fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kraj bez przedszkoli

Fotorzepa, Waldemar Kompała Waldemar Kompała
Premier Donald Tusk tak bardzo przejął się tym, że jest socjaldemokratą, iż chce zabrać pracującym rodzicom miejsca w przedszkolach. Mają być dla „biednych”. To kolejny cios w tych, którzy są zaradni, aktywni i starają się działać bez pomocy państwa – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.
Rząd szykuje pracującym rodzicom prawdziwy horror. Wbrew głoszonym hasłom o polityce na rzecz rodzin, sprzyjaniu aktywności na rynku pracy, chce ich pozbawić prawa do zapisania dziecka do publicznego przedszkola. Już od stycznia 2014 roku ci, którzy będą się tam ubiegać o miejsce, będą musieli udowodnić, że... zarabiają mało lub wcale. W praktyce po wejściu w życie pomysłów rządu wszystkie rodziny wychowujące jedno lub dwoje dzieci, gdzie pracuje oboje rodziców, będą na cenzurowanym. Kryterium dochodowe jest tak niskie, że nawet jeśli będą zarabiać dwie minimalne pensje, to i tak okaże się, że są „bogaczami”, którym miejsce w przedszkolu się nie należy.

MEN znów psuje

Okazuje się, że premier wziął sobie głęboko do serca swój skręt w lewo. A może, po odejściu z Platformy Obywatelskiej Jarosława Gowina, zamierza już tylko walczyć o centrolewicowy elektorat. Bez względu na motywacje plan rządu jest szkodliwy.
W przesłanym już do konsultacji projekcie nowelizacji tzw. ustawy oświatowej Ministerstwo Edukacji Narodowej proponuje m.in. nowe zasady naboru do przedszkoli.
Pogarszająca się sytuacja zewnętrzna negatywnie odbija się na decyzjach o niepowiększaniu rodziny
Nowela powstała, by wykonać wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 8 stycznia 2013 r. (sygn. sprawy K 38/12). Po pierwsze sędziowie stwierdzili w nim, że regulowanie zasad naboru do przedszkoli rozporządzeniem łamie ustawę zasadniczą. Po drugie wskazali, iż przesłanki zawarte w rozporządzeniu, preferujące na przykład samotnych rodziców, a pomijające rodziny wielodzietne, są niezrozumiałe.
MEN miał zatem te przepisy naprawić. Ale jak to zwykle bywa z tym resortem zarządzanym przez panią Krystynę Szumilas, tak naprawia, że psuje. Mało mu nieustannego zamieszania z przedszkolami, wpychania na siłę 6-latków do nieprzygotowanych do tego szkół, klęski e-podręcznika czy aroganckiego traktowania samorządów. Teraz trzeba „poprawić” zasady rekrutacji.
Co proponuje – uwaga, Rodzicu! – i to już od najbliższej rekrutacji, MEN. Wprowadzenie tzw. kryterium dochodowego, które wyniesie zaledwie 539 zł netto na osobę w rodzinie. Tyle samo, ile wynosi próg dochodu uprawniający do otrzymywania finansowego wsparcia z systemu świadczeń rodzinnych. Jeśli zatem ktoś zarobi więcej, trudniej będzie mu o miejsce w tańszym niż prywatne, publicznym przedszkolu.

Cios w pracujących

Co oznacza wprowadzenie takiego kryterium? Minimalna płaca ma wynosić od stycznia 1680 złotych brutto. Będzie to 1237 złotych netto. Łączny miesięczny dochód takiej rodziny wyniesie zatem blisko 2,5 tys. złotych, czyli – zakładając, że dzieci jest dwoje – 618 złotych na osobę. To według MEN za dużo, by zapisać dziecko do przedszkola.
Czy urzędnicy tego ministerstwa nie wiedzą, że walka z pracującymi burżujami to same szkody? Ciekawe też, skąd w naszych rządzących tyle jest niechęci, czasem wręcz graniczącej z pogardą, dla ludzi, którzy starają się żyć na własny rachunek i nie wyciągają ręki po socjalne zapomogi lub świadczenia społeczne? Dlaczego zamiast preferować, a przynajmniej nie dyskryminować aktywnych, samodzielnych, przedsiębiorczych rząd chce ich karać za starania?
Warto teraz przeanalizować to, co może się wydarzyć na rynku pracy. Obecnie rodzina, gdy decyduje się być aktywna i przekracza dopuszczalny poziom dochodu, traci prawo do świadczeń rodzinnych. Musi też wyliczać dodatkowe koszty. W gospodarstwach domowych odbywa się zatem kalkulacja zysków i strat. – Pójdę do pracy, to stracę około 250 złotych miesięcznie zasiłków, muszę zapłacić około 300 złotych za przedszkole i 150 złotych za dojazdy. A zarobię około 2 tys. złotych netto. Zysk na czysto to około 1300 złotych – przekonuje żona męża. Cóż się stanie, gdy w życie wejdą przepisy MEN? Rodzina zostanie pozbawiona prawa do publicznego przedszkola, a w zamian będzie musiała wykupić miejsce w prywatnym za około 800–1000 złotych. Motywacja do podjęcia pracy zmaleje do około 700 złotych netto miesięcznie. To istotna różnica i wiele osób może się nie zdecydować na szukanie etatu.
A zatem pomysł MEN będzie preferował rodziny, w których oboje rodzice nie pracują i przez to osiągają niższy dochód, choć mogą oni – wszak jeden z rodziców jest w domu – sami zajmować się dzieckiem. Nonsens. Powinniśmy zachęcać rodziców do aktywności.

Aktywność sprzyja dzietności

To tym bardziej istotne, że pracujące Polki rodzą dwukrotnie więcej dzieci niż te, które pracy nie mają. Bo to głównie czynniki ekonomiczne i brak poczucia bezpieczeństwa skazują nas na wyludnienie. Wskaźnik dzietności – który mówi o tym, ile dzieci urodzi kobieta w tzw. wieku rozrodczym – dla pracujących Polek jest dwukrotnie wyższy niż dla tych, które nie pracują. Dla tych pierwszych wynosił w 2011 roku 1,78, dla drugich – zaledwie 0,92. Pracujące Polki rodzą zatem statystycznie niemal dwoje dzieci, a te, które pracy nie mają, nie rodzą nawet jednego dziecka. By zachodził proces tzw. zastępowalności pokoleń, czyli byśmy nie wymierali, wskaźnik ten powinien wynosić 2,1.
Wpływy czynników zewnętrznych widać, gdy śledzi się wskaźnik dzietności równolegle ze wzrostem gospodarczym. W okresie koniunktury – rośnie, w okresie dekoniunktury – maleje. Na przykład w latach 2008–2009, czyli rok po wzroście gospodarczym na poziomie odpowiednio 7 i 5 proc. wzrósł on do 1,4. A w okresie 2002–2003, gdy wzrost gospodarczy spadł poniżej 2 proc., wskaźnik dzietności notował poziom 1,22. Podobnie będzie w tym roku.
Taka zależność występuje powszechnie. W Polsce jest jednak szczególnie widoczna. Unijne biuro statystyczne zbadało jak na dzietność wpływa nie tylko wzrost PKB, ale także wskaźnik konsumpcji (Actual Individual Consumption), poziom bezrobocia osób w wieku rozrodczym (15-49 lat) oraz poczucie niepewności w gospodarce (Consumer Confidence Index). W trzech ostatnich kategoriach zajmujemy pierwsze lub jedno z pierwszych miejsc w Europie. Na przykład poziom korelacji między wskaźnikiem bezrobocia a dzietnością dla UE wynosi -0,53. W Polsce jest najwyższy i wynosi -0,89.
Innymi słowy u nas pogarszająca się sytuacja zewnętrzna szczególnie negatywnie odbija się na decyzjach o niepowiększaniu rodziny. Jaki stąd wniosek? Poczucie bezpieczeństwa wpływa na decyzję o posiadaniu potomstwa. A jedną z zasadniczych kwestii jest możliwość zapisania dziecka do dostępnego, niedrogiego i elastycznego przedszkola. MEN chyba jednak uważa inaczej.

Nierealny plan rządu

To upokarzające i niezrozumiałe. Ponad 24 lata od odzyskania przez Polskę niepodległości przedszkole wciąż jest towarem deficytowym. Jeśli rząd powinien się zajmować „układaniem” naszej rzeczywistości, to trudno znaleźć dziedzinę bardziej odpowiednią do tego niż opieka nad dziećmi.
Gabinet Tuska bez ustanku chwali się wzrostem liczby miejsc w przedszkolach. Tylko jaki procent tego wzrostu to wysiłek ludzi, którzy muszą płacić po 1 tys. złotych miesięcznie za miejsce w placówce?
Niedobory miejsc w przedszkolach są też wymieniane głośnym chórem przez demografów jako jeden z głównych powodów zniechęcających Polaków do posiadania potomstwa. W naszej katastrofalnej sytuacji demograficznej doprawdy trudno zrozumieć, że nie możemy stworzyć systemu, w którym przedszkole jest dostępne dla każdego chętnego, niedrogie i dostosowane do potrzeb rodziców.
Cieszy, że rząd zdecydował się od tego roku przeznaczyć na opiekę przedszkolną pieniądze z budżetu. Można być zadowolonym z tego, że od 2017 r. wszystkie dzieci będą miały do niej dostęp. Dobrze też, że prezydent Bronisław Komorowski jako jeden z trzech swoich priorytetów dotyczących działań na rzecz rodziny wymienia kwestie opieki instytucjonalnej nad dziećmi. Tyle że potrzeba tu odważniejszych i bardziej realnych działań. Samorządy jednoznacznie mówią, że plan rządu jest nierealny, a pomysły pętające im ręce w sprawie dodatkowych zajęć czy najnowszy, dotyczący rekrutacji, kolejny raz dowodzą, że w gmachu Ministerstwa Edukacji Narodowej rządzą ludzie nieumiejący przewidzieć skutków swoich decyzji. Może czas na zasadnicze zmiany.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA