fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Zbojkotujmy ceremonię otwarcia

Monika Pyrek
Fotorzepa, Darek Golik
Monika Pyrek o tym, dlaczego wystartuje na igrzyskach w Pekinie mimo ostatnich wydarzeń w Tybecie
Rz: Nie ma pani wrażenia, że wszystkim trochę zbyt łatwo przychodzi wskazywanie sportowców palcami i żądanie, żebyście nie jechali na igrzyska?
Monika Pyrek: Zaczynam się już tego bać. Jesteśmy zasypywani pytaniami, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Przejrzałam właśnie swoją skrzynkę pocztową, pełną e-maili w sprawie Pekinu. Wiele jest pozytywnych, ale są też inne: co ja wiem o Chinach i o Tybecie, jak śmiałam w programie „Teraz my!” w TVN mówić, że bojkot nie będzie dobrym rozwiązaniem itd. I jak pani odpowie na te listy?
Wydaje mi się, że komuś, kto sport zna tylko z telewizji, trudno zrozumieć, w jakiej jestem sytuacji. Ci, którzy mnie pouczają albo obrażają, nie spędzili ostatnich 15 lat na treningach i w rozjazdach. Nie poświęcili swojej młodości, trenując kilka razy dziennie właśnie po to, żeby walczyć na igrzyskach. Przecież to nie my, sportowcy, wybraliśmy sobie Pekin na gospodarza. Międzynarodowy Komitet Olimpijski to nie jest międzynarodowe zrzeszenie sportowców, są tam bardzo różni ludzie. Nie pytali nas o zdanie, gdy siedem lat temu podejmowali taką, a nie inną decyzję. Nie brakuje pani ostrzejszego stanowiska MKOl w sprawie Tybetu? Trochę tak. Słyszałam, że przewodniczący Jacques Rogge złożył kondolencje rodzinom ofiar, ale chyba przydałoby się pójść o krok dalej. Wiele osób ma z tymi igrzyskami podobny problem. Zostawił je w spadku odchodzący szef MKOl Juan Antonio Samaranch, a na trudne pytania musi teraz odpowiadać jego następca Jacques Rogge i sportowcy... Najgorsze jest to, że wiele osób uważa, iż sport to taka nasza pasja, i dlatego możemy zrezygnować z łatwością z jednego startu w Pekinie, bo przecież świat się nie zawali. A właśnie dla wielu z nas się zawali. My też mamy co miesiąc raty kredytów do spłacenia, a igrzyska są okazją, żeby zapewnić sobie utrzymanie na następne lata: stypendia, rentę olimpijską. Skok o tyczce to mój zawód, taki sam, jaki wykonuje każdy. Tyle że z podstawowym ograniczeniem: nie mogę go wykonywać długo. Potem jako trzydziestolatka będę miała do wyboru: albo zostać trenerem i zarabiać w klubie 300 złotych miesięcznie, albo zaczynać życie od nowa w innym zawodzie. Ile razy w tej krótkiej karierze mogę być na igrzyskach? Najbliższe będą dla mnie dopiero trzecimi, nie wiem, czy za kolejne cztery będę jeszcze uprawiać sport. Nie rozumiem, dlaczego ktoś właśnie ze mnie chce zrobić narzędzie wywierania wpływu na Chiny. Jak już chcemy protestować, zróbmy to tak, żeby naprawdę zabolało: nie kupując niczego z metką „Made in China” Dlatego, że sport jednak wciąż kojarzy się ze szlachetnością charakteru, a igrzyska z pokojem. I gdy się ogląda zdjęcia z Tybetu, to coś zgrzyta. Gdy słyszę, że właśnie do listy ofiar dopisano kilkanaście kolejnych nazwisk, to jest mi autentycznie smutno i źle. Przecież my nie jesteśmy bez serca, po prostu walczymy o to, żeby nikt nas nie wyręczał w decydowaniu o własnym losie. Prawo do uprawiania sportu to też prawo człowieka. Przecież codziennie w Chinach odbywają się dziesiątki konferencji gospodarczych, naukowych, w Szanghaju będzie Expo. Dlaczego tam wolno jechać, a na igrzyska nie? Tylko dlatego, że przy sporcie łatwiej rozhuśtać emocje? Jak już chcemy bojkotować, to zróbmy to tak, żeby Chiny naprawdę zabolało. Wyrzućmy z szafy chińskie ubrania, nie kupujmy tego, co ma metkę „Made in China”. Ale to będzie jednak mało spektakularne. Ludzie oczekują, że jeśli już na igrzyska pojedziecie, to wykonacie jakiś gest, który zapadnie w pamięć. Samo to, że tam przyjedziemy – 10 tysięcy sportowców, 30 tysięcy dziennikarzy, mnóstwo turystów i kibiców z całego świata – jakoś Chiny zmieni. Władze nie będą w stanie zapanować nad takim morzem ludzi, wymazać ze zdjęć wszystkich znaków poparcia dla tych, którym w tym kraju źle się dzieje. Moim zdaniem to lepsze niż na igrzyska nie przyjechać i zostawić Chińczyków samych z ich rządem. Nie znam żadnego sportowca, który by planował bojkot, nie słyszałam o kraju, który planuje nie wysyłać reprezentacji, więc chyba wszyscy uważają podobnie. Nawet Dalajlama wzywa, żeby Pekinu nie bojkotować. Karta olimpijska grozi wyrzuceniem z igrzysk tym, którzy będą urządzali demonstracje polityczne podczas zawodów. Co pozostaje? Najlepsze rozwiązanie to zbojkotowanie ceremonii otwarcia. Bo to nie jest wydarzenie sportowe, a jeśli bieżnia stadionu olimpijskiego podczas defilady reprezentacji będzie świeciła pustkami, dla wszystkich będzie jasne, o co chodzi. I raczej trudno będzie Chińczykom sprawić, by w transmisji telewizyjnej bieżnia wyglądała na pełną. To byłaby manifestacja naszej solidarności. Potem publiczność może wam się zrewanżować i podczas zawodów wspierać swoich, a wygwizdywać obcych. Gest Władysława Kozakiewicza to nie była przecież odpowiedź na to, że igrzyska w 1980 roku odbywały się w kraju, który łamał prawa człowieka, tylko na wrogość moskiewskiej publiczności, dla której liczyły się tylko radzieckie zwycięstwa. Myślę, że to nie będzie problemem. Dwa razy startowałam w Szanghaju i mam same miłe wspomnienia. Wszyscy byli dla nas uprzedzająco grzeczni, otwarci na gości z zagranicy. Gdyby mogli, to wyręczyliby mnie we wszystkim, nawet w skakaniu. Zanosi się, że do startu w Pekinie już niewiele się zmieni: częściej niż o to, o jaki medal walczycie, będziecie pytani o stosunek do Tybetu i o obronę praw człowieka. Ja w ogóle mam wiele rozterek związanych z tym startem. Wszystko będzie tam dla nas wyzwaniem: klimat, smog, miejscowa kuchnia. Stres podczas przygotowań już jest ogromny, pytania o bojkot to kolejny ciężar, który musimy unieść. A igrzyska przecież nie powinny być po to, żeby się bać.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA