (!) i serdecznie ucałowali się z dubeltówki.
Jak miał na imię Walker?
Czytelnikom zaręczam, że odpowiedź na to pytanie, wbrew pozorom, jest ścisła i daje się logicznie uzasadnić. Podpowiem dla ułatwienia, że nie chodzi o Filemona, Mikołaja ani Teodula. Pierwszej osobie, która przyśle imię Walkera pod adresem remuszko@gmail.com, wyślę tabliczkę luksusowej wedlowskiej czekolady z całymi orzechami.
*Kaliber broni laserowej podaje się w długości fal elektromagnetycznych, którymi broń strzela. 55 (nanometrów) oznacza, że Walker posługiwał się colserem na twarde promieniowanie rentgenowskie.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA