fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Stracone angielskie pokolenie

AFP
Wayne Rooney, Steven Gerrard czy Frank Lampard zrobili kariery w klubach, ale dla Anglii niczego nie wygrali. Ten mundial to była ich ostatnia szansa.
W każdym kraju, który odnosił sukcesy piłkarskie, istnieje „złote pokolenie" czy „złota generacja". Swoje mieli Brazylijczycy, którzy między 1958 a 1970 rokiem zdobyli trzykrotnie mistrzostwo świata, Francuzi, którzy w 1998 zostali najlepszą drużyną globu, a dwa lata później, w bardzo podobnym składzie, mistrzami Europy, mieli je Hiszpanie, których reprezentacja – rzecz bez precedensu – wygrała ostatnie trzy wielkie turnieje (Euro 2008, MŚ 2010, Euro 2012).

Nieosiągalny półfinał

„Złotych" drużyn było więcej. Niektóre swojego potencjału nie potrafiły do końca wykorzystać, jak chociażby Nigeryjczycy, którzy z Finidim George'em czy Nwankwo Kanu w składzie zdobyli złoto olimpijskie w Atlancie w 1996 roku i mieli wkrótce wygrać mundial. Nie wygrali. Portugalczycy urodzeni na początku lat 70. stworzyli drużynę dwukrotnych z rzędu młodzieżowych mistrzów świata. Luis Figo, Rui Costa, Nuno Gomes czy Paulo Sousa w seniorskiej piłce nie potrafili jednak powtórzyć triumfu, chociaż trzykrotnie byli bardzo blisko – doszli do półfinału Euro 2000, finału Euro 2004 u siebie oraz do półfinału MŚ 2006. Najsłynniejszym nie do końca spełnionym złotym pokoleniem są oczywiście Węgrzy z lat 50., którzy ustanowili dziesiątki do dziś niepobitych rekordów, zdobyli złoto olimpijskie w Helsinkach w 1952 roku, ale dwa lata później w finale mistrzostw świata w Szwajcarii przegrali sensacyjnie z Niemcami – pierwsza porażka od 31 meczów – których wcześniej, jeszcze w fazie grupowej, zdemolowali 8:3. Do historii przeszli jednak jako „złota jedenastka".
Najbardziej nieprawdopodobne i zaskakujące „złote pokolenie" po tym mundialu odejdzie do lamusa. To jedyna „złota" drużyna, która nigdy niczego na scenie międzynarodowej nie osiągnęła. Mimo to w ojczyźnie zawodnicy ci z uporem nazywani są Golden Generation – mowa oczywiście o Anglikach urodzonych na przełomie lat 70. i 80.
Przed wyjazdem na mundial 2002, gdy selekcjonerem Anglii był Sven Goran Eriksson, Adam Crozier, szef angielskiej federacji, powiedział, że tacy zawodnicy, jak David Beckham, Michael Owen czy Steven Gerrard mogą stanowić trzon „złotego zespołu". Przydomek przylgnął, lata mijały, a „złote pokolenie" Anglików udział w każdej wielkiej imprezie, do której awansowało (nie zakwalifikowali się do Euro 2008), kończyło na ćwierćfinale. Teraz klęską kończy się mundial w Brazylii. Nie tak miało wyglądać pożegnanie „złotych chłopców".
Większość już zresztą pożegnała się sama. Jedni – jak Beckham – odchodzili w świetle jupiterów, kończąc karierę w zasilanym dolarami arabskich szejków Paris Saint-Germain, a jego łzy wzruszenia, gdy po raz ostatni schodził z boiska, transmitowane były na cały świat. Inni na emeryturę odchodzili jednak bez salwy honorowej i akompaniamentu wojskowej orkiestry. Michael Owen z futbolem żegnał się w deszczowe popołudnie w Stoke, gdzie w tamtejszym klubie rozegrał zaledwie osiem meczów. Kariery skończyli też Paul Scholes, bracia Neville czy Sol Campbell.

Entuzjazm i ślepa wiara

Z tych, którzy wciąż jeszcze są aktywnymi piłkarzami, większość w kadrze na mundial się nie znalazła. Roy Hodgson zdecydowanie odmłodził swoją drużynę. Największym zaskoczeniem było pominięcie w kadrze Ashleya Cole'a. John Terry swoimi kolejnymi wyskokami sprawił, że pozbawiono go opaski kapitańskiej, a po Euro 2012 zrezygnował z występów w reprezentacji. To przez Terry'ego na turniej do Polski i Ukrainy nie przyjechał Rio Ferdinand. Jego brat Anton został wcześniej rasistowsko znieważony przez Terry'ego i Hodgson uznał, że nie może pozwolić sobie na to, by rozbić grupę, biorąc na turniej zarówno stopera Chelsea, jak i zaangażowanego emocjonalnie w ten konflikt Ferdinanda. Honoru „złotego pokolenia" broniili w Brazylii tylko Gerrard, Lampard i Rooney. To ciekawe, że urodzony w 1985 roku napastnik Manchesteru United został przez złaknione sukcesu media bezrefleksyjnie podciągnięty do „złotego pokolenia". A przecież Beckham jest od niego dziesięć lat starszy.
Entuzjazm i ślepą wiarę Anglików w tę schodzącą ze sceny generację łatwiej zrozumieć, gdy się prześledzi kariery klubowe piłkarzy. Terry, Cole i Lampard to zwycięzcy Ligi Mistrzów z Chelsea. Beckham, Scholes oraz Neville'owie wygrywali Puchar Mistrzów z Manchesterem United w 1999 roku, a powtórzyli to – poza Beckhamem, ale tym razem w klubie już byli Rio Ferdinand i Rooney – w 2008 roku. Steven Gerrard także triumfował w Champions League, z Liverpoolem w 2005 roku, po pamiętnym finale w Stambule i legendarnym występie Jerzego Dudka.
To właśnie w czasie, gdy przedstawiciele tego „niezłotego pokolenia" wchodzili w szczyt swoich karier, i tak już rozpędzona Premier League została zdecydowanie najlepszą ligą świata. Wystarczy powiedzieć, że między 2005 a 2009 rokiem żaden finał Ligi Mistrzów nie odbył się bez udziału angielskiego zespołu.
– Nigdy nie mieliśmy żadnego „złotego pokolenia". Gdyby ci piłkarze kiedykolwiek coś wygrali, można by ich tak nazywać – prosto z mostu, ale też całkowicie logicznie mówi Joey Barton, enfant terrible angielskiego futbolu, po czym przechodzi do zasadniczego problemu angielskiej piłki. – Nie mamy dobrych trenerów. W tym kraju nie szanujemy trenerów, za to kochamy menedżerów. Tymczasem taki Alex Ferguson, owszem, był świetnym menedżerem, ale nie potrafił zorganizować nawet porządnej sesji treningowej. Gdybyśmy naprawdę mieli dobrych piłkarzy, wziąłby ich dobry, a więc zagraniczny, trener i uczyniłby ich jeszcze lepszymi – mówił Barton w wywiadzie dla „SkySports".
A „złote pokolenie" szczęścia do trenerów nie miało. W federacji działacze wciąż się kłócili, czy lepsza jest opcja brytyjska, czy też raczej stanowisko selekcjonera należy powierzyć zagranicznemu trenerowi z wielkim nazwiskiem. Miotali się więc od ściany do ściany. Raz reprezentację dawali Svenowi-Göranowi Erikssonowi, który okazywał się jednak bardziej zainteresowany romansami i londyńskim high lifem niż prowadzeniem kadry, by następnie przekazać ją w ręce Steve'a McClarena. W najważniejszym meczu, u siebie z Chorwacją, okazało się jednak, że jego plan taktyczny i pomysł na odwrócenie losów spotkania polega na spacerowaniu wokół ławki z parasolką, a Anglia nie pojechała na Euro 2008.

Potrzeba twardej ręki

Po katastrofie z rodzimą myślą szkoleniową znów sięgnięto po wielkiego – wydawałoby się – fachowca. Fabio Capello został najlepiej zarabiającym trenerem reprezentacji na świecie (6 milionów funtów rocznie), ale i on nie potrafił natchnąć „złotego pokolenia", by w końcu zdobyło jakieś złoto. Obie strony dość szybko zaczęły się sobą męczyć, a Capello doskonale wykorzystał pretekst, jakim było pozbawienie Terry'ego przez federację opaski kapitańskiej, i po prostu zrezygnował. Kilka miesięcy później został selekcjonerem reprezentacji Rosji, gdzie jego roczne pobory stanowią równowartość 6,7 miliona funtów. Kadrę powierzono więc Royowi Hodgsonowi, przedstawianego przez media jako sympatyczny starszy pan, którego głównym zadaniem jest dbanie o atmosferę. – Angielscy piłkarze potrzebują twardej ręki. Postaci, która ich natchnie – grzmi Barton i oddaje nastroje w kraju. Wydaje się, iż Anglicy zorientowali się, że tylko poprawa szkolenia może im zapewnić powrót do piłkarskiej elity. Stąd wielka reforma firmowana przez federację. Ale na jej owoce trzeba będzie poczekać.
Kluby Premier League są już rozpędzonymi maszynkami biznesowymi. Tworzą rozrywkę na najwyższym, hollywoodzkim poziomie. Anglicy odgrywają w nich jednak marginalne role. Zarówno na boisku, jak i na ławkach trenerskich. Żeby doszukać się ostatniego gola strzelonego przez Anglika dla mistrza Anglii Manchesteru City, trzeba się cofnąć do 21 grudnia 2013 roku, (James Milner w spotkaniu z Fulham). Powód jest oczywisty – w składzie prowadzonej przez Chilijczyka Manuela Pellegriniego drużyny są niemal wyłącznie zawodnicy z zagranicy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA