fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

MŚ 2014 - Brazylia

Dziękujemy, że się nie bałeś

rp.pl, Michał Kołodziejczyk MK Michał Kołodziejczyk
Nie ma tu dróg, ale teraz jest już stadion. I to właśnie futbol ma ożywić Amazonię.
Michał Kołodziejczyk ?z Manaus
Podobno da się tu dojechać z Sao Paulo samochodem. Podróż zajmuje równo dwie doby, to niecałe 4 tysiące kilometrów. Da się też dojechać rowerem, czego dowiódł jeden z angielskich kibiców.
Ale Manaus jest jednak odcięte od świata. Kolejne rządy w swoich programach wyborczych mają  wybudowanie autostrad, które pomogłyby ożywić region. Droga do Porto Velho wymaga dwóch przepraw promem przez Rio Negro i Amazonkę i tylko na odcinku 100 kilometrów wyłożona jest asfaltem. Drogi do Itacoatiary i Amazonas są utwardzone, ale jednopasmowe i kręte. Mieszkańcy Manaus, którzy nie muszą podróżować, mówią, że brak autostrad to jednak błogosławieństwo dla miasta – dzięki temu, jako jedyne w Brazylii mogło zachować swoją kulturę.

Inna Brazylia

Pomysłów na ożywienie Manaus było mnóstwo, ostatni to futbol. Kiedy miasto znalazło się na liście gospodarzy mistrzostw świata, na uczestników mundialu padł strach – Roy Hodgson, gdy dowiedział się, że Anglia rozegra tu mecz z Włochami, powiedział, że stała się najgorsza rzecz, jaka mogła się przytrafić jego drużynie. Media uderzyły w bęben, którego dźwięk gawiedź lubi najbardziej. Że będzie niebezpiecznie, że wszys-?cy zachorują na malarię i że nie będzie gdzie spać.
Po kilku dniach w Sao Paulo i Salvadorze, w Manaus poznaje się inną Brazylię. Tę lepszą i przyjaźniejszą. Może to przez upał, ale wszyscy funkcjonują tu jak w zwolnionym tempie. Kierowca taksówki nie rozumie nawet słowa „OK", ale w pięć minut organizuje mapę, gdzie palcem trzeba wskazać cel. Chociaż kurs wynosi 32 reale, proponuje, że weźmie 30. Manaus się stara i nie chodzi tutaj o władze, starają się zwyczajni ludzie. Podczas obiadu pytają, czy masz hotel, bo jak nie, to nie musisz szukać, możesz zamieszkać u nich. Oczywiście Włosi i Anglicy nikomu nie ufają. Dopiero rano, kiedy okazuje się, że po wspólnej imprezie mają nie tylko portfele, ale jeszcze spis telefonów „jakby czegoś potrzebowali", żałują, że ich reprezentacja w tym mieście już nie zagra.
Oczywiście były protesty, ale w zupełnie innej skali niż w Sao Paulo czy Rio de Janeiro. Podczas budowy Areny do Amazonas zginęło trzech robotników, każda śmierć wyprowadzała ludzi na ulice. W pierwszym wzięło udział 100 tysięcy osób, w drugim już 100, bez tysięcy. Ostatni, jak policzono, zgromadził 17 osób.
Być może ludzie na co dzień nie są tutaj tak mili, a po prostu znają się na robieniu interesów – jeśli podczas mundialu Manaus zda egzamin, to wieść o tym, że jest doskonałą bazą dla wycieczek po dżungli, rozniesie się po świecie. – Ludzie są wdzięczni za to, że tu przyjechałeś, że się nie bałeś. Zaczepiają cię na ulicach i pytają, czy aby na pewno znasz drogę. Żyje się tu spokojniej, dlatego mało który emigrant z Amazonii odnajduje się w betonowej dżungli Sao Paulo.
Ze stadionem się pogodzili, teraz jest mundial i się cieszą. Czy ktoś myśli o tym, co stanie się z obiektem po mistrzostwach? Nie, to jednak Brazylia, tu nikt nie wybiega myślami za daleko w przód – mówi Tjerk Bruehwiller, korespondent szwajcarskich gazet w Ameryce Południowej, który fazę grupową mistrzostw spędzi w Amazonii.
Pod koniec XIX wieku Manaus było najbogatszym miastem Brazylii dzięki kauczukowi. Atmosferę tamtych czasów świetnie oddaje film Wernera Herzoga „Fitzcarraldo". Tytułowego bohatera – kauczukowego barona Carlosa Fitzcarralda gra Klaus Kinski, który postanawia wykupić jedyny wolny zalesiony cennymi drzewami teren w okolicy i zarobić miliony. Wkrótce okazuje się, że nie ma możliwości transportu surowca na targ. Fitzcarraldo organizuje ekipę, która ma wykarczować wzgórze i przeciągnąć 340-tonowy statek do drugiego koryta rzeki. Po kilku dniach zostaje sam z kucharzem, jednak zaciekawiona lokalna ludność postanawia pomóc w przeniesieniu kolosa, stosując miejscowe sposoby. Gdy statek jest już po drugiej stronie góry, wódz wioski zdejmuje blokady i spuszcza go na dno rzeki. To po to, by załagodzić gniew bogów wody, by nic złego nie stało się Fitzcarraldo, z którym się bardzo polubił. Baron do miasta wraca jeszcze raz, na koncert Enrica Caruso w miejscowej operze, która stała się symbolem miasta.

Paryż Amazonii

W Manaus zatrzymałem się w hotelu 40 metrów od opery. Jest odnowiona, nazywa się Teatro do Amazonia i nadal są tu przedstawienia. Na placu przed budynkiem w sobotni wieczór bawi się młodzież, brata się z Anglikami i Włochami. Uderza swoboda seksualna, która w Polsce spotkałaby się z protestami. Na ulicach całują się homoseksualne pary, transwestyci wyruszają na łowy. Nikt nie zwraca na nich uwagi, nikomu nie przeszkadzają, nie są nachalni. Jak wszyscy w tym regionie szukają kontaktu wzrokowego. Tutaj nikt nie spuszcza głowy w windzie.
Swoją obecność oczywiście musi zaakcentować policja i wojsko. Kilka tygodni przed mundialem burmistrz wysłał w świat sygnał: „jesteśmy gotowi na przyjęcie angielskich kibiców" i przeprowadził manewry z udziałem 500 funkcjonariuszy. Chociaż na placu jest spokojnie, raz na jakiś czas oddział 20 żołnierzy przechadza się dookoła, gęsiego, bardzo blisko siebie. Żołnierze są w kaskach i ochraniaczach, mają długą broń. Na nich, jak na transwestytów, także nikt nie zwraca uwagi. Oni też nie przeszkadzają.
W hotelach brakuje miejsc, cena za pokój jednoosobowy przekracza dwa tysiące złotych. Miasto zorganizowało noclegi na barkach, ale w internecie można znaleźć oferty w miejscowościach oddalonych o 30–50 kilometrów od miasta. Pobyt połączony jest z wycieczką do dżungli, obserwowaniem kajmanów, papug, łowieniem ryb i przejściem przez las tropikalny z maczetami w ręku, żeby wycinać krzewy, które zarosły ścieżkę w środku nocy.
Kiedyś na Manaus mówiono Paryż Amazonii. Miało latarnie na ulicach na długo przed większością europejskich miast. Przyciągało ludzi z całego kraju, także z innych kontynentów. Rozwijało się tak szybko, jak upadło. Ktoś wpadł na pomysł, by przewieźć kauczuk w inne rejony kraju, Amazonia straciła swoją wyjątkowość, a na ulicach zgasły światła. Na kilka dekad.
Ożywienie przyszło w czasach dyktatury wojskowych. Ogłosili oni Manaus wolną strefą ekonomiczną, która zajęła przestrzeń dziesięciu tysięcy kilometrów kwadratowych. W latach 60. miasto liczyło 300 tysięcy mieszkańców, pod koniec wieku już półtora miliona, teraz aglomeracja liczy o kolejny milion więcej. W strefie ekonomicznej działa dziś około 800 firm, Honda produkuje motory, Peugeot części samochodów, Sony i Panasonic telewizory.

Kosz na owoce

Obok opery najsłynniejszym budynkiem miasta jest teraz stadion, Arena da Amazonia, który ma przypominać tradycyjny kosz na owoce. Stadion jest ekologiczny, woda służąca do zraszania to deszczówka, do budowy wykorzystano elementy starego obiektu, a rzeczy nieprzydatne rozwieziono po innych stadionach w całym stanie. Pytania o sens budowy Areny są jednak zasadne: w mieście działają dwa piłkarskie kluby, które grają jednak w brazylijskiej Serie D, a na ich mecze przychodzi czasem 1000 osób.
– To będzie spór, jak o jajko i kurę. W pierwszej lidze gra teraz bodaj jeden piłkarz wywodzący się z Amazonii, trudno się stąd wyrwać, bo nie ma infrastruktury, mimo że oficjalnie zarejestrowanych jest tu więcej klubów niż w jakimkolwiek innym stanie. Może teraz, skoro jest stadion, sponsorzy pomyślą o inwestycjach. Wystarczy, żeby jedna wielka firma ze strefy ekonomicznej sponsorowała jednego zawodnika – mówi Bruehwiller.
Ale najważniejsze i tak będzie Peladao. To największy piłkarski turniej na świecie połączony z wyborami miss. Każda drużyna wystawia swoją kandydatkę, która może, jeśli jej uroda zostanie doceniona przez jury, zapewnić awans piłkarzom do kolejnej rundy, mimo porażki. Gra kilkaset drużyn. Startują Indianie, drużyna przyfabryczna, brydżyści, budowlańcy i miłośnicy piwa. To turniej, z którego Amazonia jest dumna, pełen dziwactw, zabawnych wydarzeń i legend, które rosną latami. No i przede wszystkim nie ma przy tym FIFA i wojska na ulicach.
W Manaus odbędą się jeszcze trzy mecze. Znowu będzie duszno i gorąco, ale narzekanie na 30 stopni Celsjusza w środku europejskiego lata trochę śmieszy. Kiedy chowałem kurtkę do walizki po przylocie z Sao Paulo, zostałem zagadnięty przez angielską ekipę telewizyjną: – Szukasz cieplejszych ciuchów? – pytał dziennikarz, dumny ze swojego żartu. Gdyby padało i wiało, jak w Anglii, to dopiero byłby fajny mundial.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA