fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Marcin Piasecki: felieton

Przyznam, że gdybym był jednym z szefów Alstomu, w szczególności tym, który zajmuje się polskim rynkiem, cieszyłbym się teraz wyjątkowo spokojnym snem.
Mimo perturbacji z dostawą szybkich pociągów Pendolino, firma nie doznała jakiegoś szczególnego uszczerbku. Jakoś tak się złożyło, przypadkiem lub nie, że burza trwa w najlepsze w innych rejonach.
Pendolino nad Wisłą już nazwano wielką wtopą i kompromitacją Polski za 665 milionów euro, bo na tyle opiewa umowa. Kompromitacja Polski, a nie Alstomu, choć to koncern nie wywiązał się z kontraktu. Festiwal oskarżeń dotyczy byłych i obecnych szefów PKP, ministrów, polityków koalicji i opozycji.
A media chwytają każdy najdrobniejszy trop wskazujący na brak kompetencji po polskiej stronie. Nawet trop dosyć zabawny, jak choćby ten, że pendolino, kiedy w końcu ruszy, może zablokować ruch towarowy do trójmiejskich portów. Jakie jeszcze nieszczęścia sprowadzi na Polskę szybki pociąg?
Ciekawostkę może stanowić fakt, że w podgrzewaniu atmosfery celują również ci konsultanci i analitycy, którzy w ostatnich miesiącach potracili lukratywne, acz ponoć nie do końca zasadne kontrakty z PKP.
Mało kto zadaje natomiast pytania trudniejsze, zwłaszcza pod adresem Alstomu. Wiadomo, że PKP Intercity nie odebrało gotowych już pociągów z powodu braku homologacji na rozwijanie prędkości do 250 kilometrów na godzinę, co było zapisane w kontrakcie. Nie wiadomo natomiast, dlaczego Alstom tej homologacji nie ma. Firma lakonicznie tłumaczy, że w Polsce brak odpowiedniej infrastruktury. Ale za granicą taka infrastruktura istnieje, a Alstom nawet nie starał się tam uzyskać papierów, choć nieoficjalnie wiadomo, że najprawdopodobniej zostałyby uznane przez Urząd Transportu Kolejowego. Firma jednak nie zrobiła nic, choć warunki kontraktu znała doskonale. O co zatem chodzi w tej grze?
A tak swoją drogą, czy Alstom wyciągnął jakieś wnioski z naprawdę gigantycznej wtopy, jaką zaliczył w Czechach, gdzie tamtejsze pendolino charakteryzowało się – delikatnie mówiąc – wysoką awaryjnością, a uruchomienie całego programu rodziło się w prawdziwych bólach?
Alstom skąpi informacji, natomiast u nas trwa poszukiwanie winnego. Nie jest to łatwe, gdyż – o ile się nie mylę – od momentu rozpisania przetargu na czele PKP Intercity urzędowało pięciu prezesów. Założenia programu opracowała jeszcze poprzednia ekipa polityczna. Od chwili podpisania kontraktu mieliśmy trzech ministrów odpowiedzialnych za transport, dwóch szefów PKP Intercity i dwóch – całej Grupy PKP. Tłum ludzi.
Ale, tak sobie myślę, że z perspektywy międzynarodowego koncernu to może być niesłychanie wygodna sytuacja. Niech się wzajemnie oskarżają, dymisjonują, a nawet powsadzają do kryminału. Czyli – to oni doprowadzili do takiego zamieszania. W tej sytuacji niesłychanie opłacalne w sytuacji każdego producenta byłoby przycupnąć i czekać. Na co? Na przykład na to, jak z tej całej burzy wyłoni się ktoś, kto ze strony rządu i kolei otrzyma zadanie uporządkowania sytuacji. I za wszelką cenę będzie się starał wypełnić swoją misję. A „za wszelką cenę" oznacza skłonność do kompromisów. Priorytetem pod naciskiem opinii publicznej i mediów będzie oczywiście jak najszybsze uruchomienie pendolino. Nawet kosztem zmiany kontraktu i jego zapisów finansowych – może więc się uda coś z niego uszczknąć?
Na razie bowiem PKP rygorystycznie tego kontraktu pilnuje. Nie chce odebrać pociągów bez homologacji, każe płacić Alstomowi umowną karę w całkiem sporej wysokości blisko 4 mln euro miesięcznie za osiem stojących bezczynnie składów. I co gorsze, przewoźnik... sam płaci za pociągi. Do kasy koncernu wpłynęły już pieniądze za 77 proc. kontraktu, co zresztą wyśmiały media, że zostały wyrzucone w błoto, czyli w skompromitowany projekt Pendolino. Ten śmiech jest o tyle dziwny, że jakiekolwiek zakłócenia w realizacji umowy ze strony PKP IC dałyby do ręki mocne argumenty producentowi. I dałyby również spore pole do działania, jako że to już obydwie strony nie wywiązywałyby się z realizacji kontraktu.
A tak, w tej chwili, winna i piarowsko przegrana jest tylko jedna firma. Czyli ten, kto warunki kontraktu akurat realizuje. A międzynarodowy koncern – jako się rzekło – może spać spokojnie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA