fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Spadek Wergiliusza

Portret zbiorowy dworu Lodovica Gonzagi pędzla Mantegni. Gra spojrzeń, gra oczu
bridgeman art library
Żywię dziwną niechęć do Mantui, choć w mojej osobistej kolekcji pięknych miast jest jeszcze piękniejsza od Werony. Kto może się oprzeć widokowi z końca długiej grobli, mając przed sobą baszty, kopuły, kampanile?
Żywię dziwną niechęć do Mantui, choć w mojej osobistej kolekcji pięknych miast jest jeszcze piękniejsza od Werony. Kto może się oprzeć widokowi z końca długiej grobli, mając przed sobą baszty, kopuły, kampanile?

Ani romantyczna aura, ani dywany z lotosu u wybrzeży jezior, ani nawet konkurujący z najświetniejszymi mozaikami kolorowy plac Warzywny nie mogą przyćmić zgagi. Jakaś żołądkowa sprawa, a może wątrobiana? Mój spokój mąci historia dwóch artystów: Mantegni i Wergiliusza. Między nimi różnica półtora tysiąca lat, ale jakby ciągle to samo.

Zemsta Mantegni

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem freski Mantegni z „Camera picta" w Palazzo Ducale, uznałem je za nieciekawe, bo temat jest – mówiąc wprost – zarobkowy, a więc błahy, choć wykonany z maestrią godną mistrza. Pełne psychologicznej prawdy portrety – tak. Ale dworskie scenki typu książę w otoczeniu progenitury i służby? To smutne, ale także wielcy artyści żyją z chałtur – wystarczy porównać portrety dożów Tycjana w Galerii Akademii w Wenecji ze sławnym angielskim dżentelmenem we Florencji („Portret młodego Anglika"). Te pierwsze – to zwykłe wypracowania; dżentelmena Tycjan potraktował po królewsku. Zawsze można robić wcierki Stalina na pierwszomajowy pochód i zasłużyć się władzy. W demokracji poparcie rządu skutkuje kontraktem na scenografię do uroczystej gali „z okazji" – i milion złotych w kieszeni.
„Martwy Chrystus" w pobliskim Mediolanie – oto wielki temat wielkiego Mantegni, ale za co innego malarz znalazł godny pochówek w bocznej kaplicy u świętego Andrzeja, a dodatkowo zasłużył na popiersie w tymże kościele: był malarzem dworskim. Atmosfera na dworze nie była sielankowa, zważywszy że na przykład Isabella d'Este groziła więzieniem zbyt wolno pracującym artystom. Musiała jednak nieźle płacić, skoro garnęli się najzdolniejsi, bo i Michał Anioł, i Perugino. Wyczytałem, że Leonardo dwukrotnie szkicował księżnę, choć odmówił namalowania Chrystusa według jednego z tych rysunków. Miał czelność. Wspomniany Tycjan też dużo dla Estów i Gonzagów malował. Wszyscy twardo musieli walczyć o szacunek dla swego człowieczeństwa i zawodu.
Nie miał łatwego życia wielki Alberti, który podjął się przebudowania starego, gotyckiego kościoła, aby – okazalszy – mógł pomieścić pobożnych pielgrzymów ciągnących do relikwii Świętej Krwi, przywiezionej przez żołnierza, który przebił bok Chrystusowi. Alberti ciągle musiał się awanturować z dworskimi architektami, a podczas jednej z bójek uderzył się w genitalia, co poczytano za karę Bożą i powód do żartów. Krótko mówiąc: nadzwyczajna mieszanka zbrodni, chciwości, złego smaku i wielkiej sztuki, a wszystko w imię Boga, władzy i złota. Jak to na dworze.
„Camera picta" pilnowana jest przez czterech leniwych ludzi, skracających sobie pracę pogawędką. Na szczęście nie rozumiem po włosku – są jak muzyka, która nie przeszkadza. Oświetlenie jest kiepskie. Dwa okna oraz lampy pod kopułą, które nie wiedzieć czemu pomijają najciemniejszy kąt „izby nowożeńców", „reprezentacyjnej sypialni" i sali audiencyjnej zarazem (komnata spełniała wiele funkcji, stąd mnogość nazw). Niewielki „malowany pokój", który wsławił malarza i zleceniodawcę, znajduje się w wieży i trzeba było dołożyć starań, by jakoś go powiększyć – stąd optyczne sztuczki z namalowanym oculusem, przez który spozierają frywolnie wieśniaczka, Murzynka, amorki, paw i inne wyposażenie dworu Gonzagów. Złudzenie jest absolutne. Przyjemna mania epoki.
Ale najważniejszy jest portret zbiorowy dworu.
– Czy widzisz choć jedną szczęśliwą twarz? – pytam Kasi. – Nie. Pytam pozostałych przyjaciół. Nikt nie widzi. Nawet sam Lodovico oraz jego szwabska żona nie wyglądają na zadowolonych z życia. Tylko pycha i dostojeństwo maluje się na twarzy Barbary Brandenburskiej. Nie przeczę, ma prawo do poczucia satysfakcji: cesarskie koneksje, znamienity mąż, trzech synów, dwie córki, godziwe dochody. Choć najbardziej zaspokojona wydaje się karlica, stojąca u jej stóp. Ta zaszła najwyżej – w dostępnej sobie hierarchii, oczywiście. Jej twarz aż lśni zadowoleniem, wystając nieco powyżej głowy psa leżącego pod fotelem władcy.
Chociaż sceny dworskie to zazwyczaj ćwiczenia z malowania złotogłowiu i pereł, zbiorowy portret rodziny w otoczeniu domowników nie wyczerpuje się w przedstawieniu strojów i klejnotów. W albumie wydanym przez „Rzeczpospolitą" wyczytałem, że „w istocie cała dekoracja komnaty jest hołdem dla Lodovica i panegirykiem na cześć rodu Gonzagów, obejmującego zgodnie z renesansową tradycją także najbardziej zaufanych doradców, domowników i służbę". Nic podobnego! Historycy sztuki dają się nabrać na dobrze znaną konwencję. Taka interpretacja dotyka zaledwie powierzchni malunku. Prawdziwy zamysł odkryjemy, zwracając uwagę na oczy portretowanych. Kto i jak na kogo patrzy?
Siedzący na złoconym fotelu Margrabia zwraca głowę w prawo. Nie patrzy na rodzinę. Rozmawia z kimś, kogo informacja muzealna identyfikuje jako kasztelana. Nie wiemy, o czym mówią. Ale kasztelan o krogulczym nosie i bezwzględnych ustach przekazuje jakąś ważną informację. Nie można wątpić. Margrabia aż przymyka dolną powiekę lewego oka. Tak się patrzy, kiedy chce się kogoś zabić. Najstarszy syn jakby nie zważa na incydent. Siedząc obok ojca z pewnością typową dla następcy tronu, patrzy bezmyślnie w przestrzeń – za kilka lat obejmie władzę, zarzuci renesansowe zainteresowania ojca, zajmie się hodowlą rasowych koni oraz wojskiem. To typowy rębajło, prymitywny żołdak, ale zostanie obwołany „zbawcą Italii" oraz „imperatorem" po zwycięstwie nad Francuzami. Za to średni syn Rodolfo jest przerażony. Widzicie błagalne spojrzenie na ojca, który na niego nie patrzy? Wie, czy tylko podejrzewa, że to donos na niego? Wydała się jakaś jego sprawka? Chyba nic bardzo ważnego, może zwykła psota, bo młodzian robi wrażenie poczciwca. Ale jego strach jest wielki.
Bardziej nieszczęśliwą twarz ma tylko stojąca obok niego siostra, już dorosła panna. Ale jej smutek możemy złożyć na karb płci, wieku i panujących obyczajów. Może się w kimś nieszczęśliwie kocha, a tu już zaaranżowano polityczne małżeństwo – interesy rodzinne wymagają poświęceń. Ze strony młodych dam, oczywiście. Dworacy – faceci w rajtuzach – stanowią bezbarwne tło. Tak jak pies pod krzesłem, karlica, kotara, girlandy i balustrada wykuta w marmurze. Może tylko „doradca" w tle, stojący tuż za parą władców, zwraca uwagę. Stoi ubrany w majestatyczną czerń i na wpół przymyka oczy, cały zatopiony w sobie. Podobno to autoportret artysty. Jeśli tak, to dostojność postaci należy rozumieć jako psychiczną autorekompensatę. Sztuka jako autoterapia? Znana teoria.
Jeśli ten fresk jest „panegirykiem", to Tatjana Pauli, autorka cytowanego opracowania, jest tak samo spostrzegawcza jak margrabia, który obstalował dzieło. Widać przejęła się oficjalną tablicą, jaką podtrzymują putta: „Andrea Mantegna – Padewczyk. Dla najznamienitszego Lodovica... wspaniałego księcia, niezrównanej wiary [...] i Barbary, jego małżonki, niedościgłej ozdoby kobiecego rodu". Tfu! Przecież to zwyczajowa porcja wazeliny, należna każdej władzy. Pogardę można okazywać na różne sposoby, także bezpiecznie, to znaczy przesadnym pochlebstwem.
Gawędzimy z Kasią i Adasiem o oczach namalowanych postaci, zastraszonych gestach, zemście artysty i tym, czy jest ona widoczna dla wszystkich. Aby zapamiętać, kto jest kto, chcę sfotografować kartkę z objaśnieniem. Aparaty fotograficzne nam zabrali, ale mamy komórki. Niestety, migawka skrzeczy i hałas wzywa strażników. Awantura.

W wywłaszczonym ogrodzie

Zwiedzanie zaczęliśmy od parku Wergiliusza, gdzie twórca „Eneidy" ma duży pomnik. Właśnie z powodu zaprzeszłej przemocy i krzywdy Mantua źle mi się kojarzy. 1500 lat przed Mantegną ojciec Wergiliusza miał pod Mantuą niewielkie gospodarstwo. Tu, w pobliskiej wiosce Andes, nad brzegiem rzeki Mincius (obecnie Mincio), narodził się poeta uważany za największego w historii literatury łacińskiej. W czasie wojny domowej, jaka nastąpiła po zabójstwie Cezara, Wergiliusz opuścił Rzym, aby niedaleko Neapolu, w podmiejskim gospodarstwie epikurejskiego filozofa Siriona, prowadzić filozoficzno-mnisze życie, z dala od zgiełku wojny (wszystkie cytaty w tłumaczeniu Z. Kubiaka):
Żegnajcie wszyscy! Rozpościeram żagle,
Moja łódź płynie ku błogiej przystani,
Gdzie według wskazań wielkiego Sirona
Wyplączę życie z wszelkich trosk.
Wydawało się, że choć wojna gospodarzy krwawo, to przecież daleko, bo potężni mocarze wiedli swe wojska na Wschód. Ale dosięgnęła również zwykłych ludzi w Italii. My też wiemy, że „choć się nie interesujesz polityką, to polityka zainteresuje się tobą". I dosięgnie. Po zwycięstwie pod Filippi i rozgromieniu armii Brutusa i Kasjusza, spadkobiercy pomszczonego Cezara wygnali ojca poety z rodzinnego gospodarstwa, bo musieli swoim weteranom przydzielić w nagrodę rolne działki. Los chciał, że padło na żyzne okolice Mantui i Cremony, więc niewielka posiadłość epikurejczyka w pobliżu Neapolu stała się jedynym schronieniem i poety, i jego wyzutego z mienia ojca:
Willo, tyś była Sirona, z polem ubogim,
I dla takiego pana nie mogłaś nie być bogactwem.
Tobie, jeżeli cokolwiek smutnego posłyszę z ojczyzny,
Powierzam siebie i wszystkich, których zawsze kochałem,
A najbardziej ojca. Ty będziesz teraz dla niego
Tym, czym wcześniej była mu Mantua i Cremona.
Wprawdzie po pewnym czasie, za wstawiennictwem możnych przyjaciół poety (trzeba mieć chody w stolicy!), poszkodowany powrócił na swoje gospodarstwo, ale ta sprawa od dawna mnie niepokoi. Nie chodzi o sam akt niesprawiedliwości, który jest nazbyt powszechny, by mógł stanowić nadzwyczajne źródło zdziwienia. Jakiż jeszcze cynizm albo podłość mogą nas oszołomić? Nie powoduje mną ani pragnienie oburzenia na zło, ani ciekawość faktów, ani nawet chęć zrozumienia mechanizmów, które objaśniają dość jasną historię. Chciałbym wiedzieć, co stało się z wywłaszczonymi sąsiadami Wergiliusza? Rozumiem, że weterani nie robili wstrętów powracającemu (chociaż kolega z wojska musiał zwrócić przejętą już rolę), bo bali się kogoś, kto ma wyraźne poparcie w stolicy świata. Ale gdzie się podziali inni farmerzy? Ojcu Wergilego pewnie było trochę samotnie bez starych przyjaciół, a za to wśród zżytych ze sobą legionistów. I czy wiedział, kogo dodatkowo skrzywdzono, by oszczędzić jego? Czy nadliczbowy wywłaszczony był kimś znajomym?

Piewca imperium

Stroniący od historii epikurejczyk stał się naczelnym piewcą imperium i rozsławił imię Princepsa. Nacjonalistyczny mit początków, głośna pochwała podbojów, ideologiczne uzasadnienie rządzenia światem... oto czym są piękne wersy „Eneidy". Za każdym razem, kiedy o tym piszę, wychodzi mi spod klawiatury coś innego. Chaos w komputerze odzwierciedla chaos myśli i serca. Nie mogę się zdecydować. Państwowiec, który ślepo kocha swą ojczyznę, czy pochlebca na dworze jedynowładcy? I kim był dla niego Boski August: tyranem, z którym trzeba się liczyć, czy zbawcą Rzymu – zabezpieczeniem przed ustawiczną wojną domową? Nie wiem. Nie mogę udawać, że nie znam hańbiących okoliczności, ale też nie chcę skrzywdzić wielkiego poety.
W historii Rzymu najbardziej uderza duch republikański. Po obaleniu etruskich królów (rządzili przez pierwsze 200 lat, ale jest to okres mityczny), słońce republiki świeciło lat 400 i jeszcze przez następne stulecie próbowało się przedrzeć przez mroczne chmury cesarstwa. Duch republikański przeżył nawet najstarsze rody rzymskie, wymordowane we wzajemnych walkach o władzę, a później przez cesarzy, znanych – jak Kaligula czy Neron – z ekstrawagancji w tej dziedzinie. My, którzy znamy historię wymordowania polskiej inteligencji i zastąpienia jej stalinowskim chowem, wiemy, że wejście w cudze buty może zaprowadzić w nieznanym kierunku, jak obserwowaliśmy to w latach 80. Inteligenci w pierwszym czy drugim pokoleniu nabierali etosu dziewiętnastowiecznych bojowników opisanych w „Rodowodach niepokornych" Bohdana Cywińskiego i... założyli „Solidarność". Ponieważ przykładam własne doświadczenia do przeszłości, dlatego nie dziwi mnie, że nuworysze-mianowańcy mimo cesarskiego nadania poczuli się prawdziwymi senatorami i spadkobiercami Kwirytów, a więc ich także cesarze musieli dziesiątkować, aby zapobiec buntom. Myślę, że takie jest prawo kulturalnego dziedziczenia.
Rzymianom, zmęczonym wojnami domowymi, Pierwszy Obywatel zafundował ustrój, w którym istniał senat, corocznie wybierano konsulów i innych urzędników, ale ten parawan skrywał jego osobiste rządy, wychwalane przez największych artystów, poetów i intelektualistów owych czasów (mediów jeszcze nie znano). Nowy system władzy nie powstał od razu. Zmiana formy rządów dokonywała się pokątnie. „Oktawian poprzestawał na rozwiązaniach tymczasowych i z uwagą śledził reakcje opinii publicznej, by się przekonać, jak daleko może się posunąć na drodze do jedynowładztwa" – zauważają autorzy podręcznika „Starożytny Rzym" i opisują PR-owskie talenty cesarza.
Senat zatwierdzał projekty Pierwszego Obywatela, bo listy senatorów układał Pierwszy Obywatel. Z hukiem zamknięto podwoje świątyni Janusa (co oznaczało, że wszędzie panuje pokój), by je po cichu otworzyć, bo przecież na granicach wrzało – to wtedy Warrus stracił legiony w Teutoburskim Lesie. Co naprawdę myślał Wergiliusz, uczestnicząc w uroczystej inauguracji Ara Pacis? Świątynia Pokoju jest piękna, ale przecież zbudowano ją nie dla walorów estetycznych, lecz propagandowych. O czym myślał Wergiliusz, składając dary ofiarne? Że gdzie brak treści, tam forma musi być okazalsza, a panegiryki głośniejsze?
„August od początku swych rządów przejawiał zainteresowanie szeroko pojętą kulturą. W pełni też doceniał znaczenie ideologii i propagandy. Pragnął odrodzenia moralnego społeczeństwa, a przynajmniej jego elity, pasjonowały go ambitne plany urbanistyczne i wielka literatura. Zainteresowania te nie były jednak całkiem altruistyczne: August dążył do umocnienia swojej pozycji, głosząc hasło Pax Augusta i odrodzenia wieków. (...) Wtedy też sztuka została ściśle związana z władzą polityczną, a artyści sławili szczęśliwy świat pod rządami wielkiego władcy" – pisze profesor Maria Jaczynowska.
Jak się miała osobista krzywda i republikańskie wychowanie Wergiliusza do przekonania, że Princeps „chce dobrze" i odrodzi państwo, w czym trzeba go wspierać, bo przyjdzie „ten gorszy" i doprowadzi kraj do ruiny? Nie mogę się zdecydować, czy Wergiliusz był zaślepiony, czy koniunkturalny. Władza zawsze umie podpowiadać artystom i intelektualistom tematy oraz przekonać, że pewne tezy są zbawienne dla państwa (narodu, rasy, rewolucji, klasy, modernizacji, Europy, cywilizacji, Rozumu – niepotrzebne skreślić). Ludzie słowa, żyjący w świecie symboli, łatwiej podlegają manipulacjom. Nie bez znaczenia są pieniądze, honory i zaszczyty.
Kolejne fragmenty powstającej epopei Wergiliusz ma zaszczyt odczytywać w obecności samego Cesarza, w prywatnym salonie literackim Mecenasa. Powszechny podziw uskrzydla poetę. Nawet Hades potrafił zaprząc do rydwanu imperatora i jego straszliwą powagą przypieczętować proroctwo ex post o władzy potomków Eneasza nad całym zamieszkałym światem:
Ty, Rzymianinie, pamiętaj: masz władnie
Rządzić ludami. Te są twoje kunszty:
Masz pokojowi nadać prawo, szczędzić
Poddanych, wojną poskramiać zuchwałych.
(Wergiliusz, Eneida, tłum. Zygmunt Kubiak)
Dla tyranii każdy niepokorny jest buntownikiem. Aby móc uzasadnić bezwzględność postępowania, najlepiej odrzeć przeciwnika z godności, bo pogarda ułatwia znalezienie ludzi gotowych nieludzko postępować z innymi ludźmi. Nawet współobywatelami.
Wergiliusz cieszy się opieką Mecenasa, który zapewnia artyście potrzebny do pracy nad epopeją narodową „spokój, dobre wyżywienie i absolutną izolację od piekielnego życia" – jak ironicznie pisał Herbert o piekle artystów w komunistycznym systemie. Ale jednocześnie, nie samą surowością napełniony jest Boski August. Potrafi przebaczyć i nagrodzić tych, którzy przeszli na jego stronę. Utalentowany Horacy, zrujnowany po tym, gdy zaciągnął się do obrońców republiki i walczył pod Filippi – dzięki wstawiennictwu Wergiliusza otrzymuje mająteczek w Sabinach, co ratuje chudopachołka od nędzy i pozwala mu cieszyć się życiem oraz „zacnym sabinem" wyniesionym z piwniczki. Horacy wyłgał się brakiem epickiego talentu, stroni od dworskiego życia i nawet podziękował za zaszczyt zostania osobistym sekretarzem Augusta. Zna jednak granice nonkonformizmu i swoje liryczne umiejętności wykorzystał do napisania niejednej ody na cześć najlepszego władcy i dobrodzieja. Nie jest więc niewdzięcznikiem i za szczodrość potrafi się odwzajemnić szczodrze. Złotą monetą „Carmina" płaci za możliwość spokojnego budowania „pomnika trwalszego od spiżu".
Wergiliusza czytam w kontekście Lukana, który przecież żył w czasach jeszcze bardziej niebezpiecznych, bo za Nerona. Cesarz w końcu zmusił poetyckiego rywala do samobójstwa! Ale – mimo zagrożenia zawiścią cesarza-grafomana – Marek Anneusz Lukan, dwudziestoparoletni prowincjusz z Kordoby, potrafi bez osłonek opisać w „Pharsaliach" okrucieństwa wojny domowej, a spadkobiercy Cezara rzucić w twarz: „Zwycięska strona ma bogów za sobą, podbita – Katona"...
Autor jest dziennikarzem i publicystą. ?Studiował fizykę, polonistykę i filozofię na UJ. ?W PRL był działaczem opozycyjnym, ?jednym z założycieli Studenckiego Komitetu ?Solidarności w Krakowie
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA