fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Bluszcz przykrył beton

AFP
Najstarszy turniej Wielkiego Szlema zaczyna się w poniedziałek. Mamy nadzieję na powtórkę z wielkiej radości.
Jeśli ktoś rok po roku przyjeżdża na stację metra Southfields, wielkich zmian nie zauważy. Po staremu zachrypnięci taksówkarze wołają, by wsiadać w kilka osób i dzielić się opłatą za przejazd na korty, wciąż piętrowe czerwone autobusy linii specjalnej ruszają spod poczty na Wimbledon Road, ale większość kibiców idzie spacerem w kierunku Church Road.
Stacja znów zostanie wyłożona zielonym dywanem, na okolicznych słupach pojawią się kwiaty w purpurze i zieleni – barwach Wimbledonu – i znaki, dokąd iść. Po kilkunastu minutach widać cel, czekają stewardzi w słomkowych kapeluszach, kuta brama (a właściwie kilka bram) z napisem AELTC – All England Lawn Tennis and Croquet Club. Tylko nocna kolejka oczekujących na bilety zniknęła, przeniesiona kilka lat temu z chodnika za ogrodzenie, na teren pobliskiego pola golfowego.

Orkiestra dęta

Wimbledon zmienia się powoli, ale nieustannie. Mądrość angielskich działaczy polega na tym, by mieć plan rozwoju, który nie zniszczy niepowtarzalnej atmosfery turnieju, ale uczyni go wygodnym i przyjaznym dla wszystkich. Tych, którzy na lata wykupili loże na korcie centralnym, z szampanem, Pimm'sem, kawiorem i truskawkami w menu, i tych, którzy chcą leżeć na trawie Henman Hill (obecnie Murray Mountain) w Aorangi Park, pić piwo, zagryzając frytkami, i spoglądać wedle woli na wielki ekran na ścianie kortu nr 1 lub słuchać koncertu wojskowej orkiestry dętej.
Standardowa loża na pięciolatkę 2011–2015 kosztowała 27 750 funtów, wszystkie wykupiono na pniu (obecnie ruszyła sprzedaż na lata 2016–2020), bo to jest także niezła inwestycja. Bilet na teren klubu (bez prawa wejścia na trybuny z numerowanymi miejscami) to w tym roku wydatek od 20 funtów pierwszego dnia rano do 5 funtów po południu w ostatnią niedzielę. I każdy, kto kupi, jest szczęśliwy.

Wciąż na biało

Wimbledon, stylowo odświeżony na przełomie wieków (bluszcz już pięknie pokrył zielony beton nowych budynków), ma teraz plan rozwoju do 2020 roku. Jest w nim projekt położenia dachu nad kortem nr 1 do 2019 roku, dobudowanie kilku kortów, by eliminacje móc przenieść z terenów Bank of England w Roehampton pod skrzydła All England Club, a także poszerzyć możliwości szkolenia angielskich juniorów na angielskiej trawie.
Uczestnicy mają dostać nowe szatnie, a także halę z sześcioma krytymi kortami do treningów. Jest też propozycja, by tenisiści mieli podziemne wejście do głównego budynku po drugiej stronie Somerset Road, tam, gdzie dziś jest wielki parking. Dla widzów ma powstać jeszcze większy park, nowe wejście prowadzące przez zieleń i kwiaty, tak by ulubione hasło działaczy AELTC „wielki tenis w angielskim ogrodzie" przybrało konkretną postać.
W tym otoczeniu oglądanie meczów Andy'ego Murraya, Rafaela Nadala, Sereny Williams lub Marii Szarapowej (ciągle w wymaganych białych strojach), słuchanie jazzu, smakowanie szampana, lodów, truskawek i ryb z frytkami rzeczywiście ma urok, który wciąż trudno porównać z czymś innym. W alejkach, między kwiatami i stoiskami z pamiątkami, stylowymi drewnianymi ławkami i pomnikiem Freda Perry'ego ciągle czuje się ducha Wimbledonu sprzed lat. Nawiązanie do tradycji to specjalność tego miejsca, dlatego ono tak przyciąga.

Polska gromada

Oczywiście czysty sport w Wimbledonie jest ważny, nikt nie ucieka od rozważań, czy Murray powtórzy swój sukces pod ręką Amelie Mauresmo, czy dojdzie do rewanżu za Roland Garros między Djokoviciem i Nadalem, czy może między nich wbije się siedmiokrotny mistrz Roger Federer lub może jakiś młodszy chojrak z pokolenia Dimitrowow, Raoniców i, chciałoby się napisać, Janowiczów.
Nikt nie jest obojętny na fakt, że urażona w Paryżu duma Sereny Williams może interesująco wpłynąć na jej walkę z Szarapową, że wśród kobiet też widać nowe kandydatki na gwiazdy przyszłych lat, efektowne jak Eugenie Bouchard lub skromne jak Simona Halep, że wraca do gry Wiktoria Azarenka. Nikt nam nie zabroni rozważań, czy w tym kwietnym entourage'u powtórzą się godne odznaczeń przez prezydenta RP mecze Polek i Polaków. N i e może ich zabra k - nąć, bo na Wimbledon 2014 znów jedzie liczna polska gromada. Bez kwalifikacji w turniejach singlowych zagrają Agnieszka Radwańska, Urszula Radwańska, Katarzyna Piter, Jerzy Janowicz, Łukasz Kubot i Michał Przysiężny.
Po niemałych radościach z ubiegłych lat, finale Agnieszki z Sereną Williams w 2012 roku, polskim ćwierćfinale mężczyzn oraz półfinałach Radwańskiej i Janowicza rok temu, apetyt jest ogromny. Znów czekamy na sukcesy, może czasem z nie do końca uzasadnioną wiarą.
Czekamy, trochę zaklinając los, bo przecież kolejne porażki w pierwszej rundzie turnieju WTA w Eastbourne nie przekreślały szans najlepszej polskiej tenisistki w Wimbledonie, bo osiem startów na londyńskich trawnikach (plus dziewiąty w wygranym turnieju juniorskim w 2005 roku) daje doświadczenie. Agnieszka Radwańska na trawie grać potrafi, jeśli ma wygrać w Wielkim Szlemie, to na kortach przy Church Road jest wciąż najbliżej celu.
Z Jerzym Janowiczem sprawa jest niełatwa. Po małym odrodzeniu w Paryżu (trzecia runda) może przyjdzie odrodzenie duże, na miarę wzrostu tenisisty z Łodzi. Jemu trawa też sprzyja, należy liczyć, że pracował przed turniejem solidnie, bo jako przygotowanie meczowe na trawie muszą mu wystarczyć dwa przegrane sety w Halle i jedno spotkanie w turnieju pokazowym The Boodles Challenge.
Impreza w Stoke Park (to ośrodek wypoczynkowy z luksusowym hotelem, spa, kortami i polem golfowym – wszystko w Buckinghamshire, blisko Windsoru, niecałe 30 mil na zachód od centrum Londynu) ma kilkuletnią tradycję. Zapraszani są na nią ciekawi tenisiści – kluczem jest nie tylko klasa sportowa, ale i rozgłos. W tym roku listę otwiera Djoković, poza nim są m.in. Milos Raonic, Ernests Gulbis, John Isner i Dominic Thiem. Janowicz dostał zaproszenie drugi raz, rok temu przegrał z Grigorem Dimitrowem. Format rozgrywek jest dość otwarty, rzecz polega bardziej na tym, by możni goście ośrodka mieli za stosowną cenę swój mini-Wimbledon, z jego spodziewanymi bohaterami i zmrożonym szampanem na stolikach, ale bez kolejek i zgiełku.

Polsat i BBC

Prawdziwy Wimbledon 2014 ze sportowego punktu widzenia jest najważniejszym turniejem Janowicza w pierwszej części sezonu. Jeśli Polak obroni punkty za półfinał, dające mu wysokie miejsce w rankingu ATP, to lato będzie udane. Jeśli nie obroni, to spadek będzie dość wyraźny, skutki znane: brak rozstawienia, w najgorszym razie konieczność grania w kwalifikacjach niektórych turniejów, słowem, powrót do trudnej roli tenisowego średniaka.
W kwestii transmisji z Wimbledonu zmian nie będzie. Mecze będą do obejrzenia na sportowych antenach Polsatu, a z brytyjskiej perspektywy – jak od lat – w BBC. Tak jak na kortach dokonuje się zmian, które udanie łączą tradycję turnieju z wymogami nowoczesności, tak i w zespole BBC idzie nowe z zachowaniem troski o łączność pokoleń.
W tym roku nowymi komentatorkami będą mistrzyni z 2013 roku Francuzka Marion Bartoli i brytyjska rakieta nr 1 Laura Robson; dołączą do Tima Henmana, Johna McEnroe i Martiny Navratilovej, która debiutowała przed mikrofonami BBC podczas ubiegłorocznego turnieju. Nie będzie tylko Borisa Beckera. Niemiec stwierdził, że praca dla Novaka Djokovicia
W Wielkiej Brytanii ubiegłoroczny męski finał i zwycięstwo Andy'ego Murraya oglądało w BBC 17 mln osób. To jest właśnie Wimbledon, angielski ogród z rozsuwanym dachem, pod którym dzieje się historia.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA