fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Państwo zacznie gnić

Afera taśmowa osłabiła pozycję Radosława Sikorskiego
Fotorzepa
Polacy doskonale rozumieją, ?że sednem sprawy jest to, o czym ?i jak rozmawiają politycy, a nie to, ?że ktoś ich nagrał. Rozumieją, że to ich pieniędzmi zgromadzonymi ?w NBP kupczył minister ?Bartłomiej Sienkiewicz z prezesem Markiem Belką – pisze publicysta „Rzeczpospolitej".
Narracja Donalda Tuska sprowadzająca się do tego, że za obecny kryzys odpowiadają wyłącznie osoby, które nagrywały polityków i biznesmenów, a także nowe przesłanie premiera o „zorganizowanej grupie przestępczej" każą postawić wniosek, iż szef rządu nie tylko nie zamierza poddać się ocenie wyborców, ale nawet rozliczyć osób zamieszanych w aferę czy wtargnięcie do redakcji „Wprost". Tusk będzie forsował teorię o złych podsłuchujących i nielegalnie podsłuchanych, którzy z troską pochylają się nad Polską.
Taki sposób zarządzania kryzysem, zwłaszcza przy usłużnych mediach, które już podjęły ton szefa rządu, może przedłużyć trwanie obecnej koalicji przy władzy do przyszłorocznych wyborów. Niestety, oznacza to ogromne straty dla dobra wspólnego.

Rząd w stanie hibernacji

Tak bardzo osłabiony rząd nie będzie bowiem w stanie przeprowadzić żadnych poważnych projektów ani nie będzie podmiotowym partnerem w stosunkach międzynarodowych. Co więcej, jego trwanie przy władzy oznacza kolejny cios w zaufanie do całej klasy politycznej, której Polacy i tak z trudem przyznają legitymację rządzenia. Oznacza też ryzyko przejadania owoców wzrostu oraz pieniędzy z OFE.
„Najmniej na pół roku przed wyborami urzędy stają. Wszyscy czekają na nową ekipę, nowe rozdanie" – mówił urzędnik państwowy Robertowi Mazurkowi w znakomitym wywiadzie opublikowanym w sobotnio-niedzielnym dodatku „Rzeczpospolitej" „Plus Minus" na początku czerwca. Co to oznacza? Na kilka miesięcy przed wyborami administracja przestawia się na nową ekipę. Nie chce się narażać odważnymi projektami czy pomysłami, obawiając się, że może się to nie spodobać nowym władzom. Tak się dzieje w czasie „normalnej" wymiany ekipy, gdy urzędami rządzą ministrowie, o których wiadomo, że mają pełnię władzy. Przypomnijmy – pół roku przed wyborami.
Co się stanie teraz, gdy właściwie nie wiadomo, jaki los spotka zarówno koalicję, jak i poszczególnych ministrów? Urzędy nie tylko staną, ale wręcz wpadną w stan hibernacji. I to nie pół roku przed wyborami, ale blisko półtora. A to oznacza rok stracony dla państwa. Żaden wiceminister czy dyrektor departamentu nie pomyśli nawet o realizacji jakiegoś ambitnego zamierzenia, gdy nie jest pewny, co spotka jego szefa.
Co gorsza, taki sposób rozumowania przejmą też zapewne ministrowie i cały gabinet. Czy wyobrażamy sobie, że tak osłabiony w aferze rząd będzie forsował ambitny plan uzdrawiania finansów, reformy emerytur górniczych, kodeksu pracy czy ograniczania przywilejów którejś z silnych grup? To niemożliwe. Podobnie będzie w Sejmie. Posłowie nie będą wychylać się z projektami, wiedząc, że nie życzy sobie tego rząd. Na krajowym podwórku zapanuje marazm i byletrwanie.

Angela trzyma ?Donalda w szachu

Jeszcze gorzej będzie w stosunkach zewnętrznych. Wszystkie europejskie stolice i sporo światowych odnotowały to, co się dzieje w Polsce.
Naiwnością jest więc sądzić, że na przykład Angela Merkel nie dostała na biurko notatki od niemieckiego wywiadu o ciosach, jakie otrzymał polski rząd, oraz o tym, jak radzi sobie z opanowaniem sytuacji. Czy wnioski z tej notatki będą brzmiały: premier w Warszawie jest coraz silniejszy, ma zatem możliwość budowania w Europie koalicji wokół ważnych dla niego spraw?
A może konkluzja takiego raportu będzie raczej taka: Tusk będzie potrzebował większej legitymizacji, a sposobem, by to zdobyć, mogą być jego dobre stosunki z panią kanclerz. W świecie realnej polityki nie ma jednak nic za darmo. „Łatwiej będzie teraz z panem Donaldem ugrać jego powściągliwość w sprawach Rosji" – podpowiedzą tamtejsi urzędnicy.
Osłabienie rządu i jego strach przed ewentualnymi rozliczeniami spowoduje także to, że będzie on bardziej skłonny do rozdawania wyborczych łapówek
Realne osłabienie polskiego rządu, także szefa dyplomacji Radosława Sikorskiego, przekłada się na jego pozycję na arenie międzynarodowej. Tylko ludzie naiwni mogą wierzyć, że nie odbywa się na niej nieustanny targ w obronie własnych narodowych interesów. A na takim targu kto ma więcej siły, ten może więcej ugrać. Z tej perspektywy trwanie przy władzy obecnej ekipy jest szkodliwe.
Kolejnym argumentem przemawiającym za tym, że rząd nie powinien afery taśmowej zamiatać pod dywan, jest groźba utraty zaufania do naszej klasy politycznej. Owo zaufanie i wcześniej było towarem deficytowym.
Warto przypomnieć, że badania CBOS ze stycznia tego roku wskazują, iż pracę Sejmu dobrze ocenia 17 proc. badanych i w porównaniu ze styczniem poprzedniego roku to o 6 pkt proc. mniej. Z kolei Senat dobrze ocenia 20 proc. badanych (o 8 proc. mniej niż rok temu). Z innych badań międzynarodowych wynika, że opinia Polaków na temat polityków jest wyjątkowo zła. W 2010 r. w Polsce politykom ufało 2 proc. obywateli (czterokrotnie mniej niż średnio w Europie), a w 2013 roku – 3 proc. Innymi słowy, instytucjom i osobom reprezentującym system demokracji nie ufa 97 proc. Polaków. To zastraszające dane.

Wyborcze łapówki

A co się stanie, gdy rząd Tuska będzie trwał przy władzy? Zaufanie do rodzimej demokracji zmaleje pewnie do ułamka procenta. Wbrew narracji premiera Tuska dotyczącej afery taśmowej Polacy doskonale rozumieją, że podstawowym problemem jest to, o czym i w jaki sposób rozmawiają politycy, a nie to, że ich ktoś nagrał. Rozumieją, że to ich pieniędzmi zgromadzonymi w NBP kupczył minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz z prezesem Markiem Belką. Mimo wszystkich wielkich słów o niezależności banku centralnego.
Rozumieją też, że rządzący okłamują nas rzekomymi żelaznymi gwarancjami USA, podczas gdy zdają sobie sprawę z tego, że obronić nas może jedynie nasza własna silna pozycja.
Kapitał społeczny, rozumiany jako umiejętność wspólnego działania, zaufanie obywateli do państwa i siebie nawzajem, dotrzymywanie umów, niechęć do strategii „ogrania" przeciwnika – to towar u nas deficytowy. A bez niego trudno myśleć o rozwoju kraju i budowaniu jego pozycji. Jeśli rząd Tuska dalej będzie się upierał przy swojej retoryce, tego kapitału będzie coraz mniej.
Osłabienie rządu i jego strach przed ewentualnymi rozliczeniami spowoduje także to, że będzie on bardziej skłonny do rozdawania wyborczych łapówek. To normalne w demokracji, ale po aferze taśmowej taka pokusa będzie przeogromna. Co więcej, rząd może to robić. Przejęcie przez gabinet 150 mld zł z OFE daje mu możliwość ponownego zadłużania budżetu. Liczony według metodologii krajowej dług publiczny jest poniżej 50 proc. PKB, zatem rząd może wydawać pieniądze bez realnej groźby sankcji, które pojawiają się dopiero po przekroczeniu progu 55 proc. PKB. Wprawdzie wciąż jesteśmy formalnie w tzw. procedurze nadmiernego deficytu, ale kary, jakie za niedotrzymanie poziomu rocznego zadłużenia mogą przyjść z Brukseli, są bardziej werbalne niż realne.  Rząd ma też możliwość hojniejszego sypania publicznym groszem ze względu na przyspieszenie wzrostu gospodarczego. Budżet będzie w lepszym stanie od założeń. Nie dziwmy się zatem, gdy nagle okaże się, że płace w budżetówce zostaną odmrożone, albo nastąpi hojniejsza waloryzacja emerytur czy rent.

Czas zmarnowany

Trwanie przy władzy obecnego rządu stworzy mieszankę wybuchową. Jej składnikami będą jeszcze większa niż dotąd niechęć do podejmowania wyzwań, słaba pozycja na arenie międzynarodowej, dalszy spadek zaufania do państwa i jego instytucji oraz na ślepo wydawane pieniądze publiczne.
Czeka nas zatem półtora roku szkodliwego dla naszego kraju gnicia. Będziemy marnować bezcenny czas, zamiast stawiać czoła wyzwaniom.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA