fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Ameryka potrzebuje samodzielnej Polski

Jacek Bartosiak
archiwum prywatne
Jedną ze słabości położenia militarnego Polski jest rosyjska gotowość do użycia taktycznej broni nuklearnej na naszym terytorium. Polskie F-16 mogłyby więc zastąpić niemieckie tornada w roli nosicieli amerykańskich taktycznych bomb nuklearnych B-61 – piszą analitycy Narodowego Centrum Studiów Strategicznych.
Rozgrywający się przed naszymi oczami dramat Ukrainy pokazuje, jak szybko zmienia się otoczenie geopolityczne Polski oraz sytuacja strategiczna naszego kraju. Wynika ona z poważnych zmian w ładzie międzynarodowym a co za tym idzie, z przeobrażania się ogólnoświatowego systemu bezpieczeństwa. Bezpowrotnie minęły błogie dla Polski lata post-zimnowojenne cechujące się niekwestionowaną supremacją USA oraz wrażeniem niekończącej się prosperity gospodarczej świata zachodniego. Kluczowe położenie geograficzne Polski powoduje, iż nadchodzące czasy chaosu i potencjalnie turbulentnego wykuwania się nowego porządku będą bezpośrednio dotykały naszego kraju.
W obliczu rozwijającego się kryzysu u polskich wschodnich granic analitycy Narodowego Centrum Studiów Strategicznych odbyli w kwietniu 2014 roku w Waszyngtonie szereg rozmów z wiodącymi ośrodkami analitycznymi i ekspertami ds. bezpieczeństwa i obronności. Wynikiem tych spotkań jest zarysowany poniżej pogląd na aktualne geopolityczne położenie Polski, perspektywy dla współpracy polsko-amerykańskiej, oraz możliwe środki, jakie Polska może przedsięwziąć wspólnie z Amerykanami w celu wzmocnienia naszego potencjału wojskowego i poprawienia bezpieczeństwa.

Koncert mocarstw

Główne procesy jakie przychodzi nam obserwować przedstawiają się dość niepokojąco. Rewizjonistyczna Rosja w ramach operacji ukraińskiej podważa podstawy międzynarodowego ładu. Stara się jednocześnie wynegocjować dla siebie nową pozycję w zmieniającym się ładzie, zmuszając innych graczy do przyjęcia modelu koncertu mocarstw na kształt systemu panującego przed 1914 rokiem. W Europie Rosja najchętniej do koncertu mocarstw zaprosiłaby wyłącznie Niemcy, bez udziału USA. Kryzys ukraiński jasno pokazuje, jak Niemcy są kuszeni, aby takie rozwiązanie przyjąć, i jak niewiele brakuje, aby się na to zgodzili „dla zachowania świętego pokoju i stabilizacji" – czyli jak zawsze, gdy decydujący głos ma koncert mocarstw. Na marginesie warto skonstatować, jak pozbawione realnego znaczenia w sytuacji kryzysu bezpieczeństwa są struktury Unii Europejskiej, a prawdziwa gra dotyczy wyłącznie państw narodowych.
Wspólne polsko-amerykańskie misje ekspedycyjne z perspektywy kluczowych interesów USA nie mają istotnego znaczenia
USA nie bardzo się jednak kwapią do bycia wypchniętymi z Europy. Muszą jednak sprostać globalnym wyzwaniom, które podważają niekwestionowaną do tej pory pozycję światowego hegemona. Pierwszy z problemów – natury finansowej, spowodował już, że Amerykanie musieli zrezygnować z ambicji posiadania sił militarnych, które są w stanie wygrać jednocześnie dwie „duże" wojny. W efekcie amerykańskie siły lądowe są redukowane do najmniejszego poziomu od 1940 roku, marynarka jest najmniejsza od 1917, a średni wiek samolotu bojowego sił powietrznych to 24 lata. Efekty tego stanu rzeczy obserwujemy już na naszym kontynencie, gdzie ciężkie siły US Army reprezentuje obecnie jeden amerykański batalion pancerny. Tymczasem potencjalni przeciwnicy nie próżnowali, i gdy Amerykanie zmagali się z partyzantką w Iraku i Afganistanie, Rosjanie, a w szczególności Chińczycy, gruntownie modernizowali swoje siły zbrojne osiągając w niektórych dziedzinach poważne zdolności bojowe zagrażające dominacji USA.
Stany Zjednoczone zostały kryzysem ukraińskim postawione w trudnej sytuacji. Strategia światowego supermocarstwa oparta jest o założenia wynikające dla tego państwa z klasyki światowej geopolityki. Dla Amerykanów konieczne jest przede wszystkim kontrolowanie głównych szlaków oceanicznych i morskich, w dalszej kolejności pasa lądowego – tzw. Rimlandu, okalającego główną lądową masę świata, czyli Eurazję. W następnej zaś kolejności chcieliby posiadać pozycje do kontroli samej głównej masy Eurazji (tzw. Heartlandu).

Wzmocnienie gwarancji

Elity waszyngtońskie, już na początku pierwszej kadencji George'a W. Busha zdały sobie sprawę z konieczności zmierzenia się ze wzrostem Chin, który potencjalnie podważa ich pozycję nie tylko w Rimlandzie, ale także na kluczowych szlakach morskich. Koniec Wojny z Terrorem, oraz przyspieszony wzrost Chin spowodowały znacznie większą determinację, której efektem stała się strategia Piwotu na Pacyfik, jak pierwotnie ochrzczono ten zwrot w Waszyngtonie. To właśnie rozgrywka na Zachodnim Pacyfiku i Oceanie Indyjskim zadecyduje w XXI wieku o globalnej pozycji lidera. Z drugiej strony Stany Zjednoczone nie mogą zignorować agresywnej polityki Moskwy będącej próbą rewizji ładu europejskiego stworzonego i gwarantowanego przez USA. Wydaje się, że Amerykanie będą starać się, aby zachować możliwości i swobodę manewru umożliwiające zwrot w kierunku Pacyfiku. Jednocześnie powinno im zależeć aby, nie angażując całej swej mocy, zażegnać obecny kryzys w Europie Wschodniej. Powyższa decyzja podyktowana jest przekonaniem, iż Rosja w dłuższej perspektywie jest skazana na słabość i nie zagraża globalnej dominacji USA.
Stany Zjednoczone nie uważają, że zbliżenie niemiecko-rosyjskie i wypchnięcie amerykańskich interesów z Europy zagrozi pozycji USA już w najbliższym czasie. Aby choć po części zminimalizować to ostatnie ryzyko będą jednak musiały wzmocnić asertywność państw położonych pomiędzy Niemcami a Rosją w północnej i środkowowschodniej Europie. W tym celu będą musiały w namacalny sposób wzmocnić swoje gwarancje. W innym przypadku te państwa mogłyby z powodu swojej relatywnej słabości dążyć do ułożenia się z Niemcami i Rosją. Oznaczać by to mogło w dalszej kolejności zanik jednej z podstaw amerykańskiej dominacji Eurazji, co byłoby wielką porażką geopolityczną Waszyngtonu. W tej wąskiej przestrzeni erozji struktur zbiorowych naszego bezpieczeństwa, i relatywnie mniejszych możliwości naszego kluczowego sojusznika, dokonywać się będzie współpraca polsko-amerykańska w kontekście odpowiedzi na rewizjonistyczną postawę Rosji. Oznacza to, iż Polska musi dokonywać swoich kalkulacji samodzielnie i w razie kryzysu musi w większym niż do tej pory stopniu, zdawać się na własne siły, w tym zwłaszcza wobec zagrożeń o takim charakterze jak „miękka", „pełzająca" operacja rosyjska na wschodzie Ukrainy.
Dla Stanów Zjednoczonych jesteśmy ważni ze względu na strategiczne położenie geograficzne – drzwi do Heartlandu – stanowiące jedną z kluczowych pozycji w eurazjatyckiej grze o dominację/równowagę. Jednocześnie jako twórca i gwarant systemu międzynarodowego będą starać się ten system ratować. Tym samym będą próbować powstrzymywać zapędy Rosji zmierzającej do jego rewizji. Amerykanie nie będą jednocześnie skłonni do poświęcenia priorytetów na dużo ważniejszym kierunku – czyli na Pacyfiku. Amerykańska niechę
ć do bezpośredniego utrzymywania układu sił w naszym regionie, przy jednoczesnej konieczności odpowiedzenia na rewizjonistyczną postawę Rosji stwarza paradoksalnie szansę dla Polski. Zwiększa bowiem amerykańskie zainteresowanie wzmocnieniem strategicznej samodzielności Polski, w tym jej zdolności wojskowych jako korzystnego dla Amerykanów czynnika w grze o równowagę w tym obszarze Europy.

Test woli politycznej

W sferze zdolności wojskowych, z powyższej sytuacji, wynikają dla Polski następujące wnioski:
Wbrew powtarzanym wcześniej w naszym kraju mantrom o potrzebie „wkupywania się" Polski w łaski kluczowego sojusznika poprzez zdolność do uczestnictwa we wspólnych misjach ekspedycyjnych czy chociażby operacji morskich poza Bałtykiem, z perspektywy kluczowych interesów USA są to wysiłki bez istotnego znaczenia. Polska musi przede wszystkim w jak największym stopniu być zdolna sama poradzić sobie w sytuacji kryzysu i jest to najważniejsza korzyść, jaką możemy „dać" Stanom Zjednoczonym dla stabilizacji ładu międzynarodowego. Polska musi więc posiadać armię zdolną do wystarczająco długiej obrony, aby Stany Zjednoczone miały polityczną wolę i wojskowe możliwości przyjścia z pomocą.
Kluczowi sojusznicy NATO w Europie nie mają woli (zwłaszcza Niemcy) bądź wystarczających zdolności (nawet największa militarna potęga Europy Zachodniej – Wielka Brytania), aby zapewnić bez udziału USA obronę Polski.
Amerykanie posiadają zdolności, żeby w krótkim czasie rozmieścić na terytorium RP dwa ciężkie brygadowe zespoły bojowe. Należy jednak pamiętać, że w takiej sytuacji mogłoby zrodzić się oczekiwanie, aby strona polska pokryła przynajmniej część kosztów stacjonowania i ćwiczeń tych jednostek. Jednostki te dość szybko mogą Polskę opuścić w razie relatywnego uspokojenia sytuacji militarnej. Obecność tych sił w Polsce nie może więc pod żadnym pozorem uśpić czujności i determinacji Polaków do zbudowania własnej armii z prawdziwego zdarzenia.
Nowatorski charakter rosyjskiej militarnej agresji na Ukrainie wymaga tworzenia nowych zdolności wojskowych do ich odparcia. Stany Zjednoczone wraz z Polską, a także innymi sojusznikami, przyjmującymi podobną do naszego kraju optykę, powinny stworzyć nową koncepcję zharmonizowanego użycia służb wywiadowczych, sił specjalnych, a także środków operacji psychologicznych i informacyjnych, aby w sposób chirurgiczny i jednocześnie politycznie akceptowalny wspierać nie tylko możliwości defensywne, ale także siły gotowe stawić czoła rosyjskiej ekspansji za wschodnią granicą RP. Jednym z kroków zmierzających w tym kierunku powinna być budowa w Polsce centrum „doskonalenia" NATO na potrzeby tejże koncepcji. Innym ważnym czynnikiem byłoby ulokowanie w Polsce regionalnego dowództwa sił specjalnych Stanów Zjednoczonych – co jest zgodne z obecnymi trendami w siłach specjalnych USA.
Polska musi wyposażyć się w zdolności do własnego, autonomicznego rozpoznania i kierowania walką w skali operacyjnej i taktycznej (AWACS, drony) jak i strategicznej (satelity). To np. w połączeniu z pozyskaniem w większej liczbie lądowych precyzyjnych środków ogniowych pozwalałoby stworzyć strefy śmierci i niszczyć siły zbrojne przeciwnika bez konieczności nadmiernego inwestowania w liczebne i kosztowne, wyposażone w czołgi, ciężkie brygady czy eskadry niezwykle drogich samolotów nowych generacji.
Jedną z fundamentalnych słabości położenia militarnego Polski jest sygnalizowana wielokrotnie rosyjska gotowość do użycia taktycznej broni nuklearnej na naszym terytorium, w wypadku niepomyślnej dla Rosjan dynamiki ewentualnej konfrontacji. Aby zapobiec takiemu niebezpieczeństwu, konieczne jest rozważenie dwóch opcji. Pierwszą z nich, wobec deklarowanej przez Niemcy woli opuszczenia NATO-wskiego porozumienia o współdzieleniu taktycznej broni nuklearnej, jest zastąpienie niemieckich Tornado przez polskie F-16 w roli nosicieli amerykańskich taktycznych bomb nuklearnych B-61. Ta opcja wymagałaby oczywiście dokonania modyfikacji na polskich samolotach, tak aby doprowadzić je do standardu nosiciela amerykańskich bomb (podobnie jak wiele lat temu zaadaptowano belgijskie, holenderskie i tureckie F-16 starszych wersji). Drugą, prawdopodobnie bardziej skuteczną opcją jest uzyskanie amerykańskiej zgody na sprzedaż Polsce manewrujących pocisków rakietowych klasy Tomahawk o zasięgu powyżej 1 tys. kilometrów, a także wyposażenie Marynarki Wojennej RP w nowej klasy okręty podwodne.
Wydaje się, iż istnieje szansa, aby administracja amerykańska, zwykle niechętna sprzedaży Tomahawków w konfiguracji o najdalszym zasięgu (oprócz USA jedynie Wielka Brytania ma w swoim arsenale te pociski, których odmówiono Hiszpanii, a nawet Izraelowi) będzie chciała wysłać istotny sygnał polityczny do Moskwy (bez własnego silnego zaangażowania), iż na poważnie traktuje swojego największego sojusznika w Europie Środkowej i rozbudowę polskich zdolności odstraszających i odwetowych. W kontekście zagrożenia nuklearnego, plusem Tomahawków jest bardzo uproszczona wymiana głowicy bojowej – w efekcie potencjalny atomowy agresor nie może być pewien czy z nieznanej podwodnej lokalizacji nie czeka go niespodziewany odwet o takim charakterze. Taki brak pewności co do uzbrojenia głowic polskich Tomahawków zmniejszyłby apetyt na łatwą, bezkosztową, terroryzującą atomową agresję o ograniczonym charakterze.
W najbliższych dniach będziemy mogli się przekonać, czy strona polska będzie w stanie, w sposób kreatywny i odważny, wykorzystać nieoczekiwane możliwości rozwoju polsko–amerykańskich relacji w dziedzinie bezpieczeństwa, czy też poprzestanie jedynie na oczekiwaniu rozwiązania naszych dylematów bezpieczeństwa poprzez ściągnięcie „dwóch ciężkich brygad". Będzie to także test woli politycznej i determinacji amerykańskiej administracji do obrony dotychczasowego statusu światowego imperium.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA