fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

PiS zachowuje się racjonalnie

Przedstawione przez Jarosława Kaczyńskiego żądanie powołania rządu technicznego jest raczej demonstracją adresowaną do wyborców niż realnym scenariuszem dla całej opozycji
Fotorzepa
SLD i PSL prowadzą grę z Tuskiem. Ich ciosy są bardziej elementem kolejnych targów niż rzeczywistym rozliczaniem kogokolwiek ?z czegokolwiek – pisze publicysta.
Opozycja nie mówi jednym głosem – ogłaszają oskarżycielsko media, szczególnie elektroniczne. I jako głównego winnego tego stanu rzeczy wyraźnie wskazują na PiS.
To partia Jarosława Kaczyńskiego ma ponosić główną odpowiedzialność za niemożność odsunięcia rządu Donalda Tuska od władzy. Ta narracja dominowała przez wiele ostatnich dni, czasem tak dobitnie, że można było odnieść wrażenie jakiejś zasadniczej współwiny prawicowej opozycji za zaistniały kryzys.

Sekta kontra mafia?

Innym wątkiem poruszanym także przez komentatorów o prawicowych sympatiach i opozycyjnym nastawieniu wobec rządu Tuska jest merytoryczna słabość głównej partii opozycji, która nie umie ponoć formułować czytelnych zarzutów ani komunikować się dobrze ze społeczeństwem, w tym z własnymi potencjalnymi wyborcami.
Łukasz Warzecha wyliczył w „Rzeczpospolitej" długą listę zaniechań sprowadzających się głównie do nieudolnego pilotowania mediów, a Dominik Zdort na kanwie tych domniemanych błędów przywołał sławną metaforę Rafała Ziemkiewicza o walce sekty z mafią. PiS-owi, ponoć nieudolnemu, na ślepo szarżującemu na ekipę Tuska, wyznacza się naturalnie rolę sekty.
Zacznę od tego, że wielu prawicowych komentatorów zrezygnowało już dawno z oceniania bliskich sobie sił politycznych. Wybrali role wyłącznie ich rzeczników prasowych. Z kolei politycy PiS na krytykę, także tą formułowaną z życzliwych pozycji, reagują zbyt alergicznie.
W normalnych demokracjach to przecież coś naturalnego. Nie ma wnikliwszych i często bardziej bezlitosnych recenzentów poczynań republikanów niż konserwatywne periodyki. Tam nikt się za to nie obraża, a świat polityki uważa autonomię świata komentatorów czy analityków za coś naturalnego.
Powiedziawszy to, uznam jednak falę krytyki wobec PiS w związku z kryzysem taśmowym za przesadną. Możliwe, że mają odrobinę racji ci, którzy czują komunikacyjny niedosyt, oczekują czegoś więcej niż rytualne konferencje prasowe, chcą wyraźniejszych apeli do wyborców. Ale choć trzeba przyznać, że zaplecze eksperckie PiS jest per saldo równie niedoskonałe, a czasem siermiężne, jak zaplecze innych partii, akurat prowadzenia dziennikarzy za rękę bym się po opozycji nie spodziewał. W takiej sytuacji, jaką mamy obecnie, strategia ograniczonej obecności Jarosława Kaczyńskiego i jego współpracowników wręcz sama się nasuwa.
Już sobie wyobrażam dokładnie przeciwne zarzuty kierowane pod adresem PiS: że upolitycznia i upartyjnia konflikt, reżyseruje dziennikarskie śledztwa, dyryguje chórem krytyków, nie zostawiając Polakom miejsca na własne interpretacje, i sprowadzając wszystko do dwubiegunowej polaryzacji. Nie wiem, czy czasem nie narzekaliby, przynajmniej częściowo, ci sami komentatorzy. Nie wiem też, czy Kaczyński mówi akurat tyle, ile trzeba, i czy zawsze znajduje najlepszy ton. Ale dylemat jest realny. Mam wrażenie, że nie ma tu jednej recepty, która leży w zasięgu ręki.

Opozycja bez narzędzi

Co do zarzutu nieskuteczności – doskonale sobie przypominam podobny, nieraz absurdalny chór, jaki pojawiał się na marginesie afery Rywina. Pewien zasłużony intelektualista dowodził wtedy, że PO i PiS się kompromitują, bo nie potrafią zablokować projektu medialnej ustawy godzącej w media niezwiązane z SLD.
Nie wymieniam jego nazwiska, bo go lubię, ale przekonanie, że opozycja właściwie kontroluje sytuację i tylko z powodu własnej głupoty i lenistwa z tej kontroli nie korzysta, pojawiała się nader często. A przecież jest to niesłuszne szczególnie w Polsce, gdzie w sukurs opozycji nie idą, albo idą w niewielkim stopniu, zwyczaje i standardy. Zbyt często decyduje mechaniczna większość.
Za nagrywającymi mogą stać naprawdę niebezpieczne, także dla Polski, interesy. Jako lider aspirujący do sprawowania władzy Kaczyński powinien być wyczulony na takie zagrożenia
Przypomnijmy, że przy tamtej rzekomo indolentnej opozycji udało się w końcu skompromitować SLD-owski układ rządowy, a po części także szerszy establishment, natomiast Leszka Millera nie tylko pozbawić władzy, ale też wypchnąć na jakiś czas poza obręb polityki. Tyle że to trochę trwało, bo trwać musiało.
Dziś zadanie jest jeszcze trudniejsze, bo PO nauczona doświadczeniami Millera w jeszcze mniejszym stopniu skłonna jest pozwalać komukolwiek na niezależne dochodzenia czy choćby zbyt ostentacyjne publiczne pranie brudów. Warto o tym pamiętać, ale tym bardziej trudno się dziwić, że opozycja czegoś tam nie osiągnęła. A choć do ostatecznego rozstrzygnięcia daleko, to pamiętajmy: jest jeszcze ostatnia ława przysięgłych – opinia publiczna.

Nie ma jednego głosu

Tym bardziej absurdalne jawią mi się owe pretensje, że opozycja „nie mówi jednym głosem". Jak Kaczyński ma mówić jednym głosem z Palikotem, Millerem i Piechocińskim, skoro strategie każdego z tych przywódców są zupełnie inne?
Lider Twojego Ruchu radykalnym postulatem natychmiastowego samorozwiązania Sejmu de facto petryfikuje obecny układ – co nie jest dziwne, zważywszy na jego słabe wyniki sondażowe. Z kolei i Miller, i PSL prowadzą grę z Tuskiem. Ich ciosy, a może raczej ukłucia, są bardziej elementem kolejnych targów niż rzeczywistym rozliczaniem kogokolwiek z czegokolwiek.
W tej sytuacji żądania powołania rządu technicznego muszą być raczej demonstracją adresowaną do wyborców niż realnym scenariuszem dla całej opozycji – i to nie dlatego że Kaczyński jest straszny. To merytorycznie najbardziej sensowny scenariusz wyjścia z tego kryzysu, trudno jednak poradzić coś na to, że sprzeczny z interesami większości obecnych na scenie ugrupowań. Nawet prezydent Komorowski musi się go obawiać, bo nie jest pewne, czy bez PO byłby w stanie skutecznie wystartować w wyborach. A kontrola Tuska nad Platformą po krótkim okresie chaosu zaczyna się na powrót umacniać.
I prezydent, i zwłaszcza ludowcy znaleźliby zapewne także powody, aby uznać wcześniejsze, choćby wiosenne, wybory parlamentarne za korzystne dla siebie, ale to wymagałoby odwagi, której chyba im zabraknie.
Skądinąd rozliczanie Kaczyńskiego z tego, że nie jest w stanie uzgodnić wspólnej linii z Palikotem, powinno przejść do annałów politologicznych absurdów. Ale w Polsce takie pretensje formułują poważni dziennikarze.
Jeśli ja mam wątpliwości wobec PiS-owskiej strategii, to tylko w jednej sferze. W ogniu pierwszej wymiany ciosów z ust czołowych polityków tej partii padały stwierdzenia sugerujące, że wyjaśnienie, kto podsłuchiwał, nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest tylko zdemaskowanie marności Tuskowej ekipy.
To teza ryzykowna – i dlatego, że za nagrywającymi mogą stać naprawdę groźne, także dla Polski, interesy, i dlatego, że może to być odbierane jako zachęta na przyszłość do całkowitej wolnoamerykanki w tej sferze. Nie sądzę, aby wczoraj i przedwczoraj akurat politycy PiS byli nagrywani w restauracjach typu Sowa ?& Przyjaciele. Ale jako lider aspirujący do sprawowania władzy Kaczyński powinien być wyczulony i na takie zagrożenia.

Wszyscy tacy sami?

To wszystko prawda, ale odpowiem też pytaniem: jaki prezes PiS miał wybór w momencie, gdy od początku „pościg za złymi ludźmi" był jedyną receptą i premiera, i wspierających go mediów na cały kryzys? A naganność machinacji zmawiającego się z ministrem rządu PO prezesa NBP i samego ministra wysłanego z pewnością przez premiera miała zniknąć sprowadzana do groteskowej formułki: „pomagali Polsce".
Dla realnej opozycji przystanie na taki scenariusz było niemożliwe z powodów taktycznych. Ale i z powodów zasadniczych. W tej ochoczej gotowości obchodzenia konstytucji przez najwyższych dygnitarzy, z których jeden szefuje podobno niezależnemu od władzy wykonawczej organowi, Jarosław Kaczyński musiał dostrzec wcielenie wciąż tego samego scenariusza: wszystkie ręce na pokład w walce z  hunwejbinami i warchołami. Każdy by zareagował obronnym odruchem.
Czy PiS ma moralne prawo potępiać to, co usłyszeliśmy na tych taśmach? Nie zaręczę państwu, że w tej partii nie ma wcale gotowości do kuglowania zasadami, ale w tej chwili złapano na czymś brzydkim obecną władzę, która jest i tak zbyt potężna, dysponująca nazbyt wieloma formalnymi i nieformalnymi narzędziami ułatwiania sobie życia.
Dlatego odrzucam czasem naiwny (jak w tekście Jerzego Surdykowskiego „Z siebie się śmiejemy"), a czasem bardzo przemyślny, jak w publikacjach czołowych obrońców obecnej władzy, ton pod tytułem: wszyscy są winni tak samo. W czasach afery Rywina każdy grzeszek prawicy był grzeszkiem prawicy. Za to gdy doszło do gigantycznej kompromitacji postkomunistycznego centrum władzy i medialnego mainstreamu, czytaliśmy, że to „porażka całej klasy politycznej".
To, owszem, wygodna figura, ale nieuczciwa i niczego nie opisująca. Dlatego ją odrzucam i namawiam Polaków do tego samego.
Autor jest publicystą tygodnika „wSieci"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA