fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Grillowanie wicepremiera Rostowskiego

Michał Szułdrzyński
Fotorzepa, Waldemar Kompała Waldemar Kompała
Choć premier dementuje informacje, jakoby szykował odejście ministra finansów, taka dymisja byłaby mu na rękę. Dałaby satysfakcję ludowcom i zbuntowanemu Jerzemu Buzkowi.
Co wam strzeliło do głowy – rzucił wczoraj Donald Tusk gdy dziennikarze pytali, co z tą dymisją Jacka Rostowskiego.
Dzień wcześniej Reuters podał, że premier poprosił zaufanych współpracowników, by znaleźli kandydatów do objęcia teki ministra finansów. A Tusk zamiast szybko zdementować tę informację, jeszcze wczoraj rano na Twitterze podgrzewał atmosferę. „Dziś budżet w Sejmie, jutro koniec prac nad OFE, od piątku formalne konsultacje. Trudny etap za nami, w listopadzie nowe otwarcie". Trudno nie uznać tego za aluzję do rekonstrukcji rządu po załatwieniu najważniejszych spraw, którymi zajmuje się Rostowski.
Premier współczuł wczoraj ministrowi, któremu jest przykro, gdy czyta informacje o swej dymisji. To fakt. Ale właśnie z tego powodu trudno uwierzyć, że to on rozpuszcza informacje o własnej dymisji. W Sejmie aż huczy od plotek, że pierwszy – jeszcze w sierpniu – przeciek dotyczący możliwej dymisji Rostowskiego pochodził z otoczenia Donalda Tuska. Również we wtorkowej depeszy Reuters powoływał się na rozmówców z otoczenia szefa rządu.
Zresztą pochylanie się premiera nad przykrościami, jakie spotykają Rostowskiego nie wygląda szczerze. W połowie lutego premier rzucił na konferencji prasowej, że zamierza wymienić ministrów w swym gabinecie. Przez tydzień komentatorzy zastanawiali się, kto straci stanowisko i kto może na nowo znaleźć się w rządzie. Ministrowie źle wówczas odebrali taką grę swojego szefa, ponieważ przez kilka dni każdy z nich zastanawiał się, czy to nie na niego padnie.
Trudno więc nie odnieść wrażenia, że i dziś jesteśmy świadkami grillowania ministra finansów. Z jednej strony premier Tusk nie lubi bowiem podejmować decyzji pod naciskiem mediów. Z drugiej strony często wypuszcza przecieki po to, by przetestować reakcję opinii publicznej lub rynków finansowych. I być może właśnie dziś testuje, jak zareagowałyby one na odejście Rostowskiego.
Tym bardziej że taka dymisja byłaby Tuskowi na rękę z kilku powodów. Premier zapowiedział już kilka miesięcy temu rekonstrukcję rządu na półmetku kadencji, która wypada w listopadzie. By przyniosła ona efekt wizerunkowy, Tusk musi odwołać ważnego ministra. W ciągu ostatnich miesięcy wymienił szefów resortu sprawiedliwości, spraw wewnętrznych, skarbu, w ubiegłym roku zmienili się ministrowie gospodarki i rolnictwa. Tym razem nie może się więc skończyć na kosmetycznej zmianie np. w MEN.
Ale jest jeszcze inny powód. Reformę OFE, którą pilotuje Rostowski, krytykuje jej współautor Jerzy Buzek. W ubiegłym tygodniu pisał na Twitterze: „Ostatnie wypowiedzi Rostowskiego w stosunku do Balcerowicza, pełne insynuacji, są skandaliczne i poniżej wszelkich standardów". Jeśli Tusk musiałby wybierać między niepopularnym ministrem finansów a zbierającym setki tysięcy głosów w wyborach Buzkiem, racjonalne byłoby postawienie na tego ostatniego. Dymisjonując Rostowskiego, upiekłby kilka pieczeni na jednym ogniu: dał satysfakcję nielubiącym go ludowcom, uspokoił własną partię i w dodatku zatrzymał w PO Jerzego Buzka.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA