fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Kapitan Tsubasa tylko dla Japończyków

Rafał Tomański
Fotorzepa
Pamiętacie „Kapitana Tsubasę"? Japońska kreskówka o piłkarzach inspirowała znakomitych graczy z całego świata. Dziś japońska piłka pisze nowy rozdział.
Nowy sezon japońskiej pierwszej ligi, której pełna nazwa to J. League Division 1, rozpoczął się 1 marca. Tydzień później, 8 marca doszło do poważnego incydentu. Podczas meczu w Saitamie kibice gospodarzy Urawa Red wywiesili transparent z rasistowskim napisem „Japanese only", czyli „tylko dla Japończyków". Nie wiadomo do kogo skierowany był ten przyjazny przekaz, nie wiązały się z nim żadne zamieszki, nikt nikogo nie zaczepiał. Kibice dali upust swoim nastrojom, a zdjęcie szybko rozeszło się na Twitterze. Japońskie media początkowo unikały nazwania rzeczy po imieniu i w komentarzach o wydarzeniu nie można było usłyszeć sformułowań nawiązujących do dyskryminacji czy rasizmu. Pojawiały się przedziwne opinie o tym, że kibicom chodziło o to, by wzmocnić pozycję całej ligi albo by zmotywować swój klub Urawa do sprowadzenia większej liczby zagranicznych piłkarzy. Język japoński jest pełen wieloznaczności, ale Japanese only napisane po angielsku trudno rozumieć inaczej niż jako wstęp do dalszego okazywania niechęci do obcych.

Co złego, to gaijin

Japończycy nie muszą uczyć się niechęci do ludzi spoza kraju. Cudzoziemiec od zawsze nazywany był gaijinem, kimś z zewnątrz, słowem, do którego na przestrzeni wieków przylgnęło wiele pejoratywnych konotacji. Cudzoziemcy chcieli w XVI wieku Japonię nawracać, uzależniać od dostaw swoich towarów i dostarczać własną broń. Dla Japończyków byli groźni, nieznani i kompletnie odstający od rodzimej kultury. Szogunom wygodniej było nazwać ich obcymi niż uczyć się zrozumienia dla zagranicy. Ponad dwa wieki izolacji kraju utrwaliły w mentalności obywateli ten stan rzeczy. Skapitulowano dopiero przed amerykańską potęga militarną, gdy w połowie XIX wieku w tokijskim porcie pojawiły się „czarne okręty", czyli nowoczesne wówczas pancerniki. Trudno było dyskutować z armatami, gdy samemu strzelało się z łuków, ale Japończycy nie zapominają krzywd. Szybko nadrobiono straty technologiczne i dopasowano się do nowych realiów. Japonia potrafiła pokonać na morzu ogromną flotę carskiej Rosji i ponownie zamknąć się we własnym świecie. Skutki znamy – II wojna światowa, zbrodnie popełniane na ludności Chin, Korei i wielu innych państw Azji Południowo-Wschodniej. Japonię można było zatrzymać jedynie bombami atomowymi.
Kraj ponownie podniósł się  po tym ciosie. Przy wsparciu amerykańskiego kapitału po raz kolejny nadrobił straty i szybko stał się technologicznym i gospodarczym liderem regionu. I ponownie zamknął się we własnym świecie. Efektem jest ponad dwadzieścia lat spędzonych na deflacji, ekonomicznej zapaści i utracie konkurencyjności. Gdy nie ma szansy na inwestycje i rozbudowę przedsiębiorstw, zaczyna rosnąć w siłę nacjonalizm. Zaczyna podnosić głowę coraz śmielej, dlatego transparentów z hasłami w stylu „tylko dla Japończyków" nie można bagatelizować.
Japończycy przyzwyczajeni są do myślenia, że za zło spotykane na co dzień odpowiadają gaijini. W świadomości ludzi odpowiadają za większość kradzieży, napadów i podejrzanych sytuacji. Nie ma co z nimi rozmawiać, bo i tak nie zrozumieją japońskiej kultury. Nie warto wynajmować im mieszkania, bo na pewno coś w nim popsują. Zapomną, że niektóre ściany są z papieru i będą chcieli wbijać w nie gwoździe. Nie będą wiedzieli, że po tatami nie chodzi się w butach i sprowadzą do domu nieczystości świata zewnętrznego. Pijani, hałaśliwi, napastliwi i na pewno przebywający w kraju nielegalnie. Tacy według Japończyków są cudzoziemcy.

Nacjonalizm podnosi głowę

W tym przedziwnym świecie uprzedzeń dobrze poruszają się politycy o prawicowych zapędach. Wiele lat burmistrzem Tokio był znany nacjonalista, Shintaro Ishihara. Zaczynał jako pisarz kontrowersyjnych na lata 60. XX wieku powieści o zbuntowanej młodzieży, przyjaźnił się z samozwańczym, ostatnim spadkobiercą samurajskiej tradycji pisarzem, wielkim pisarzem Yukio Mishimą, a później przeszedł do polityki. Jego wypowiedzi pod adresem cudzoziemców i mniejszości narodowych tworzyły nową definicję gafy w polityce. Rządził długo, miał bardzo twardą rękę i pod koniec kariery potrafił jako burmistrz stolicy prowadzić publiczną zbiórkę pieniędzy na wykupienie od prywatnego właściciela wysp Senkaku. Można powiedzieć, że do zaostrzenia sytuacji o sporny archipelag doszło właśnie w wyniku narastającego nacjonalizmu Ishihary. Japoński rząd musiał reagować szybko i wykupić wyspy z państwowych funduszy, by nie dopuścić do tego, by teren, do którego roszczą sobie prawa Chiny, znalazł się w rękach prawicowców. Kolejny prawicowy polityk szturmem podbił tysiące wyborców podczas zimowej kampanii wyborczej w Tokio. Toshio Tomogami, były dowódca japońskich powietrznych sił samoobrony, zgromadził spore środki, by walczyć o stanowisko burmistrza miasta. Wspierali go celebryci, piosenkarze i nikomu nie przeszkadzało, że ten sam człowiek został zwolniony dyscyplinarnie za komentarze o tym, że to Amerykanie sprowokowali pokojowo nastawionych Japończyków do ataku na Pearl Harbour. Japoński nacjonalizm potrafi się znakomicie maskować.

Wybiórcze uprzedzenie

Uprzedzenie do wszystkiego co obce jest w Japonii tym bardziej dziwne, że występuje bardzo wybiórczo. Japoński język wchłania zapożyczenia z angielskiego jak gąbka (nawet wspominane rasistowskie hasło było napisane po angielsku) i gdy przyzwyczaimy się do zniekształceń wyrazów wynikających z innej wymowy, może się uda coś ze współczesnego japońskiego zrozumieć nie ucząc się tego języka. Nazwy zespołów są kompletnie bezsensowne i wyglądają, jakby wybierano je na chybił trafił ze słownika. Idolami nastolatków są zachodnie gwiazdy, celebryci i piłkarze – nie myśli się o nich jak o złych gaijinach, ale traktuje jak żyjących bogów. Japoński nacjonalizm cierpi na schizofrenię, ale niestety kompletnie się na nią nie leczy.

Wiewiórki, wiry wodne i gwiazdozbiory

Dochodzi do kolejnego paradoksu. Rasistowskie hasło pada w środowisku piłkarskim, w krajowej lidze, w której grają obcokrajowcy. Trenerem klubu Urawa Reds jest od dwóch lat Serb, Mihajło Petrović, a w ciągu ostatnich 2 dekad na 19 trenerów, tylko 6 pochodziło z Japonii. Klubem, na którego stadionie pojawiło się niechlubne hasło kierowali Brazylijczycy, Niemcy, Holendrzy oraz jeden Duńczyk. Saitama, w której doszło do incydentu, jest dużym miastem pod Tokio. Na mecze drużyny Urawa przychodzi najwięcej widzów z całej japońskiej ligi. Gdy na tournée przyjeżdżają gwiazdy z lig europejskich, bilety wykupywane są na pniu. Co więcej, japońska liga piłkarska pełna jest klubów o dziwacznych nazwach opartych na zagranicznych słowach. Trudno szukać inicjałów FC, czyli Football Club – w obecnym składzie pierwszej ligi jest tylko jeden taki przypadek, FC Tokyo. W pozostałych przypadkach można trafić na neologizmy nie gorsze od Leśmianowych: Ardija (od hiszpańskiego słowa ardilla, wiewiórka, która jest maskotką drużyny Omiya, też z Saitamy); Vortis (kombinacja włoskiego vortice, wir wodny – nawiązanie do wiru w cieśninie Naruto i pierwszych liter prefektur z wyspy Shikoku); Vegalta (połączenie nazw dwóch gwiazdozbiorów Vega i Altair, do których nawiązuje najpopularniejsze święto Tanabata w mieście Sendai, z którego pochodzi klub); Ventforet (francuskie słowa vent, wiatr i foret, las – dla upamiętnienia samurajskich sztandarów z podobnymi napisami); Albirex (ponownie astronomiczne skojarzenie – gwiazda Albireo z łacińskim słowem rex, król). Nawet prawie japońsko brzmiące Gamba Osaka nie nawiązuje jedynie do rodzimego okrzyku gambaru, do przodu, ale do włoskiego wyrazu gamba, czyli noga. Mistrzem Japonii jest obecnie Sanfrecce Hiroszima – san od japońskiego trzy, a frecce to po włosku strzały. Według japońskiej legendy 3 strzały reprezentują coś bardzo trwałego, nie do złamania. Nawet premier Shinzo Abe porównuje swoją strategię gospodarczą do 3 strzał.

Przepraszam i na mundial

Hasło „Japanese only" brzmi frapująco w środowisku opakowanym w zachodnie naleciałości. Nie znaczy kompletnie nic poza próbą stworzenia zamieszania w miejscu, gdzie powinna liczyć się sportowa rywalizacja. Nie wiadomo jeszcze, czy FIFA wyciągnie konsekwencje wobec japońskiej federacji piłkarskiej, ale J. League nałożyła na Urawa Reds karę. Następny mecz u siebie Urawa zagra przy pustych trybunach, co przy normalnie znakomitej frekwencji w Saitamie i perspektywie goszczenia kibiców z Shimizu, którzy wiernie podążają po całym kraju za swoim klubie S-Pulse, przełoży się na konkretne starty finansowe. Grupa odpowiedzialna za transparent ma bezterminowy zakaz wstępu na stadion w Saitamie. Prezes klubu Urawa oficjalnie przeprosił za zachowanie kibiców. Czas obecnie przygotowywać się na mundial w Brazylii, na który japońscy piłkarze jadą jako aktualni mistrzowie Azji. Pod wodzą włoskiego trenera.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA