fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Potrzeba afrykańskiej strategii

Z Afryką handlują wszyscy – od Stanów Zjednoczonych przez Europę i Izrael po kraje arabskie, Indie, Koreę Południową i Japonię.
Złe przygotowanie prowadzi na pewno do porażki. Ta myśl Konfucjusza przychodzi mi na myśl, gdy czytam najświeższe doniesienia o tzw. polskiej ekspansji gospodarczej w Afryce. Jest o niej ostatnio głośno, przede wszystkim za sprawą zakupu przez Azoty Police złóż fosforytów w Senegalu za 29 milionów dolarów, dzięki kontraktowi lubelskiego Ursusa na sprzedaż ciągników do Etiopii za 90 milionów dolarów, ze względu na zapowiedź budowy polskiej fabryki leków w Algierii czy też z powodu nieco mniej nagłośnionego w mediach niedawnego kongresu gospodarczego Polska-Afryka w Łodzi. Powstają pytania: po co nam ta tzw. ekspansja, a jeśli już po coś – to czy jesteśmy do niej dobrze przygotowani. My: Polacy i Afrykańczycy.
Na początek trochę liczb. Produkt krajowy brutto Afryki w 2012 roku to około 1,3 biliona dolarów, rozłożone na 45 państw. Wymiana handlowa między Polską a Afryką w 2012 roku wyniosła 3,5 miliarda dolarów, z czego 30% przypadło na kontakty z RPA, a następne 40 proc. - na liczone razem Algierię, Maroko i Egipt. Dla porównania: wymiana najdynamiczniej rozwijających swój handel z Afryką Chin wyniosła w 2012 roku skromne 198 miliardów dolarów, z czego 113 miliardów to chiński import z Czarnego Lądu. Eksport Chin do Afryki to 85 miliardów dolarów, a różnica między eksportem a importem zostaje w portfelach Afrykańczyków. W dużej mierze z tych właśnie pieniędzy pochodzi gospodarczy wzrost państw afrykańskich: przykładowo taki Mozambik, w którym Chińczycy stawiają porty i kładą drogi oraz przymierzają się do wydobycia gazu i ropy,  planuje w budżecie na 2014 r. wzrost produktu krajowego brutto o ponad 7 proc.
Dzięki wzrostowi PKB kraju o 7 proc., roczny PKB liczony na głowę przeciętnego Mozambijczyka i przeciętnej Mozambijki ma wzrosnąć w 2014 roku z 600 dolarów do 680 dolarów. Miesięcznie daje to wzrost z 50 dolarów na osobę do 56 i pół dolara na osobę.
Jeden dolar to trochę ponad trzy złote. Z Afryką handlują wszyscy – od USA przez Europę i Izrael, po kraje arabskie, Indie, Koreę Południową i Japonię.
Z Afryką handlują wszyscy – od USA przez Europę i Izrael, po kraje arabskie, Indie, Koreę Południową i Japonię. Dwa kraje, które całkiem niedawno wystartowały do wyścigu o afrykańskie zasoby, a z którymi możemy się porównywać to Brazylia (4,2 miliarda dolarów wymiany handlowej z Afryką w 2001 roku i 27,2 miliarda dolarów w 2011 r.) oraz Turcja (2003 r.: 6 miliardów dolarów wymiany handlowej z Afryką, 2009 r.: 20 miliardów dolarów).
Najbardziej intensywne działania gospodarcze w Afryce są trojakiego rodzaju. Po pierwsze, prawie każdy kraj nie-afrykański stara się w Afryce wydobywać surowce, które to surowe mają zabezpieczać rozwój gospodarki kraju nie-afrykańskiego. W tym procederze przodują Chiny, które bez afrykańskich dostaw najzwyczajniej by zbankrutowały i ogłosiłyby koniec swojego wzrostu. Niewykluczona byłaby też społeczna rewolta w Państwie Środka. W końcu około ośmiuset milionów ludzi w Chinach cały czas czeka na wyciągnięcie z nędzy, a widzi zarazem, że wszystkim innym w ich kraju się poprawia.
Prócz Chin także inne kraje starają się znaleźć w Afryce swoje miejsce na ziemi do kopania w tejże. Przykładem może być Brazylia, której 90 proc. importu z Afryki w 2011r. to ropa i surowce. Połowa ropy sprowadzonej w 2011 r. przez Brazylię z Afryki pochodziła z Nigerii.
Wśród surowców najchętniej szukanych w Afryce są wspomniana ropa naftowa oraz gaz, węgiel i rudy metali, na czele z miedzią, żelazem i metalami rzadkimi. Trzy największe firmy chińskie działające w Afryce to państwowe koncerny petrochemiczne; największe firmy amerykańskie, europejskie czy brazylijskie, aktywne w Afryce, to także przedsiębiorstwa naftowe – Shell, BP, firmy niemieckie, Petrobras...
W obszarze „poszukiwanie surowców" mieści się zakup złóż fosforytów przez Azoty Police, które dzięki nowemu nabytkowi mają zapewnione dostawy surowca na mniej więcej trzy lata. Polski koncern chce także, nawiasem mówiąc, zbudować fabrykę nawozów sztucznych także na miejscu, w Senegalu.
Drugi co do intensywności rodzaj działań gospodarczych krajów spoza Afryki w Afryce to działania związane z budową infrastruktury. Drogi, koleje, porty czy lotniska powstają jeden za drugim, przy czym – jak twierdzi wielu komentatorów – po to, by łatwiej było wywozić, pardon: eksportować zakupione surowce. W tym obszarze także najdynamiczniejsze są Chiny, choć także inne kraje mogą liczyć na kontrakty – np. tureckie firmy budują autostrady w Nigerii czy mosty w Sudanie.
Częsty model działalności na tym polu to zabezpieczanie kontraktu budowlanego w Afryce dostawami surowców z Afryki.
Przy okazji, tu kłania się znane z Polski chińskie państwowe przedsiębiorstwo Covec, które odpowiada za realizację mniej więcej 70 proc. wszystkich chińskich kontraktów budowlanych w Afryce.
Po trzecie, Afryka rozbudowuje swoją energetykę. Robi to, współpracując głównie, acz nie jedynie, z Chinami. Przykładowo: ostatnio Tanzania podpisała  Chinami kontrakty na rozbudowę kompleksu energetycznego Kinyerezi za ponad 300 milionów dolarów.
Oprócz Chin na polu budowy energetyki afrykańskiej działają i inni: dzień przed przyjazdem Donalda Tuska do RPA wyjechał stamtąd prezydent naszego nowego sojusznika wojskowo-afrykańskiego – Francji, który już w samolocie do Paryża cieszył się z podpisania umów związanych z energetyką wartych kilka miliardów dolarów. W RPA elektrownie atomowe chce też budować Rosja.
Określenie „nasz nowy sojusznik wojskowo-afrykański" wynika z faktu, że będziemy uczestniczyć w już drugiej misji militarnej Francuzów w Afryce, dzięki czemu Paryż będzie mógł mówić, że nie interweniuje samemu, jak zawsze do tej pory czyniła, a jedynie organizuje une mission europeenne.
Po niedawnym wsparciu wyprawy francuskiej armii do Mali, Polska wyśle niebawem pięćdziesięciu żołnierzy i samoloty transportowe jako pomoc techniczną francuskiej interwencji w Republice Środkowej Afryki. Ten fakt kilka dni temu ogłosił jako pierwszy prezydent Francji, a jako drugi – premier Polski.
Wracając do afrykańskiej energetyki, to warto jeszcze wspomnieć o Etiopii i jej projekcie: na Nilu ma powstać gigantyczna zapora, którą Etiopczycy chcą zbudować za własne pieniądze.
Inne rodzaje działalności gospodarczej krajów nie-afrykańskich w Afryce to działania związane z produkcją żywności, produkcją leków, sprzedażą maszyn oraz dóbr przetworzonych, edukacją, ochroną zdrowia, a także sprzedaż broni. Są to działania dochodowe, acz w ich przypadku dochód jest mniejszy, niż w przypadku transakcji związane z wydobyciem surowców, budowaniem afrykańskiej infrastruktury i budowaniem energetyki w Afryce.
Odnośnie sprzedaży maszyn, to warto odnotować, że Francois Hollande sprzedał południowym Afrykańczykom nie tylko wspomniane elektrownie, ale i produkty znanego również w Polsce Alstomu; w sumie wyszło panu Hollande'owi 7,5 miliarda dolarów umów z RPA. Suma ta prezydenta Francji na tyle uradowała, że kilka dni temu zapowiedział on powstanie fundacji na rzecz odnowienia współpracy gospodarczej swojego kraju z Afryką.
W obszarze „sprzedaż maszyn" należy także umieścić etiopską transakcję Ursusa za 29 milionów dolarów. Umowę w tej sprawie wynegocjowano dzięki staraniom polskiej ambasady Zrobiono to na szczęście na tyle sprawnie i poufnie, że nikt się o niczym zawczasu nie dowiedział. Co więcej, zaraz po publicznym ogłoszeniu przez Etiopczyków umowy z Polakami zawitał do Addis Abeby, zdaje się, nieco zaniepokojony nową sytuacją chiński minister rolnictwa.
Skoro mowa o ambasadach, to najwięcej ich w Afryce mają Amerykanie (49), potem Chiny (48), Rosja (38) i Brazylia (37). Spośród innych krajów rozwijających się, Indie i Turcja mają w Afryce po prawie 30 przedstawicielstw dyplomatycznych.
Polska ma całe dziesięć ambasad na Czarnym Lądzie, z czego aż pięć w afrykańskich krajach nie-arabskich: w Angoli, Etiopii, Kenii, Nigerii i RPA. W RPA także znajduje się jedyny poniżej równika polski państwowy wydział promocji handlu i informacji. Jego przedstawiciel szacował niedawno na łamach „Rzeczpospolitej", że możemy podbić RPA sprzedażą kurczaków i innych form drobiu za nawet, ho ho, 200 milionów dolarów.
Jak w tej sytuacji, zarysowanej z braku miejsca w nieco uproszczony sposób, może w Afryce działać Polska i polskie przedsiębiorstwa? „Złe przygotowanie prowadzi niechybnie do porażki" - tu właśnie przypomina mi się stwierdzenie Konfucjusza, użyte jako pierwsze w niniejszym artykule. W opisywanym kontekście zasadne wydało mi się również choćby pośrednie odwołanie do kraju, z którego pochodził autor tego ładnego zdania.
Uważam, że niezbędne jest ustalenie, po co Polsce ta cała gospodarcza wyprawa do Afryki. W jakim celu generalnym i w jakich celach szczegółowych miałby polskie państwo oraz polskie przedsiębiorstwa starać się o afrykańskie rynki? Uważam, że niezbędne jest ustalenie, po co Polsce ta cała gospodarcza wyprawa do Afryki. W jakim celu generalnym i w jakich celach szczegółowych miałby polskie państwo oraz polskie przedsiębiorstwa starać się o afrykańskie rynki?
Wybieramy się do Afryki w sytuacji 15 miliardów dolarów (47 – 50 miliardów złotych) deficytu, jaki budżet polskiego państwa odnotowuje rok w rok. Nasz PKB wzrósł w 2012 roku o wartość zbliżoną do wartości niemieckich, pardon: unijnych, dotacji, jakie co roku otrzymujemy. Bezrobocie pod koniec 2013 r. wynosi 13 proc., drugie 13 proc. zdolnych do pracy wyjechało zarabiać – i, z przeproszeniem, rozmnażać się – za granicą, jako że na ojczyzny łonie zatrudnienia znaleźć nie mogli. O pełnym rozkwicie katastrofy demograficznej nie wypada już tu wspominać, jako o fakcie omówionym przez wszystkich wszędzie.
Tyle o faktach powszechnie znanych.
Odnośnie faktów nieznanych lub znanych mało, to ... to jaki jest pomysł polskich władz na polską obecność w Afryce?
Jaki jest polska strategia wobec Afryki? Czy staramy się – co, zdaje się, jest sprawą dla Polski najważniejszą – zapewnić sobie bezpieczeństwo energetyczne dzięki afrykańskim surowcom? Czy staramy się może  zmniejszyć polski deficyt w drodze zwiększenia dochodów firm płacących podatki w Polsce? Ta kwestia wydaje się sprawą prawie tak ważną, jak zwiększanie polskiego bezpieczeństwa surowcowego. Czy może też staramy się wyłącznie znaleźć kupca na polskie leki i maszyny, bez angażowania się w projekty typu „wasze surowce za nasze budowy"?
Jeśli odpowiedzi na pytania o bezpieczeństwo energetyczne Polski oraz o walkę ze strukturalnym deficytem budżetu państwa polskiego są pozytywne, to powstają kolejne pytania.
Jakie jest przygotowanie państwa polskiego, największych polskich firm (tych z udziałem skarbu państwa) oraz banków i ubezpieczycieli kredytów do starań o najbardziej dochodowe kontrakty w Afryce? Czy państwo polskie wie, do których konkretnie krajów Afryki chce się wybrać, do których nie i dlaczego? Po co dokładnie chcemy się wybrać do państwa X., Y. czy Z. oraz jakimi środkami chcemy coś od nich uzyskać? Co tak naprawdę dajemy w zamian i dlaczego tak drogo musimy zapłacić?
Jako że nie istnieje coś takiego jak Afryka jako całość, a są tylko różne państwa afrykańskie o odmiennym stopniu rozwoju, to – czy wiemy, dokąd chcemy skierować nasze szczupłe środki i w jakim celu? Sąsiadująca ze wspomnianym na początku artykułu Mozambikiem RPA ma dochód na głowę porównywalny z krajami Unii Europejskiej, zatem sposób działania w RPA powinien różnić się od sposobu działania w Mozambiku. Tłumacząc na nasze: Szwecja to nie Grecja, także w Afryce.
W ramach kwerendy do niniejszego artykułu szukałem informacji m.in. na stronie internetowej rządowego programu „Go Africa". Pod hasłem „Mozambik", w części zawierającej informacje ogólne o tym kraju znalazłem informacje nie o Mozambiku, a o RPA właśnie (!). Informacje te nie pochodziły ze źródeł polskich, bo i po co Polakom informacje polskich instytucji badawczych na stronach polskiego rządu, a z południowoafrykańskiego informatora rządowego z 2012 r., jak rzetelnie podano na polskiej stronie rządowej.
Jak dowiedziałem się z innej polskiej rządowej strony internetowej, poświęconej działaniom naszego państwa w Afryce, przedstawiciele polskiego wydziału promocji z RPA wybrali się byli pewnego dnia na rekonesans do pobliskiego Malawi. Efektem wizyty w Lilongwe i okolicy były dwie strony formatu A4 wizytówek przedsiębiorców malawijskich, poznanych przez panów z polskiego wydziału promocji z siedzibą w RPA podczas wyprawy do dalekiego Malawi. Spośród malawijskich wizytówek prezentowanych na polskiej rządowej stronie www najbarwniejsza wydała mi się ta, która Polakom przekazał właściciel sklepu z lakierami.
Jak już wspomniałem, Polska powołała program wspierania eksportu „Go Africa". W założeniu ma on pomagać polskim przedsiębiorcom w zdobywaniu rynków zbytu w Algierii, Angoli, Kenii, Nigerii, RPA i Mozambiku. W praktyce w 2013 r. polskie firmy zrobiły interesy w wymienionej w programie Algierii oraz w niewymienionych w programie Senegalu i Etiopii. Pan premier odwiedził – prócz objętych programem Nigerii i RPA – nieobjętą programem Zambię.
Dobrze zresztą się stało, że szef polskiego rządu dotarł do Zambii, nie tylko do przepięknych wodospadów Wiktorii w Livingstone (sam bym chętnie pojechał popatrzeć), ale i do prezydenta Zambii, urzędującego w stolicy tego kraju, Lusace. Złoża miedzi w Zambii czekają na polski KGHM i to mimo obecności Chińczyków w tym kraju oraz w branży miedziowej. Niestety, starania pana premiera to jedno, a działania KGHM to drugie: jak na razie kierownictwo KGHM, jak się wydaje, do Zambii się nie wybiera.
Podsumuję dotychczasowe działania polskich władz w sprawie Afryki w sposób, w jaki kiedyś mawiano w polskim Lwowie: ta przecież ta to mi nie sztymuji. Tłumacząc na polski: coś mi się tutaj nie zgadza, tajoj.
Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na zgodność listy krajów z programu „Go Africa" z listą ambasad polskich w krajach Afryki znajdujących się poniżej równika. Praktycznie, to fakt – ale czy właściwie? I czy nie chcemy działać w innych krajach? Czy nie potrzebujemy ambasad w innych państwach Afryki? Hm.
Warto przy tym dodać, że w krajach objętych polskim programem „Go Africa" koncentruje się także działalność Chin w Afryce, a także działalność takiej np. Brazylii czy Turcji. Dobrze się stanie, jeżeli będziemy wiedzieli, z kim się ścigamy. Wiedza o konkurentach może się przydać. Przyda się ona zwłaszcza w sytuacji, gdy daje się zauważyć pewien brak spójności między projektami państwa polskiego typu „Go Africa" a praktyką w wykonaniu firm czy w wykonaniu najwyższych rangą przedstawicieli polskiego państwa.
Chinom i Brazylii będą poświęcone kolejne artykuły temat ewentualnej obecności gospodarczej Polski w Afryce.
Afrykanie zdają sobie dobrze sprawę, do czego im są potrzebni Polacy i polska obecność w ich krajach. Znają oni swoje potrzeby, które nie różnią się znacząco od potrzeb innych ludzi. Obecni na łódzkim kongresie Polska-Afryka politycy z różnych krajów Afryki powtarzali w wystąpieniach i w rozmowach prywatnych, czego potrzebują ich państwa: bezpieczeństwa żywnościowego dla swoich obywateli, dostępu do wody pitnej, infrastruktury, energetyki, edukacji i wojska. Na budowę wyżej wymienionych chcą wydawać pieniądze pochodzące z nadwyżek w handlu z Chinami – i mogą wydać je u nas. Mogą, acz nie muszą.
Afrykańczycy mają także już nieco dosyć swoich dotychczasowych dobrodziejów, na czele z Europejczykami zachodnimi, Amerykanami i Chińczykami. Afrykanie cały czas szukają kogoś, kto da im lepsze warunki od oferowanych przez wyżej wymienionych. Mogą je znaleźć u nas, mogą je znaleźć np. w Turcji, mogą też w końcu dostać poprawioną ofertę od dotychczasowych partnerów.Afrykańczycy mają także już nieco dosyć swoich dotychczasowych dobrodziejów, na czele z Europejczykami zachodnimi, Amerykanami i Chińczykami. Afrykanie cały czas szukają kogoś, kto da im lepsze warunki od oferowanych przez wyżej wymienionych.
Ewentualny sukces kontaktów gospodarczych między Polską a Afryką zależy – przepraszam za banał – od spotkania się potrzeb obu stron. Afrykańczycy przybywający do Polski wiedzą, czego chcą, wiedzą dlaczego chcą, tego czego chcą – oraz mają pieniądze.
Afrykańscy politycy są bardzo dobrze przygotowani do rozpoczęcia współpracy z Polską. Wielu afrykańskich decydentów obecnych na kongresie w Łodzi było w stanie w skrócie opowiedzieć istotę polskich przemian po 1989 roku. Niejeden z nich wymienił też składy polskich reprezentacji na mistrzostwach świata w piłce nożnej 1974 r. i 1982 r. (!). Wiadomość tę podaję, by okazać stopień zainteresowania afrykańskich decydentów Polską i ich znajomość naszego kraju.
Najwięcej wiedzący o Polsce Afrykańczyk, jakiego udało mi się poznać na kongresie, komplementował grę trzydzieści parę lat temu polskiego piłkarza o nazwisku Konopka. Kto z państwa wie, kim trzydzieści parę lat temu był polski piłkarz Konopka?
Afrykańczycy chętnie nam pomogą w rozwiązaniu naszych problemów. Widzą w tym swój interes. Rzecz w tym, byśmy najpierw pomogli sobie sami. Pomóżmy Afrykańczykom w udzieleniu nam pomocy: ustalmy, wpierw, czego my sami chcemy. Przygotujmy się. Zaplanujmy.
Bo złe przygotowanie prowadzi...
Autor wychowywał się w Afryce
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA