fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Obrazoburcze tezy ks. Lemańskiego

Ks. Wojciech Lemański
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Ksiądz Adam Boniecki, który również jeździł na Woodstock, mówi dziś, że woli palić fajkę niż czarownice. Może powinien do palenia zachęcić byłego proboszcza z Jasienicy.
Zgnębiony i poniżony przez Watykan oraz abp. Henryka Hosera ksiądz Wojciech Lemański pojechał szukać ukojenia w ramionach Jurka Owsiaka.
Na Przystanku Woodstock był gościem Akademii Sztuk Przepięknych, gdzie miał m.in. namawiać młodych do wychodzenia z kościołów na znak protestu w trakcie mszy świętej, gdy nie podoba im się kazanie, twierdził również, że Kościół powszechny posługuje się całkiem innym językiem niż ten nad Wisłą. Zmieni się to dopiero wtedy, gdy wymrą biskupi. Obrazoburczych tez Lemańskiego było więcej.
Na dodatek w to wszystko wplotło się jeszcze jakieś kłamstwo. Lemański miał być – wedle niektórych mediów – także na towarzyszącym Woodstockowi Przystanku Jezus, na którym jest kilkuset ewangelizatorów i kilku biskupów. Po co? By głosić Dobrą Nowinę. Ks. Lemański miał rzekomo odprawiać tam mszę, spowiadać, a także dzielić się doświadczeniem z uczestnikami tego spotkania. Kłamstwo ma krótkie nogi i okazało się, że na Przystanku Jezus ks. Lemański, owszem, był, ale jego obecność ograniczyła się jedynie do odprawienia dwóch mszy św. wczesnym rankiem. Nie było żadnych spowiedzi, spotkań itp. Ksiądz Wojciech zrobił sobie kilka zdjęć z Przystankiem Jezus w tle i już.
Kiedy kilka dni temu kuria diecezji warszawsko-praskiej wydała komunikat, że ksiądz Lemański zgodził się na objęcie funkcji kapelana w Centrum Neuropsychiatrii w Zagórzu, wydawało się, że to koniec spektaklu z Lemańskim w roli głównej. Że kapłan znów będzie duszpasterzem, a nie gwiazdą mediów.
Niestety, przemiana była pozorna. Jej zapowiedź można było odczytać kilka dni temu w liście, który napisał do swojego biskupa. Pisał w nim, że ma nadwyrężone zdrowie i że chciałby pójść na roczny urlop, by w międzyczasie studiować judaistykę. To nadwyrężone zdrowie nie przeszkadza, by pojechać do Kostrzyna i rozpocząć kolejny etap gry. A ponieważ sam duchowny ma zakaz wypowiedzi medialnych (nie ma zakazu spotkań z wiernymi), to jego tubą stają się życzliwi mu dziennikarze, którym ponoć – tak jak księdzu Lemańskiemu – zależy tylko na „dobru Kościoła". Ale gdyby ks. Lemańskiemu faktycznie zależało na dobru polskiego Kościoła, to mógłby się stać jednym z ewangelizatorów Przystanku Jezus. Mógłby wejść w tłum woodstockowej młodzieży razem z biskupami Grzegorzem Rysiem, Edwardem Dajczakiem czy Wojciechem Polakiem i wspólnie z nimi podjąć trud rozmowy z młodymi o ich problemach i tym, dlaczego oddalili się od Kościoła.
Wybrał drogę inną. Po raz kolejny idzie na zwarcie. I wie doskonale, że do niczego to nie doprowadzi, że za chwilę pojawi się zdecydowana i ostra reakcja ze strony przełożonych, tego lub innego biskupa. A co zrobi wówczas ksiądz Wojciech? Odegra scenę gnębionego przez hierarchię biednego kapłana, który przecież chce dobrze.
W postępowaniu ks. Lemańskiego można dostrzec sporo analogii do ks. Adama Bonieckiego, który np. nie widział niczego złego w tym, że Nergal publicznie podarł na scenie Pismo Święte. Ks. Boniecki przed laty był autorem równie kontrowersyjnych wypowiedzi jak ks. Lemański. Dziś mówi, że woli palić fajkę niż czarownice. Może powinien do palenia namówić Lemańskiego?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA