fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Referendum czyli rozterki Kłopotka

Anna Kozicka–Kołaczkowska
archiwum prywatne
Jeszcze trochę, jeszcze parę godzin zażartej gonitwy Justyny Dobrosz-Oracz z TVP. Bynajmniej nie w rejonach kartonów z głosami obywateli w sejmowym hallu. Jeszcze któreś z Elbanowskich zahaczyłoby się o mikrofon.
Takie momenty dziejowe to czas wielkich ról „ludowców". Aktualnych panów latyfundiów i pałaców nieaktualnych hrabiów. Dzianych facetów, których powinien mieć na myśli sekretarz SLD, gdy wywrzaskuje „Międzynarodówkę" z buńczucznie, jak na socrealistycznych malowidłach, niby że po robociarsku zakasanymi rękawami.
Takie dni są dla PSL zawsze wielkie w ich małżeństwie z rozsądku. Wyrachowanym żonom też zdarza się godzina zapłaty. Cały kraj spija więc z ust Piechocińskiego cierpkie uwagi pod adresem koalicjantów zewnętrznych i konkurentów w łonie własnym. Wreszcie prezes może się odkuć. Odzyskać twarz w gorzkiej komedii wspólnego truchtu z przymusu. Na widok tych min koalicjanci muszą chyba od czasu do czasu wpadać na stronę, żeby się w spokoju wyśmiać.
Obywatele, zupełnie jakby nie widzieli już tych oper wcześniej, do ostatniej chwili mają się emocjonować: Co zrobi koalicjant, jak zagłosuje koalicjant? Ależ nic nowego pod słońcem. Zasada pierwsza - przeczołgać rzecz do piątku. Najlepiej do popołudnia, gdy naród miota się podekscytowany weekendem, albo tkwi w podmiejskich korkach. Ten scenariusz jest zgodny z rytmem natury jak sopocka plaża w lipcu a w styczniu narciarskie stoki. W poniedziałek jest za późno już nawet na" Polacy, nic się nie stało". Ten scenariusz nigdy nie zawodzi.
Znany, podły żart o dzikim kraju serwuje się nam jeszcze raz. Pani Dobrosz-Oracz znowu najbardziej uparcie czyha na posła Kłopotka w roli dyżurnego sumienia partii, która chciała dobrze, ale niestety, nie wyszło. Zupełnie jak w buszu, gdy mąż odgrywa przed szałasem męki cierpienia rodzącej. Wpijamy się więc z dziecięcą nadzieją w sumienie posła. Jak zwykle, sympatyczny poseł jest w szampańskim nastroju a jego pawi ogon omal nie kanceruje wysokich, sejmowych stropów. Oto indywidualista, który ośmiela się czasem nawet wstrzymać od głosu z racji zabójczej odwagi. On strasznie chce dobrze. Niczym pierwszy sprawiedliwy, może nawet wziąć na klatę jeden, cały głos przeciwny.
A walka nie idzie nawet o merytoryczne rozstrzygnięcie ważnych kwestii edukacji, lecz zaledwie o możliwość głosu obywateli dotkniętych przemocą. Ludzie nie chcą tego, co jest dla ich dzieci złe. Jakie to smutne - do końca ma się nam wydawać, że drgnienie sumienia i łut godności są możliwe w tym środowisku. Że może raz odpuszczą. Powiedzą – dobrze. To rzeczywiście draństwo nie dać dojrzeć w spokoju maleństwom. To prawda, że przedwczesny obowiązek szkolny może spowodować, że na nic zda się całe kształcenie. Wypali dzieci na starcie, zrazi do szkoły. Bo inaczej być nie może. Psychologia rozwojowa dzieci i młodzieży jest jednak nauką. Eksperyment z gimnazjum jest porażką. Nie mówiąc o jakości życia dzieci, ich szczęściu. O lekcjach historii, które winny być młotem na głupotę nie wspominając, bo koalicjanci wobec tego argumentu gotowi jeszcze w ogóle nie wykaraskać się z miejsc ustronnych, nie utuliwszy się ze śmiechu.
Rzecz jasna, nikomu ani w głowie, że coś rzeczowego, niezagmatwanego powie na ten temat Kidawa- Błońska. Obywatele głównej partii myśleć po obywatelsku potrafią. Toteż migawki w TVP są w tej mierze krótkie, nienachalne i niemerytoryczne. Może to i lepiej. Przykro słuchać minister edukacji, gdy swobodnie, jakby mówiła do nieuczonych sześciolatków, straszy, że likwidując gimnazja trzeba byłoby zwolnić nauczycieli. Jakby uczniami w starszym wieku mieli zajmować się później kosmici. Dla tej matematyczki z zawodu liczy się tylko rachunek głosów bezwolnych karierowiczów. Że o cokolwiek konstruktywnego oprócz koalicji ze wszystkim co złe chodzi ruchowi gadżetów, wiedzą też najgłupsze ptaszki. Na niespodziankę się nie zanosi.
Dlatego potrzebna jest ta kiepska komedia. Telewizyjne tam-tamy. Polityka jest dla nich wyłącznie interesem. Ich handlowym interesem. A gdy któremuś zdarzy się sześciolatek, to kilka tysięcy opłaty za miesiąc jego komfortu w prywatnej podstawówce, to chyba nie za wiele jak na spadkobiercę latyfundiów, pałaców i poselskich mandatów.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA